Od progu wita mnie zapach drewna. Wchodzę do pracowni lutniczej Niewczyk&Synowie. To spełniony sen o rzemieślniczej świątyni – z jednej strony wypełnionej blaszkami, pilnikami czy dłutami, a z drugiej wyrafinowanymi instrumentami, jak skrzypce z wyrzeźbioną w miejscu ślimaka głową Henryka Wieniawskiego. Na ścianach stare zdjęcia, dyplomy i eksponaty. Mam wrażenie, że znalazłam się na planie filmu o międzywojniu. Nad blatem wiszą płyty wierzchnie skrzypiec, które bez listewek i duszy wydają się sprasowanymi wersjami instrumentów. Przypomina mi się wiersz Szewczyk Bolesława Leśmiana chwalący rzemieślniczy kunszt:
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!
Zamiast butów rzeźbione i naprawiane są tutaj skrzypce i gitary, bo lutnik to artysta-rzemieślnik zajmujący się instrumentami strunowymi. Nazwa zawodu pochodzi od słowa „lutnia”. Nie znam żadnego wiersza o lutniku, ale za to kameralną powieść. Z panem Benedyktem Niewczykiem poznaliśmy się właśnie przy okazji promocji Ballady o lutniku Wiktora Paskowa – książki o przyjaźni starego lutnika z chłopcem. To z niej dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak pamięć przedmiotów i drewna.
Niewczyk&Synowie przy ulicy Woźnej jest najstarszą w Polsce i trzecią na świecie pracownią lutniczą. Założył ją w roku 1885 Franciszek, pradziadek obecnego właściciela. Warsztat wiele razy zmieniał adres. Pierwsza siedziba, w czasach zaboru pruskiego, mieściła się w Alejach Marcinkowskiego. Oglądam wiszące na ścianie drzewo, a dokładnie skrzypce genealogiczne rodu Niewczyków, bo kolejni lutnicy wpisani zostali w struny.

Franciszek Niewczyk | foto arch. rodzinne | pracownialutnicza.pl
Pan Benedykt parzy herbatę i częstuje mnie rogalem marcińskim z cukierni Piskorska, według niego to tam robi się najlepsze w Poznaniu. To ustawia naszą rozmowę: poznańskość i wysoka jakość. Kroję rogala na kawałki i choć przepyszny, opowieść pana Benedykta mnie tak wciąga, że nie starcza czasu na jedzenie. Dostaję więc rogala na wynos.
Lutniczy biznes narodził się w pruskiej armii. Pradziadek pana Benedykta, wspomniany Franciszek, został powołany do wojska, gdzie dołączył do orkiestry. Któregoś dnia kapelmajster zachorował i Franciszek zgłosił się na ochotnika, aby go zastąpić. Prusacy liczyli, że będą mogli pośmiać się z Polaka. – Wyszło jednak rewelacyjnie. Pradziadek poprowadził orkiestrę, wywijając batutą – opowiada pan Benedykt wskazując wiszące na ścianie zdjęcie antenata w mundurze. Niewczyk tym samym awansował, powierzono mu opiekę nad instrumentami. Do jego zadań należało między innymi zawożenie uszkodzonych skrzypiec do lutników niemieckich.
W tle rozgrywała się historia miłosna. Franciszek jeździł z instrumentami do Heinricha Lange do Zgorzelca, wówczas Görlitz. Niemiec nie tylko naprawiał zniszczone skrzypce, ale też zaczął dawać lekcje Polakowi. Liczył, że Franciszek ożeni się z jego córką.
Niewczyk nie poddawał w wątpliwość tych planów, ale kiedy nauczył się fachu, więcej do Zgorzelca nie pojechał. Do polsko-pruskiego małżeństwa nie doszło. Za to w swojej pracowni lutniczej w Alejach Marcinkowskiego zatrudnił dwóch emerytowanych lutników z zakładu Langego, aby przyuczyli go do zawodu. Kupował instrumenty, rozbierał je i kleił z powrotem. Po trzech latach zdał egzamin na czeladnika. Po dalszych trzech – na mistrza budowy i naprawy instrumentów dętych i smyczkowych. Zatrudnił kilku czeladników. Instrumentów z jego pracowni używały dęte orkiestry pułkowe, a także orkiestra Towarzystwa Muzycznego w Poznaniu i Krakowie oraz orkiestra kościelna klasztoru jasnogórskiego.

