To jedna z tych historii, których się nie zapomina. Na początku 2014 roku pracowałem jako dziennikarz sportowy w poznańskiej Telewizji WTK. Czuliśmy wtedy w redakcji, że na igrzyskach w Soczi może wydarzyć się coś niecodziennego. Poznań nigdy nie był miastem, w którym dorastali mistrzowie zimowych dyscyplin, jednak wtedy pojawił się wyjątek. Pochodzący ze stolicy Wielkopolski łyżwiarz szybki Jan Szymański osiągał coraz lepsze wyniki. Rok wcześniej na mistrzostwach świata rozegranych zresztą w Soczi, Jan był częścią drużyny, która wywalczyła brąz. Indywidualnie zdobywał złote medale Uniwersjady w Trydencie na 1500 i 5000 metrów. Pojawiła się zatem szansa, by Poznaniak zdobył medal zimowych igrzysk olimpijskich.
Wcześniej nigdy się to nie wydarzyło i właśnie dlatego taki scenariusz trochę nie mieścił nam się w głowie. Jak się później okazało, niesłusznie.
Od tamtych wydarzeń mija dwanaście lat. Z Jankiem spotykamy się na Jeżycach, gdzie mieszka i prowadzi przy placu Asnyka studio sportowe AJS. Pracuje jako trener personalny, oferując indywidualne i grupowe zajęcia dla klientów. – W szkole najfajniejszym przedmiotem był oczywiście wuef – zaczyna z uśmiechem. – Lato spędzaliśmy z rodziną w Puszczy Zielonka pod Poznaniem, gdzie mamy działkę. Jeździliśmy z kolegami na rowerach, odpoczywaliśmy aktywnie. Gdy byliśmy w Poznaniu, niewiele się zmieniało. Byłem chłopaczkiem ze Starego Miasta, który jeździł na rolkach. Zakładałem je na Podgórnej, potem jechałem na Maltę, gdzie robiłem kółka wokół jeziora. Tak na początku wyglądało to moje trenowanie.

Jan Szymański | foto arch. prywatne
Mój rozmówca urodził się w 1989 roku. Na przełomie wieków miał około dziesięciu lat. Trafił na chude lata polskiego sportu, kiedy nasi zawodnicy nie odnosili wielu sukcesów. Ale i tak nie miał problemu, by znaleźć idoli. – Zawsze oglądałem igrzyska olimpijskie, zarówno letnie, jak i zimowe. Na takim malutkim telewizorku włączałem Jedynkę lub Dwójkę, bo w lesie tylko te kanały odbierały. Komu najbardziej kibicowałem? Na pewno moją uwagę zwracali chodziarz Robert Korzeniowski i młociarz z Poznania, nasza gwiazda, Szymon Ziółkowski, który w Sydney wywalczył złoty medal olimpijski.
Szymański nie postawił jednak na lekkoatletykę. Wybrał rolki, na których, jak mówił, uwielbiał jeździć.
Przyniosły mu one wiele sukcesów: liczne tytuły mistrza Polski oraz start na mistrzostwach Europy. Z rolkami był jednak jeden duży problem: – Skoro już tak bardzo kibicowałem olimpijczykom, w końcu sam zapragnąłem, żeby na igrzyska pojechać. A jako że rolek nie ma w programie olimpijskim, szybko zrozumiałem, że najlepszym rozwiązaniem może się okazać dyscyplina poniekąd pokrewna – łyżwiarstwo szybkie.
Transfer z asfaltu na lód wymagał sporego poświęcenia. Jan uczęszczał do Szkoły Mistrzostwa Sportowego przy ulicy Cegielskiego w Poznaniu, a kiedy pojawiło się łyżwiarstwo, uznał, że lepiej będzie przenieść się do Zakopanego. Tam jego kariera nabrała rozpędu i z obiecującego juniora stał się zawodnikiem kadry narodowej seniorów. Marzenie o igrzyskach olimpijskich zaczęło się spełniać.

