
Helena Przybyłek do Poznania przeprowadziła się zaledwie pięć miesięcy przed tym, zanim stanęła na czele pochodu pierwszej antykomunistycznej rewolty w Polsce. Miała dwadzieścia lat, kiedy uciekła przed biedą z Uchorowa, wioski leżącej pod Murowaną Gośliną. Pracę jako konduktorka w MPK rozpoczęła z początkiem roku 1956. „Spodziewałam się całkowitej odmiany życia” – napisała we wspomnieniach. Zamieszkała w hotelu robotniczym na Sołaczu, gdzie los na zawsze splótł ją z osiemnastoletnią współlokatorką, Stanisławą Sobańską.
Czy spacerowały razem po Parku Sołackim? Narzekały, że pensja nie starcza na jedzenie? Że w sklepach nie ma mięsa i masła? A może podkochiwały się w motorniczych? Na pewno nie były świadome tego, że ich nazwiska będą figurować obok siebie na pomniku, opisane jako „trzy tramwajarki”. Trzecią konduktorką, która w czerwcu 1956 roku straci zdrowie i młodość będzie Maria Kapturska.
28 czerwca 1956 było słonecznie. Pracownicy zakładów Cegielskiego, wtedy Zakładów Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina (ZISPO), wyruszyli strajkować o szóstej trzydzieści.
Na zdjęciach widać mężczyzn w koszulach z krótkim rękawem i kobiety w sukienkach. Wyobrażam sobie, że Wildzianie pootwierali okna. Do mieszkań wpadał delikatny wiatr, ale nie było słychać tramwajów. Tylko stukot tysięcy drewnianych chodaków. Ten dźwięk przejdzie do historii – robotnicy i robotnice wydeptali przyszłą nazwę ulicy.
„Na czele pochodu Cegielskiego szły kobiety pracujące na kamieniu przy szlifowaniu ręcznym pudeł wagonów. Obdarte, wychudzone, w wykoślawionych drewniakach – wyglądały jak prawdziwe katorżnice. Za nimi pracownicy montażu i spawacze. Szliśmy spokojnie, bez żadnych okrzyków” – wspominał jeden z uczestników.
Jeszcze na Wildzie łączą się z robotnikami z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego (ZNTK), wśród kolejarzy jest mój dziadek, Marian.
Poznański Czerwiec w przypadku mojej rodziny to męska opowieść – babcia czekała w domu z obiadem i małymi dziećmi namawiając dziadka, aby więcej nie wychodził na ulice. Do protestujących dołączają też inne zakłady pracy. Historyk Paweł Cieliczko w książce Trzy tramwajarki pisze: „Poznańscy tramwajarze mieli świadomość tego, że to od nich zależy, czy całe miasto stanie, a jego mieszkańcy zrozumieją i poprą protest. Gdy robotniczy pochód przemierzał ulice, kolejne składy zatrzymywały się”.

Stanisława Sobańska, konduktorka MPK, podczas Poznańskiego Czerwca 1956 | foto IPN Poznań
Spośród zatrudnionych w MPK, którzy pracowali tego dnia na pierwszej zmianie, przyłączyło się do strajku niemal tysiąc trzysta osób, na ulice nie wyszło ponad sto pięćdziesiąt. Wśród nich byli nawet członkowie partii. „Postawa pracowników MPK zasadniczo wpłynęła na charakter i skalę Poznańskiego Czerwca. Ich masowe przyłączenie się do protestu zupełnie zmieniło jego istotę – strajk o podłożu ekonomicznym dwóch zakładów związanych z kolejnictwem (ZISPO i ZNTK) stał się powszechnym wystąpieniem poznańskich ludzi pracy. Nie była to już robotnicza manifestacja, która przeszła z Wildy na Plac Stalina, ale prawdziwe powstanie miejskie” – wyjaśnia Paweł Cieliczko.