Stanisław Niewczyk | foto arch. rodzinne | pracownialutnicza.pl
Nestor rodu Niewczyków udzielał się w organizacjach patriotycznych, choćby w Polskim Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”. – Wiadomo, że takie organizacje nie mogły mieć broni, ale ćwiczyli manewry czy fechtunek. To była bardziej gimnastyka z elementami uzbrojenia – opowiada pan Benedykt. Zbliżało się 500-lecie bitwy pod Grunwaldem. W zaborze pruskim zorganizowano zbiórkę pieniędzy na pomnik, który miał stanąć w Krakowie. Jak mówi pan Benedykt, to jego pradziadek w 1905 roku przewiózł pieniądze do Krakowa na budowę pomnika Grunwaldzkiego.
Wikipedia twierdzi, że fundatorem pomnika był Ignacy Jan Paderewski. Dlaczego nie ma informacji o zbiórce Wielkopolan? Katarzyna Męczyńska na łamach Kroniki Miasta Poznania (2024/2) pisze: „W końcu XIX wieku i na początku XX wieku wyprawa do Krakowa dla poznaniaków (…) była wytęsknioną, oczekiwaną z radością, zanurzeniem się w polskości”. W tamtych latach Wielkopolanie spoglądali na Kraków z utęsknieniem – język polski nie był tam represjonowany, dlatego, jak przyznają poznańscy historycy, z którymi rozmawiałam, zbiórka na pomnik Grunwaldzki prawdopodobnie była, ale nikt tego tematu nie badał.
– Inicjatywa i największy wkład był po stronie Wielkopolan – podkreśla pan Benedykt i na dowód pokazuje starą pocztówkę, na której widać dwóch mężczyzn idących po gdyńskim molo. To Stanisław Niewczyk, syn Franciszka oraz Feliks Nowowiejski, autor muzyki do Roty Marii Konopnickiej. Jej pierwsze wykonanie miało miejsce w Krakowie 15 lipca 1910 roku, w pięćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem, właśnie podczas odsłonięcia pomnika Grunwaldzkiego.
Pocztówkę podpisano: „Pieniądze na jego budowę zebrane przez Wielkopolan przewiózł do grodu Kraka Franciszek Niewczyk, ojciec Stanisława i zapłacił za to wysiedleniem z Poznania”.

Franciszek i Stanisław | foto arch. rodzinne | pracownia lutnicza.pl
Kiedy władze niemieckie dowiedziały się zbiórce na pomnik, ogłosiły bojkot firmy Niewczyka. Represje przybierały coraz ostrzejszą formę. Franciszek został zawczasu uprzedzony, że Niemcy skazali go na banicję. Przeciek wyszedł z ratusza. Zdążył oddać większość naprawianych instrumentów klientom, a zleceń długoterminowych nie przyjmował. Czekał na ruch Niemców. W 1907 roku nakazali mu opuścić zabór pruski, dostał na to dwadzieścia cztery godziny. Wystarczyło osiem. Urzędnicy, którzy odbierali klucze nie kryli zdumienia. „W każdym narodzie są ludzie i świnie. Porządni Prusacy powiedzieli mi o tym wcześniej – przyznał Niewczyk, dodając na pożegnanie: „Ja tu jeszcze wrócę, ale was już tutaj nie będzie”. Franciszek do Poznania nigdy nie powrócił, ale wróciła jego pracownia.
Rodzina Niewczyków wraz z wyposażeniem pracowni oraz drewnem pozyskanym ze świerków i jaworów karpackich, z których do dziś potomkowie Franciszka rzeźbią skrzypce i gitary, wyruszyła do Lwowa. Jazda pociągiem w tamtych czasach trwała plus minus piętnaście godzin, przesiąść należało się we Wrocławiu i Katowicach, ewentualnie też w Bohuminie. Linie Poznań-Wrocław oraz Opole-Katowice-Kraków były dla Niemców peryferyjne. Połączenia bezpośredniego więc nie było.
Hrabia Turno załatwił we Lwowie zakwaterowanie i lokal na nową pracownię, choć lepszą nazwą byłaby fabryka. Franciszek z zawodu był ślusarzem precyzyjnym, co pomogło mu przy rozwinięciu firmy – oferta została poszerzona o instrumenty dęte. Do tego doszło dorabianie i naprawianie instrumentów mechanicznych (na przykład pozytywek) czy frezowanie kółek zębatych. W okresie świetności Niewczyk zatrudniał niemal trzydziestu pracowników, w tym kilkoro uczniów z Poznania, których zabrał ze sobą do Galicji.

Benedykt Niewczyk
Pan Benedykt pokazuje mi archiwalny katalog usług, gdzie ceny podane są w trzech walutach – rublach, markach i koronach. Czytam listy pochwalne: „Prawdziwą przyjemność sprawiłeś mi Pan swoją przysłówką”.
