
Muzeum Biżuterii MoJA
ul. 27 Grudnia 17/19 | Poznań
wtorek – piątek 10:00-18:00
sobota 12:00-16:00
niedziela 12:00-18:00
Otwierasz w Poznaniu własne muzeum biżuterii. Jesteś szczęśliwa?
– Jestem bliska euforii! Kiedy zaczęłam gromadzić biżuterię, a później tworzyć kolekcję, w ogóle nie myślałam o stworzeniu takiego miejsca. A jednak się udało. Jestem dumna, że rodzina to doceniła. Moi synowie (jeden jest prezesem firmy YES) dostrzegli w tym wartość, dzięki czemu marka została mecenasem tego przedsięwzięcia, a to przecież niemałe pieniądze. Cieszy mnie również to, że mąż od początku wspierał moją kolekcjonerską pasję. Mam wokół siebie fantastyczny zespół, który zaraziłam miłością do biżuterii. Bez tych ludzi nic by nie powstało. Wszyscy troszczymy się o to, by Muzeum Biżuterii MoJA stało się wyjątkowym miejscem na mapie Poznania i Polski, a może nawet na mapie Europy.
Nie ma w Polsce i Europie muzeów biżuterii?
– W polskich placówkach muzealnych biżuteria współczesna, stanowiąca najważniejszą część Muzeum MoJA, to najczęściej jedynie fragment większych kolekcji. W Galerii Sztuki w Legnicy, która od lat organizuje wystawy biżuterii i buduje własną kolekcję, zbiory są znacznie skromniejsze od moich. Podobnie jest w Muzeum Sztuki Złotniczej w Kazimierzu Dolnym, które posiada oddział dedykowany biżuterii.
W Pforzheim w Badenii-Wirtembergii działa Schmuckmuseum poświęcone sztuce złotniczej. Udało mi się tam wyśledzić tylko pojedyncze prace Polaków, a my w Poznaniu chcemy pokazać polskie dzieła sztuki złotniczej w szerokim kontekście.
A jest co pokazywać. To powód do dumy i wielka radość, że ten rodzaj sztuki w ogóle mógł się w Polsce rozwinąć. W szarych latach 80. XX wieku polscy artyści potrafili stworzyć znakomite dzieła nawet ze zwykłej łyżeczki. Niestety, bardzo często te prace z kraju wyjeżdżały.
Pasjami podróżujesz i fotografujesz. Zaczęłaś najpierw gromadzić biżuterię, z którą ruszyłaś w świat, czy podróże obudziły w tobie pasję kolekcjonerską?
– To się harmonijnie łączy. Cokolwiek robię, podróżuję lub fotografuję, zawsze szukam elementów kultury, tego, co stworzyli ludzie. Architektura oczywiście mnie ciekawi, ale najbardziej fascynuje mnie rzemiosło: ozdoby, ubiór, przedmioty.
Moja przygoda z biżuterią zaczęła się na studiach i była dziełem przypadku. Pracowałam w Norwegii, potem w Londynie i tam na ulicy zobaczyłam sprzedawcę prostych ozdób. Pomyślałam, że sama też tak potrafię i zaczęłam tworzyć kolczyki, co zmieniło się w mały biznes, który szybko się rozwijał. Zaczęłam działać coraz odważniej i poczułam, że to jest już coś więcej niż hobby. Wróciłam do Polski trzy miesiące przed stanem wojennym i wspólnie z mężem oraz bratem otworzyliśmy firmę YES.
Opracowaliśmy własną technologię produkcji ażurowych kolczyków metodą wytrawiania metalu. Nosiły je wtedy niemal wszystkie kobiety w Polsce.
Trwało to osiem lat, do 1989 roku, kiedy rynek się otworzył i prywatne firmy mogły wreszcie przetwarzać metale szlachetne, srebro i złoto, na które wcześniej państwo miało monopol. Wtedy, jako osoba odpowiedzialna w firmie za produkt, wyjeżdżałam na targi do Niemiec i Włoch w poszukiwaniu towaru do naszych sklepów. Kiedy zaczęłam podróżować dalej, na przykład do Tajlandii, kupowałam piękne lokalne ozdoby i to one dały początek mojej kolekcji biżuterii świata.

Magdalena Kwiatkiewicz | foto Michał Sita
Jaki był pierwszy obiekt w twojej kolekcji?