Helena Przybyłek tego czerwcowego dnia pracowała na trasie Junikowo–Garbary. Była konduktorką, w tamtych czasach bilety sprzedawano w pojazdach.
„Pozamykałam wszystkie drzwi i początkowo chciałam iść do domu na Grudzieniec, ale pokusa uczestniczenia w pochodzie demonstrantów, w którym było wielu tramwajarzy zwyciężyła i… poszłam razem… Koledzy dali mi do ręki sztandar Polski, do boków doszły dwie koleżanki: Stanisława Sobańska i Maria Kapturska niosące poziomą flagę – jak transparent i tak wyszłyśmy dziwnym trafem na czoło pochodu” – relacjonowała Helena Przybyłek.

Napis „Precz z dyktaturą” na wagonie tramwajowym podczas Poznańskiego Czerwca 1956, Poznań, 28 czerwca 1956 | foto IPN
W wypowiedziach tramwajarek powtarzają się zwroty „nie wiem”. To był zryw spontaniczny, nie było planu. „Nie wiem skąd się wzięła biało-czerwona flaga w naszych rękach, która była taka długa, jak szeroka była ulica” – opowiadała Stanisława Sobańska. Pochód ruszył Młyńską, Nowowiejskiego, później przez most Teatralny na ulicę Dąbrowskiego. Zatrzymali się przy przewróconym tramwaju obok Ubezpieczalni Społecznej. Na Kochanowskiego nie wiedzieli, co dalej robić. Chodzili więc w tę i z powrotem czekając, aż jakiś przedstawiciel władzy do nich wyjdzie. Słychać było okrzyki i śpiewy.
Około godziny dziesiątej ubecy zaczęli lać wodę z hydrantów. Manifestujący odpowiedzieli kamieniami. „Na bokach chodników był drobny bruk z takich czarnych, małych kostek. Te dobrze nadawały się do rzucania” – mówiła po latach Helena Przybyłek.
Kiedy kobiety wyruszały tego dnia do pracy, nie przypuszczały, że będą szły na czele pochodu. Dlaczego wypchnięto je do przodu? Czy liczono, że komuniści nie będą strzelać do kobiet? Do tramwajarek strzelała kobieta. Przybyłek zeznała, że strzelająca miała czarne włosy. Stanisław Zuber, również uczestnik Czerwca, twierdził, że były rude.

Pochód poznańskich demonstrantów z zakrwawioną flagą podczas Poznańskiego Czerwca 1956 „The Illustrated London News” z 7 lipca 1956 r. | foto The Illustrated London News
Strzały rozległy się w samo południe. „Zrobiło mi się ciepło w nogi i upadłam. Po chwili sobie uświadomiłam, że to ja otrzymałam te strzały. Postrzelone miałam obie nogi. Nie wiem jak długo czekałam na pogotowie, bo straciłam przytomność” – wspominała Helena Przybyłek. Sobańska dostała w łydkę. Kobiety zabrano do szpitala. Sztandar, według zeznań Przybyłek, miał zabrać zastrzelony tego dnia trzynastoletni Romek Strzałkowski. Mecenas Michał Grzegorzewicz, obrońca w procesie w październiku 1956 roku, mówił, że to wydarzenie „było tym, czym jest benzyna wylana na płonące ognisko. Płomień uczuć strzelił wysoko do góry, pożar rozpoczął się na nowo”.
Maria Kapturska strajkowała dalej. Zatrzymała tramwaj, z którego demonstranci zrobili barykadę. O piętnastej trzydzieści widziano ją na czołgu na ulicy Roosevelta.
W rękach trzymała zakrwawioną i rozdartą flagę. Zaplamiona flaga dotarła też na Międzynarodowe Targi Poznańskie, ale czy była to sama flaga z krwią Heleny Przybyłek? Taką informację znajduję w niektórych źródłach. Na słynnym zdjęciu demonstranci stoją na tle iglicy targowej. Fotografia po raz pierwszy została upubliczniona w biuletynie Radia Wolna Europa, ale zasłonięto wtedy demonstrantom oczy, aby polskie służby ich nie rozpoznały.