Jednym z pierwszych zleceń po przeprowadzce do Lwowa było wyposażenie orkiestry wojskowej. Franciszek Niewczyk wycenił zlecenie na trzydzieści tysięcy rubli, ale oficer carski nie zaakceptował rachunku. „Wpisz osiemdziesiąt tysięcy i zrobimy pół dla ciebie, a pół dla mnie” – zaproponował. Dla poznańskiego lutnika wychowanego w duchu niemieckim była to bariera nie do przejścia. Ta historia jak w soczewce pokazuje mentalność Wielkopolanina, który musiał dostosować swój biznes do warunków galicyjskich. – Te różnice funkcjonują do dziś – zauważa Benedykt Niewczyk i dodaje: – Kiedy pradziadek był w Poznaniu, Prusacy bojkotowali jego firmę jako taką brzydko pachnącą dla nich, za bardzo patriotyczną, a przede wszystkim polską. Kiedy wyprowadził się do Lwowa, zaczęły spływać od nich zamówienia.
We Lwowie usamodzielnia się syn Franciszka, Stanisław. Jest rok 1922. Polska kilka lat wcześniej odzyskała niepodległość. Stanisław Niewczyk wyrusza na teren dawnego zaboru pruskiego, ale nie do Poznania. Pan Benedykt: – Dziadek jedzie do Bydgoszczy, gdzie wynajmuje lokal. Chce wziąć pożyczkę, żeby odpowiednio wyposażyć pracownię. Zgłasza się do Deutsche Banku, urzędnicy przychodzą na kontrolę, chcą sprawdzić, czy będzie to opłacalne. Było, kredyt przyznano. Odtąd obie pracownie, lwowska i bydgoska, współpracowały ze sobą. Z Bydgoszczy do Lwowa podróżowały instrumenty dęte, których tam nie wykonywano, a nadwyżka mandolin pokonywała odwrotną trasę. Kres tej prospericie przyniosła druga wojna światowa. – W Bydgoszczy przed wojną były bardzo duże ruchy antypolskie i dziadek już wtedy był zmuszony opuścić to miasto. Dużo szczęścia miał dzięki temu – mówi pan Benedykt. Stanisław Niewczyk pojechał z lutniczym biznesem do Poznania. Pierwszy lokal otworzył na ulicy Pierackiego, czyli dzisiejszej Gwarnej. Chwilę później wybuchła wojna. – Dziadek z dwójką nieletnich synów zgłosił się na ochotnika do wojska. Niemcy biorą ich do niewoli pod Kampinosem. Tymczasem do Lwowa wchodzą Rosjanie i grabią fabrykę instrumentów. Nestor rodu Niewczyków nie doczeka końca wojny, umiera w 1944 roku i zostaje pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim, choć do dzisiaj nie wiadomo, gdzie dokładnie leży.

Benedykt Niewczyk
Jego syn, Stanisław, mimo aresztowania przez Gestapo przeżył i wrócił z do Poznania, ale jako Polak stracił pracownię w centrum miasta. Przeniósł ją do mieszkania w kamienicy, która stała tam, gdzie dzisiaj stoją Alfy, ale zostawił na szyldzie Geigenbau Werkstatt, pracownia lutnicza, dodając przekornie po polsku i z rzymską jedynką: I PIETRO. – To była informacja dla Polaków, a Niemcy myśleli, że do Poznania przyjechał włoski lutnik I. Pietro – śmieje się pan Benedykt. Kiedy niemiecki dygnitarz przyniósł Stanisławowi do korekty zabytkowy instrument, ten mu odmówił: „Nie mogę od pana tego przyjąć, bo to jest długa i skomplikowana naprawa. A ja nie wiem, czy nie zostanę stąd wyrzucony”.
Na co usłyszał: „Od decydowania o tym jestem ja. Jak długo ten instrument jest u pana, tak długo jest pan bezpieczny”. Remont instrumentu trwał do końca wojny.
Przed Bożym Narodzeniem pracownię odwiedził inny Niemiec, któremu zależało, żeby skrzypce naprawiono przed świętami. Jak wspomina pan Benedykt, jego dziadek nie byłby sobą, gdyby nie spróbował czegoś na tym dodatkowo ugrać. „Nie dam rady przed świętami, bo jest tyle pracy, a poza tym karpia nie mamy. Musimy się jakoś zorganizować tutaj, żeby karpia dostać – utyskiwał Stanisław Niewczyk. Niemiec dostał naprawiony instrument, a Stanisław karpia.