Jan Szymański | foto arch. prywatne
W 2014 roku Jan Szymański pojechał do Soczi na igrzyska, które później okryły się złą sławą ze względu na gospodarzy. Jeszcze w trakcie trwania imprezy Rosjanie rozpoczęli aneksję Krymu. Później okazało się, że na polu sportowym również nie byli w porządku, tworząc zorganizowany system dopingu wspierany przez państwo. Po latach wiemy, że zwycięstwo Rosjan w klasyfikacji medalowej tych igrzysk nie było uczciwe. – Rok przed igrzyskami, kiedy pojechaliśmy tam na mistrzostwa świata, Rosjanie wszystko mieli jeszcze rozgrzebane i zastanawialiśmy się czy na pewno zdążą z przygotowaniami. Udało im się, choć oczywiście były niedociągnięcia, obśmiewane potem w mediach społecznościowych – wspomina Jan Szymański.
Tymczasem polscy panczeniści zameldowali się w Soczi z jasnym celem wywalczenia medali. Wyniki z trwającego i poprzedniego sezonu wskazywały, że może się to udać.
Choć, jak wspomina Jan Szymański, nie było wielkiej presji. Ba, nikt specjalnie nie interesował się tym, co słychać u panczenistów: – U nas balonik nie był pompowany w takim stopniu, jak choćby u skoczków narciarskich. Łyżwiarstwo nie było tak popularne. Nie męczyli nas dziennikarze, nie męczyła nas opinia publiczna. My po prostu robiliśmy swoje – tłumaczy.
22 lutego 2014 roku wyścig o brąz nie zaczął się dobrze dla naszych zawodników. Ich kanadyjscy rywale ruszyli zdecydowanie szybciej. Mathieu Giroux, Lucas Makowsky i Denny Morrison już po pierwszym okrążeniu mieli sekundę przewagi, a za chwilę jeszcze ją podwoili. Szymański: – Taki był plan, żeby zacząć spokojnie, a dopiero potem, na drugiej części dystansu, zaatakować. Wiedzieliśmy, że nasi rywale od początku ruszą mocno.

Jan Szymański | foto arch. prywatne
Plan został zrealizowany w stu procentach, bo to biało-czerwoni lepiej rozłożyli siły. Zbigniew Bródka, Konrad Niedźwiedzki i Jan Szymański po tym, jak wyprzedzili Kanadyjczyków, nie tylko nie oddali już prowadzenia, ale do samego końca je powiększyli. Na mecie zameldowali się 2,4 sekundy przed swoimi przeciwnikami. – Ten medal nie wziął się z niczego. To nie tak, że mieliśmy szczęście. To był efekt ciężkiej pracy. Do końca drżeliśmy jednak, czy wszystko się uda. Nawet kiedy przewaga nad Kanadyjczykami była duża, nikt jeszcze się nie cieszył. Nie mogliśmy stracić koncentracji. Lód ma to do siebie, że jest śliski, można się na nim łatwo wywrócić i katastrofa gotowa – wyjaśnia Jan i dodaje: – Staliśmy na podium z Holendrami i Koreańczykami, którzy na tamten czas byli najlepsi w biegach drużynowych. Cieszę się, że wygraliśmy też z reprezentacją Rosji, bo gdybyśmy zajęli czwarte miejsce, a na trzecim byliby Rosjanie… Kilka lat później wybuchła afera z systemem dopingowym na igrzyskach w Soczi i sportowcom z tego kraju zabierali medale. Wtedy pewnie dostalibyśmy je pocztą, a to jednak nie to samo, co stanie na podium olimpijskim. Nigdy nie zapomnę tego uczucia.
Dla Polski to były znakomite igrzyska. Złote medale wywalczyli wtedy nasi najwięksi herosi w sportach zimowych: Justyna Kowalczyk i Kamil Stoch.
Ten drugi nawet dwa, na normalnej i dużej skoczni. Za resztę sukcesów odpowiadali już łyżwiarze szybcy, a w Soczi nawet wyjątkowo szybcy – Zbigniew Bródka sensacyjnie wygrał rywalizację na 1500 metrów, srebro wywalczyła drużyna panczenistek, a wspomniani już panowie, wśród nich Jan Szymański, dołożyli brąz. Sześć medali dla Polski. Dziś, przed igrzyskami w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo za taki wynik niejeden polski kibic dałby się pokroić.