– Bransoleta Andrzeja Bossa, którą zobaczyłam na wystawie Amulety w Galerii Sztuki w Legnicy. Była zrobiona z kamieni polnych, które Andrzej znajdował podczas spacerów i chował do kieszeni. Ona tak mnie zachwyciła, że postanowiłam ją zdobyć, co nie było proste, bo Boss nie sprzedawał swoich prac, ale ostatecznie udało mi się go do tego przekonać. To było w 1998 roku, który można uznać za początek mojego świadomego zbieractwa. Najpierw kupowałam po prostu piękne przedmioty, ale z czasem zrozumiałam, że przypadkowe gromadzenie nie ma sensu. Kolekcja ma swoje wymagania, musi opisywać dane środowisko i czas. Nie może ograniczać się do kilku ulubionych artystów, lecz musi obejmować większe grono twórców, którzy budowali tę historię.
Czy twoja kolekcja jest reprezentatywna dla powojennej polskiej sztuki złotniczej?
– Dzisiaj tak, ale wymagało to mojej wewnętrznej przemiany. Jako osoba dorastająca w PRL, początkowo nie dostrzegałam piękna w przedmiotach tworzonych przez ówczesne spółdzielnie. Miałam co prawda kilka powojennych prac Jadwigi i Jerzego Zaremskich czy rodziców Kamilli Rohn, ale w końcu zrozumiałam, że bez biżuterii spółdzielczej moja kolekcja będzie niepełna. PRL to już historia, więc tworzona wtedy biżuteria nabiera znaczenia historycznego. Pokochałam ją.
Za każdym z tych przedmiotów stał projektant, choć często trudno ustalić konkretne nazwisko, bo archiwa poznańskiej Rytosztuki czy warszawskiej spółdzielni Orno przepadły. Czasem udaje mi się kupić broszkę z imiennikiem lub zachowaną metką z nazwiskiem artysty.
Dzisiaj biżuteria z okresu Polski Ludowej to duża część moich zbiorów. Po śmierci historyczki sztuki prof. Ireny Huml kupiłam od jej córki liczącą czterysta obiektów kolekcję srebrnej biżuterii polskich projektantów tworzących po wojnie dla spółdzielni rzemieślniczych. Mam też duży zbiór powojennych obiektów z miedzi i mosiądzu. To dziś rzadkie okazy muzealne, ponieważ, w przeciwieństwie do biżuterii ze srebra, ludzie je wyrzucali, nie widząc w nich żadnej wartości, prócz może sentymentalnej.
Ile eksponatów można zobaczyć w muzeum?
– Około tysiąca sześciuset dzieł współczesnej polskiej sztuki złotniczej od 1945 roku do dzisiaj oraz około dziewięciuset obiektów etnicznych. I tak też podzielona jest wystawa – na biżuterię rdzennych kultur i polską biżuterię artystyczną. Ta druga jest tu najważniejsza. Ozdoby, które przywożę ze świata stanowią ciekawy dodatek.
Dodatek? Przecież oba zbiory zajmują w muzeum podobną przestrzeń.
– Biżuteria świata jest tak różnorodna, jak ludzie, którzy jej używali do opisywania siebie i swojej pozycji. Ta mnogość jest spektakularna i aby ją rzetelnie pokazać, nie wystarczy jedna gablota. Jednak sercem muzeum jest polska sztuka złotnicza i tych obiektów jest znacznie więcej.

Magdalena Kwiatkiewicz | foto Michał Sita
A dlaczego ona nie otwiera wystawy?
– Nie chciałam, by polska sztuka złotnicza zaczynała tę podróż. Biżuteria świata pełni dwie role: ma pokazać, że o biżuterii wiem niemal wszystko oraz być przystawką dla prawdziwej uczty, która czeka w najistotniejszej części muzeum, gdzie, dzięki multimedium, witam zwiedzających. Poza tym przy wielu obiektach znajdują się kody QR, dzięki którym każdemu mogę opowiedzieć historie ich powstania, jak je zdobyłam i kto był ich twórcą.
Chcemy pokazać rzemiosło, formy i materiały w szerokim kontekście. Będą tam również filmy o artystach, którzy tworzą historię sztuki złotniczej w Polsce.
Jaką narrację przyjęłaś? Obiekty są pogrupowane według ich rodzajów, nazwiskami twórców, a może chronologicznie?
– Nic z tych rzeczy. W takich układach utracilibyśmy nie tylko wyjątkowe historie, które te przedmioty w sobie kryją, ale także emocje, którą ze sobą niosą. Ekspozycja polskiej biżuterii dzieli się na część formalistyczną i narracyjną. Prawie każdy obiekt coś tu komunikuje. W dziale Słowo w formie znalazła się aluminiowa broszka-banan Zofii i Witolda Kozubskich z napisem „Ocenzurowano”. To komentarz do głośnej decyzji byłego już dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie o usunięciu z ekspozycji pracy Natalii LL Sztuka konsumpcyjna. W proteście ludzie stali przed muzeum i jedli banany.
Mamy też obiekt w kształcie taśmy filmowej, symbolizujący koniec epoki celuloidu. Wiele można wyczytać – i to dosłownie – z trzech srebrnych brosz Joachima Sokólskiego komentujących współczesny dyskurs społeczny.