Jego pracownia była w czasie wojny kilkukrotnie zamykana, bo Stanisław Niewczyk nie chciał podpisać volkslisty. – Dziadek biegle władał językiem niemieckim, studiował w Berlinie. Podobno Niemcy nie byli w stanie, rozmawiając z nim, wyczuć, że rozmawiają z Polakiem. Czasem ratowało mu to tyłek, ale nieraz przysporzyło problemów. Jednak wciąż udawało mu się pracownię otwierać. Jak to możliwe? – Kiedy polska buda, jak ją określali Niemcy, była zamknięta, nie było instrumentów, a żołnierze chcieli grać – opowiada pan Benedykt. – Szło więc pismo do urzędu, że żołnierze są na rehabilitacji i chcą grać. I polska buda była otwierana ponownie.
Kiedyś Stanisław poszedł na dworzec, przez który wywożono polskie dzieci z Lubelszczyzny do Rzeszy. Niemcy mogli adoptować te dzieci po drodze, więc postanowił udać Niemca i adoptować jedno. – Dziadek z babcią stwierdzili, że skoro są w stanie wyżywić się w piątkę, to i dla szóstego jedzenia starczy – opowiada pan Benedykt. – Wszedł na dworzec, tutaj w Poznaniu i pokazał książeczkę pracy, która wyglądała jak dokument tożsamości niemieckiej. Skończyło się tym, że wynieśli go na noszach, miał złamaną szczękę i połamane żebra. Pobili go do nieprzytomności. Albo inna historia, okupanci namawiają Stanisława do podpisania Volkslisty, a on ich pyta, czy czytali Mein Kampf? „Natürlich!” – usłyszał w odpowiedzi. Wtedy Stanisław, który przeczył dzieło Hitlera zaraz na początku wojny, otworzył je z zaznaczeniem i wskazywał: „Widzicie co tutaj jest napisane? Wasz wódz mówi, że wolałby mieć do czynienia ze świnią niż z kimś, kto dla interesu zmienił narodowość”.
Wojna się skończyła, Niemcy zniknęli, ale nadal nie było łatwo, bo władze w PRL-u nie akceptowały prywatnych biznesów. Pracownia po wojnie mieściła się na Dąbrowskiego 41A i Niewczykowie dostali pozwolenie na posiadanie w niej telefonu, pod warunkiem, że będzie publiczny.

Benedykt Niewczyk
Sąsiedzi mogli przyjść i zapłacić za rozmowę. – Pamiętam jak dzisiaj te siedemdziesiąt groszy, moje pierwsze zarobki. Każdy uczciwie wrzucał je do miski, zadowolony, że może zadzwonić, a ja je potem układałem w kupki, podliczałem i wymieniałem na grubsze. Miałem z tego dziesięć procent – uśmiecha się pan Benedykt, choć w nowej Polsce wesoło nie było z racji choćby na tak zwane domiary: – Skarbówka posadziła na przystanku tramwajowym naprzeciwko pracowni urzędnika, który liczył, ile osób wchodzi do środka, ale były w tym również osoby, które przychodziły dzwonić. Urzędnika to jednak nie interesowało, wyliczył, że tylu klientów musi przynosić olbrzymie zyski, zastosowano więc domiar – uznaniowy podatek, nakładany na prywatnych przedsiębiorców przez powojenną komunistyczną władzę. Stanisław Niewczyk prosił o rozbicie domiaru na raty, nauczony doświadczeniem innej firmy zajmującej się naprawą instrumentów, niedaleko bo na Kraszewskiego. – Zapłacili domiar od razu gotówką, więc niedługo potem dostali trzykrotnie więcej. Rozłożyli ich na łopatki, prywatny biznes zlikwidowano i powstała w jego miejsce spółdzielnia naprawy instrumentów muzycznych, nastąpiła nacjonalizacja – kwituje wnuk Stanisława. To jednak nie koniec problemów z władzą ludową. Lata później urzędniczka z Jeżyc wpadła na pomysł, że pracownię można przenieść do piwnicy, a w jej miejscu otworzyć punkt pralni Świt. Sprawa stała się tak głośna, że pisał o niej w Polityce Jerzy Waldorff, wyśmiewając urzędników z Wielkopolski. Pracownia została uratowana.
Jak w takim razie znalazła się na Woźnej 6, gdzie działa do dzisiaj? Andrzej Wituski, prezydent Poznania w latach 1982-1990, miał pomysł stworzenia ulicy rzemieślniczej. Z tej koncepcji do czasów współczesnych, oprócz lutników, pozostał jeszcze zakład perukarski. A co dalej z rodem lutników? Pan Benedykt: – Jeden syn jest lekarzem, a drugi adwokatem, ale pewne plany mamy. Pracownia będzie działać dalej. „Cześć dynastii Niewczyków” – napisał wielki skrzypek, Yehudi Menuhin, a to zobowiązuje.