– Zaczęłam nosić strój bamberski jako nastolatka, więc słyszałam nieraz: „O, Bambery idą!”. Pojawiały się negatywne skojarzenia, że bambrzy to wieśniacy. Z czasem zaczęło się to zmieniać. Teraz widzę zachwyt strojem i folklorem, zmieniła się świadomość. Przez nasze mury przetoczyło się wielu uczniów – opowiada Dominika Marciniak z Muzeum Bambrów Poznańskich, dodając czujnie: – W gwarze wielkopolskiej, poza Poznaniem, słowo „bamber” oznacza dobrego gospodarza.
Dawniej Bambrami nazywano wszystkich mieszkańców podpoznańskich wsi. Negatywne konotacje zaczęły się pojawiać, kiedy Wildę, Łazarz i Jeżyce włączono do miasta. Część mieszkańców nie spieszyła się ze zmianą stylu życia i nadal zajmowała się rolnictwem. To wtedy słowo „bamber” zaczęło funkcjonować w obiegu miejskim jako synonim „wieśniaka”. A skąd właściwie Bambrzy wzięli się w Poznaniu?
Na początku XVIII wieku stolica Wielkopolski przeszła coś na kształt apokalipsy. Przez sześć lat stacjonowały tutaj wojska szwedzkie, następnie wkroczyły armie saskie, a później jeszcze moskiewskie i kozackie.
Wojny północne i epidemia dżumy zdziesiątkowały miasto. W przededniu potopu szwedzkiego w Poznaniu i przylegających osadach mieszkało około czternastu tysięcy osób. W wyniku kolejnych wojen oraz epidemii czarnej śmierci z 1709 roku, która pochłonęła większość populacji, w mieście pozostało nie więcej niż pięć tysięcy mieszkańców. Do tego trzeba dodać niszczycielskie żywioły natury – huragany (ten z 1725 roku zniszczył wszystkie zabudowania wildeckie) i powodzie (w 1736 roku Warta wezbrała do prawie pięciu metrów). Wymarłe miasto potrzebowało nowych osadników.

Grupa poznańskich Bambrów i Bamberek podczas uroczystości | arch. Towarzystwa Bambrów Poznańskich
Chciano katolików. Wcześniej Rzeczpospolita słynęła z otwartości przyjmując innowierców uciekających przed prześladowaniami na Zachodzie, ale w wyniku wojen szwedzkich (Szwedzi, ku niezadowoleniu Polaków, promowali protestantów) i kontrreformacyjnej działalności jezuitów otwartość poszła w odstawkę. Do tego stopnia, że August II Mocny, zanim objął koronę Polski, potajemnie przeszedł konwersję na katolicyzm.
I to właśnie on, już jako król Rzeczpospolitej, wydał w 1710 nakaz, zgodnie z którym w kraju mogli osiadać tylko cudzoziemcy wyznania katolickiego.
Dlaczego akurat z Bambergii? Są dwie wersje odpowiedzi. Pierwsza mówi, że łącznikiem był sługa kupca, który w trakcie podróży w tamte strony, zauważył, że bamberska ludność była pracowita, rolnictwo kwitło, ale zmagano się z przeludnieniem. Druga przypisuje te spostrzeżenia biskupowi poznańskiemu – co prawda, nie zachowała się odezwa-zaproszenie władz Poznania do mieszkańców Bambergu, za to udokumentowane są relacje naszych biskupstw. Łączył nas także handel. Bamberg leżał na szlaku z Norymbergą, która była wtedy jednym z największych partnerów gospodarczych Poznania.
Co przekonało mieszkańców Górnej Frankonii do podróży na Wschód? Rajcowie zaoferowali im czynsz, zwolnienie z opłat przez pierwsze lata, a także ziarno i drewno. Bambrzy wyruszyli więc całymi rodzinami. Trasa liczyła ponad pół tysiąca kilometrów, wędrówka trwała tygodnie. Skromne dobytki spakowali na wozy konne, a większość osadników szła pieszo obok pojazdów. Zabrali ze sobą narzędzia rolnicze i glejty wjazdowe – świadectwa moralności i chrztu wydane przez niemieckich proboszczów.
Jak opowiada Dominika Marciniak, część mieszkańców Bambergu w tym samym czasie wyruszyła także w inne strony: na Węgry, do USA i do Rosji, ale słuch po nich zaginął.