Pomnik Trzech Tramwajarek na Skwerze Trzech Tramwajarek w Poznaniu | foto Biało-zielony | Wikimedia Commons
Kapturska została zatrzymana pierwszego lipca. Milicjanci katowali ją tak długo, aż przestała przypominać siebie ze zdjęcia. Prześladowano wszystkie trzy tramwajarki.
Opowiada Sobańska: „Stawiano mnie twarzą do ściany z rękoma podniesionymi i bito po całym ciele, szczególnie z upodobaniem po nerkach, tak że moczyłam się krwią. I to nie tylko bili, ale i kopali. Ja zębów nie mam, wszystkie mi powybijali. (…) Bito mnie czymś twardym, uderzenia były takie głuche. Może to był pręt stalowy. Ślady były cienkie i ostre… O, tu na rękach jeszcze mam blizny po tych uderzeniach, które na kościach przecinały skórę. Krzyczałam: Zabijcie mnie od razu, a nie znęcajcie się tak nade mną! (…) Stale chorowałam; były jednak okresy, kiedy było mi lepiej. W takim czasie, w roku 1960 wyszłam nawet za mąż i urodziłam troje dzieci, z których jestem bardzo dumna. Ale to była męczarnia, bo w tym okresie przechodziłam cztery operacje: mam tylko pół żołądka, sztuczny kawałek dwunastnicy, do trzustki mam wszczepiony wzmacniacz, cienkie jelito mam w kilku miejscach wycięte. Wycięty mam też kawał grubego jelita. Potem długo jeszcze byłam w sanatorium dla nerwowo chorych. W końcu dali mi pierwszą kategorię inwalidztwa. Wtedy, na tej fotografii z tym sztandarem w pochodzie, miałam 73 kg wagi. W czasie choroby spadłam do 35 kg. Nikt nie wierzył, że jeszcze mogę przeżyć. Kategorię pierwszą inwalidztwa mam z opieką, bo cierpię na zanik pamięci. Stare rzeczy pamiętam dobrze, dzisiejsze zaraz zapominam. To wszystko z tego bicia”.
Helena Przybyłek przeszła w szpitalu sześć operacji, ale lekarzom nie udało się uratować jej nogi. Miała przestrzeloną kość udową, goleń nogi prawej oraz oderwany kawałek pięty lewej nogi. Prawa noga została amputowana, a lewa była uszkodzona. Kobieta wyszła ze szpitala o kulach po trzech latach. Nie wpuszczono jej do hotelu robotniczego na Grudzieńcu. Nie miała gdzie pójść. Spędziła dwie noce na ławce w Parku Kasprzaka (obecnie Wilsona). Później przyjechała po nią matka.
Helena podczas kolejnego pobytu w szpitalu poznała przyszłego męża, urodziła córeczkę. Po dwóch latach od jej narodzin mąż zapadł na chorobę Buergera, zakrzepowo-zarostowe zapalenie naczyń. Amputowali mu obie nogi i rękę. Helena, sama niepełnosprawna, opiekowała się chorym mężem, malutką córką i zatrudniła się do pracy w polu. Musiała pracować, bo ZUS zakwalifikował ją do III grupy inwalidzkiej, której należało się najniższe świadczenie. Była szykanowana. Sąsiedzi nazywali ją tą „z wypadków poznańskich”. Wkrótce Przybyłek została wdową, jej mąż popełnił samobójstwo podcinając sobie żyły.
Teatr Ósmego Dnia przygotował tryptyk, którego tematem przewodnim jest Czerwiec: Trzy tramwajarki, Pierwszy strzał oraz Stukot.