I akurat polscy łyżwiarze szybcy mogą sprawić, że impreza rozgrywana we Włoszech przyniesie nam trochę radości. – Byłem na ostatnich mistrzostwach Europy rozegranych w Tomaszowie Mazowieckim, na których polska kadra wygrała klasyfikację medalową. Jestem przekonany, że z przyjemnością będzie się oglądało naszych reprezentantów w Mediolanie i dostarczą nam na pewno dużo emocji. Rzeczywiście, przed nadchodzącymi igrzyskami to łyżwiarze szybcy stanowią naszą największą nadzieję na medale. Damian Żurek na 500 i 1000 metrów może się włączyć do walki o czołowe lokaty. Nie można wykluczyć, że dołączy do niego Marek Kania. Jan Szymański dodaje: – Niestety w tych sprinterskich konkurencjach problem polega na tym, że jeden drobny błąd może sprawić, że medalu nie będzie. Tu znaczenie mają detale.

Jan Szymański | foto arch. prywatne
Na tymczasowym torze łyżwiarskim w Mediolanie, który został wylany w hali expo, szanse na medale będą również miały polskie łyżwiarki.
Jan Szymański zwraca uwagę przede wszystkim na Kaję Ziomek-Nogal oraz Andżelikę Wójcik. W kontekście zbliżających się igrzysk wymienia jeszcze jedno nazwisko. Chodzi mu o Władimira Siemirunnija, który po napaści Rosji na Ukrainę wyemigrował do Polski i od 2024 roku reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Robi to w dodatku z dużymi sukcesami. – Nie miałem jeszcze okazji z nim dłużej porozmawiać, ale od ludzi ze środowiska nie usłyszałem o nim ani jednego złego słowa. Wszyscy mówią, że to bardzo, bardzo fajny gość, tytan pracy, choć mógłbym go trochę nie lubić, bo mnie wymazał z tabeli rekordów Polski – uśmiecha się Jan. – W tej chwili Władimir wykręca takie wyniki, że w rywalizacji na 10 kilometrów może niejednego zaskoczyć. Żałuję, że nie pojawił się w naszej reprezentacji trochę wcześniej, bo pod koniec swojej przygody nie miałem z kim trenować, a on byłby idealnym kandydatem.
Po Soczi Jan Szymański odniósł jeszcze kilka większych sukcesów. Pod koniec 2024 roku dwukrotnie wygrywał indywidualnie zawody Pucharu Świata na 1500 metrów – na legendarnym torze w Heerenveen oraz w Berlinie. Jego przygoda z łyżwami była wtedy w absolutnym rozkwicie. Kolejne igrzyska olimpijskie to już jednak coś, o czym Szymański wolałby zapomnieć, bo Polacy nie zakwalifikowali się do biegu drużynowego, a indywidualnie Jan zajął dopiero szesnaste miejsce. Wspomina: – Byłem wtedy gotowy na lokatę w pierwszej ósemce, ale nie wszystko poszło po mojej myśli. Niestety w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego nie było wtedy pomysłu, co zrobić ze słabszymi wynikami. Nikt nie myślał, jak zmienić naszą myśl szkoleniową. Na dodatek nie miałem z kim trenować, brakowało dobrych zawodników. Przez pół roku ćwiczyłem jeszcze w norweskim teamie, ale to miało swoje konsekwencje, bo polski związek odebrał mi stypendium za medal mistrzostw Europy. Dlaczego? Bo nie trenowałem z polską kadrą. Ostatecznie po prostu przestałem jeździć na łyżwach.
Szymański po zakończeniu kariery nie może jednak narzekać. Założył własne studio treningowe, codziennie wstaje o szóstej rano, by pracować z klientami.
– Uważam, że sport jest lekiem na całe zło. Szczególnie ten amatorski. Dlatego nie trenuję zawodowych sportowców. Uważam, że każdy powinien dbać o zdrowie, a ja po prostu pomagam ćwiczyć w odpowiedni sposób. Sam też jestem aktywny. Od kilku lat uprawiam padla, a ostatnio doszła do tego druga aktywność – zacząłem wchodzić na ściankę wspinaczkową – chwali się były panczenista. Jego mama prowadzi w Poznaniu kilka kwiaciarni: – To nasz rodzinny biznes, więc jeżeli są potrzebne dodatkowe ręce do pracy, można mnie też zobaczyć z kwiatami.