W części formalistycznej pokazujemy prace Leny Kowalewicz-Wegner, uczennicy Władysława Strzemińskiego, która traktowała biżuterię jak rzeźbę oraz dzieło jej ucznia Andrzeja Jocza, które stworzył w jej pracowni i powtórzył po pięćdziesięciu latach. Jedynie kolekcję biżuterii świata podzieliliśmy topograficznie, bo to dla zwiedzającego najbardziej czytelny klucz.
Czy biżuterię artystyczną da się nosić?
– Postrzegam ją przede wszystkim jako małą formę rzeźbiarską.
Czy w związku z tym można te obiekty nazywać biżuterią?
– Tak, ponieważ to artysta decyduje. Nie dyskutuję z twórcą o granicach sztuki. W muzeum mamy Pegazy, które autorzy, Joanna i Tadeusz Jaworscy, traktują jako wypowiedź artystyczną. Mamy też pracę Magdaleny Abakanowicz, znanej z tkaniny i rzeźby, która stworzyła prostego metalowego słonika.
W moich zbiorach niektóre przedmioty są tłem poszerzającym wiedzę o twórczości artysty, inne są biżuterią, ale niekoniecznie przeznaczoną do noszenia. To obiekty, z którymi się obcuje.
Oczywiście są też godni uwagi artyści tworzący świetną biżuterię użytkową. Również z nimi przeprowadziliśmy wywiady, by pokazać człowieka stojącego za dziełem. Wiedza o artyście zmienia sposób patrzenia na przedmiot. Dla mnie coś staje się obiektem artystycznym, gdy twórca zamknął w nim emocje, a ja jako odbiorca te emocje odczytuję. Za pomocą biżuterii można przekazać światu, że się nie zgadzam z niszczeniem środowiska albo brakiem wyboru dla kobiet. Artyści wyrażają to samo w malarstwie, rzeźbie i złotnictwie.

Magdalena Kwiatkiewicz | foto Michał Sita
Jak się zorientować w tym biżuteryjnym świecie symboli, znaczeń i opowieści?
– W muzeum jest osoba, która pomoże się w tym wszystkim odnaleźć. Planujemy stałe godziny zwiedzania z oprowadzaniem kuratorskim, bo sam opis przedmiotu z nazwiskiem i datą powstania często nie wystarcza, by zrozumieć sztukę złotniczą, zwłaszcza że to dziedzina niszowa. Dodatkowo zorganizowaliśmy w muzeum Pracownię Mistrza, gdzie można usiąść przy autentycznym stole złotniczym i wziąć do ręki narzędzia jeszcze do niedawna używane przez twórców. Planujemy ponadto warsztaty złotnicze prowadzone przez mistrzów. Nasza ekspozycja to zachęta do fascynującej podróży po meandrach polskiej sztuki złotniczej.
Mówisz, że kolekcjonujesz sztukę złotniczą, a otwierasz Muzeum Biżuterii. Dlaczego?
– To rodzaj kompromisu, bo w muzeum znajduje się i klasyczna biżuteria, i obiekty, które, chociaż tak nazwane przez artystów, w powszechnym rozumieniu biżuterią nie są. To moje subiektywne wybory, choć staram się, by opisywały najważniejsze zjawiska w powojennej sztuce.
Nie pokazuję oczywiście wszystkiego, na przykład moich najnowszych zakupów, bo w pewnym momencie musieliśmy przestać dokładać, by móc sensownie opracowywać to, co znalazło się finalnie na ekspozycji.
Muzeum nie ma imponującej przestrzeni, ale imponującą liczbę obiektów. Chyba trudno będzie je wszystkie obejrzeć w czasie jednej wizyty?
– Faktycznie, przestrzeń nie jest duża i mogłoby się wydawać, że godzinna wizyta wystarczy. Nie wierzę jednak, że ktoś, nawet zostając u nas dłużej, będzie potrafił wszystko dostrzec i przyswoić wszystkie informacje, które dostarczamy. Żeby poznać współczesną polską sztukę złotniczą, trzeba się na tych przedmiotach skupić, posłuchać opowieści, poczytać o ich historii. To nie jest zadanie na jedną wizytę.
Od lat chciałam, żeby ta kolekcja cieszyła nie tylko mnie, ale także innych, żeby wyszła z pudeł i zajaśniała pełnym blaskiem, bo na to zasłużyła. Pokazywana w muzeum biżuteria to kawałek historii polskiej sztuki, choć wiele osób wciąż nie traktuje złotnictwa z należytą powagą. A to błąd, bo jej twórcami byli i są wybitni artyści, co Muzeum Biżuterii MoJA ostatecznie, mam nadzieję, udowadnia.