Ten pierwszy wystawiono już w zajezdni na Gajowej, w tym roku nie było zgody dewelopera ze względu na trwającą budowę. Rozmawiam z reżyserem wszystkich trzech części, Januszem Stolarskim. Dlaczego postanowił zrobić spektakl o życiu Przybyłek, Sobańskiej i Kapturskiej? – Kiedy zobaczyłem ten pseudopomniczek trzech tramwajarek, pomyślałem, że muszę coś z tym zrobić. Spektakl powstał z gniewu na temat męskiej narracji i tego, że do orderów wypinają pierś różne osoby, a te naprawdę doświadczone często są pomijane. Bohaterka czerwca musi zbierać ziemniaki, żeby przeżyć, jej mąż popełnia samobójstwo ze wstydu, a potem im się stawia takie coś. Prywatnie nazywam ten spektakl kobiecym lamentem – wyjaśnia reżyser.
Janusz Stolarski odwołuje się do pomnika znajdującego się na skwerze Trzech Tramwajarek na rogu Dąbrowskiego i Kochanowskiego. Pomnik składa się z bazaltowych i granitowych kostek, które mają nawiązywać do tych, którymi rzucali demonstranci w trakcie rewolty.
Inicjator budowy pomnika, Paweł Cieliczko, tak tłumaczył swoją wizję: „Pomnik miał być skromny, żeby formą nawiązywał do postaci tramwajarek, które nigdy nie aspirowały do kombatanckich orderów czy apanaży, a samotnie, w milczeniu, zapomniane, okaleczone i wykluczone, każdego dnia płaciły straszliwą cenę za kilka chwil odwagi i szczęścia, jakie przeżyły w to czerwcowe przedpołudnie. (…) Prosta, miedziana tablica umieszczona na pomniku przypominała natomiast o chwili, która była symbolem ich odwagi, a zapamiętana została dzięki fotografii wykonanej przez tajniaka”. Pytanie czy tramwajarki nie aspirowały, czy po prostu były tak okaleczone, że nie miały na to sił i zasobów.
W spektaklu występują akrobaci. To nawiązanie do protestujących, którzy w trakcie strajku wdrapywali się gdzieś, skakali. Ważną rolę pełnią też szarfistki.
– Wieczorem przed pierwszym spektaklem w zajezdni na Gajowej jedna z szarfistek powiedziała mi: „mówię mamie, czym się zajmuję, a ona na to, że Kapturska jest moją babcią” – zwierza się reżyser. Na końcu spektaklu pojawiają się też inni krewni zmarłych tramwajarek, aby zapalić znicze na pantografie. Wrażenie robi Kora na szczudłach, a potem także o kulach. Mityczna bogini obfitości i mijającego czasu najpierw jest radosna, a później karleje.

W 1992 przyznano w wolnej Polsce pięćdziesiąt siedem „czerwcowych” legitymacji kombatanckich. Nie było wśród nich trzech tramwajarek. Później, z inicjatywy Stanisława Zubera, przyznano legitymację Helenie Przybyłek. Zuber pojechał do Magdalenowa pod Kaliszem, gdzie w biedzie mieszkała chorująca wtedy na nowotwór Przybyłek. Nie było dla niej miejsca w poznańskim szpitalu onkologicznym. Przyjęto ją dopiero w marcu 1993 roku, zmarła miesiąc później.
Prezydent Lech Kaczyński w 2006 roku odznaczył Stanisławę Sobańską, a także pośmiertnie Helenę Przybyłek i Marię Kapturską Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski.
Kolejne osoby odkrywając historie trzech tramwajarek czują gniew podobny do tego, który skłonił Janusza Stolarskiego do stworzenia spektaklu, a Pawła Cieliczko do upamiętnienia tramwajarek w przestrzeni miejskiej i napisania o nich książki. Niezależnie jak wielki byłby pomnik, jak bogaty, nie zmieni to faktu, że poznając historię Heleny, Stanisławy i Marii, czujemy rozgoryczenie. Żaden spiż tego nie zmieni, choćby pokryty złotem. Być może, paradoksalnie, wszystko to dzisiaj sprawia, że po latach trzy tramwajarki wyrastają na ikony Czerwca.