– Bamberczycy byli ogrodnikami, co się wiązało z przemieszczaniem się. W Muzeum Ogrodnictwa i Winiarstwa w Bambergu widziałam mapę, która pokazywała zasięg ich podróży w średniowieczu. Podróżowanie było dla nich czymś naturalnym – relacjonuje. Marciniak przytacza opowieści rodzinne, nieraz na wpół legendarne, jak ta o kobiecie, która przyjechała do Poznania na drewnianej taczce. Zachowała się również historia z Czapur o matce z Bambergu, która przyszła odwiedzić synów-emigrantów. Miała wejść do ich chałupy, obejrzeć ją i niedługo później wyjść, wracając piechotą do Bambergu.
Pierwszych trzynaście małżeństw osiedliło się w 1719 w Luboniu. To rodziny o nazwiskach Seelmann, Gliem, Frankenberg, Heigelmann, Hirsch, Schmidt, Stenberg, Hinkelmann, Blinsler, Tietz, Basier, Finzel i Engler, które otrzymały nie tylko ziemię, ale też pożyczki pieniężne i w naturze. Kolejni Bamberczycy (Bambrami nazywamy kolejne pokolenia osadników) zamieszkali na Boninie i Dębcu, następni na Ratajach i Wildzie. Później skolonizowano wspomniane Czapury i Wiórek. Ostatnia grupa dotarła pod koniec XVIII wieku na Jeżyce i Górczyn. Łącznie przybyło ich około pół tysiąca, choć historycy szacują, że we wszystkich falach mogło przyjechać nawet dziewięciuset Niemców. Wśród nich członkowie rodzin Jeske, Leitgeberów, Handschuhów, Stolzmannów, Plenzlerów, Genslerów, Paetzów, Muthów, Remleinów czy Hirschów.
Nie wszyscy pochodzili z Bambergu. Była wśród nich garstka przybyszów ze Szwabii, Wirtembergii, Prus Wschodnich i Śląska. Jednak nazwa „Bambrzy” z czasem przylgnęła do całej grupy.
Nowi mieszkańcy byli ludźmi wolnymi, a dzierżawiona przez nich ziemia była dziedziczona. Z władzami miasta podpisali kontrakty, które pełniły rolę dokumentów lokacyjnych. Do dziś w święto Bambrów poznańskich odczytywany jest statut lokacyjny podpisany w Luboniu 1 sierpnia 1719 roku.
Ostatnia grupa osadników przybyła do Poznania w 1753, a ich asymilacja nastąpiła bardzo szybko. Dlaczego? Głównie dlatego, że msze w kościołach odbywały się w języku polskim, a nowi przybysze byli katolikami. Część sakramentów, choćby spowiedź, była dostępna tylko po polsku. Kościół stał się więc pierwszym filarem integracji.
Kiedy czterdzieści lat później Poznań zostanie włączony w ramach rozbiorów w skład Prus, Bambrzy nie pójdą za zaborcą. „Potomkowie osadników funkcjonowali pomiędzy Polakami i Prusakami, zbliżając się coraz bardziej do Polaków ” – pisze prof. Agnieszka Szczepaniak–Kroll z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Badaczka przytacza historię z Wildy, która wówczas była jeszcze podpoznańską wsią. Jeszcze w 1867 miejscowi Bambrzy buntowali się przeciwko zatrudnieniu nauczyciela, który zbyt słabo mówił po niemiecku, a w 1880 zmienili front – protestowali, gdy chciano przenieść ich dzieci do oddziału niemieckiego, gdzie nie mogliby uczyć się religii w języku polskim.
Nasilony za czasów Bismarcka Kulturkampf sprawił paradoksalnie, że Bambrzy zaczęli się jeszcze mocniej polonizować, bo więcej wspólnego mieli z katolickimi sąsiadami niż protestanckimi Prusami.
Z polskimi mieszkańcami miasta połączyła ich obrona Kościoła katolickiego. Zresztą Agnieszka Szczepaniak–Kroll uważa, że jest mało prawdopodobne, aby Bamberczycy w momencie opuszczania Górnej Frankonii czuli się Niemcami. Etnolożka podkreśla, że w tamtych czasach samoidentyfikacji służyła najbliższa wspólnota i zamieszkiwany przez nią region. Dopiero po Wiośnie Ludów nasiliła się potrzeba identyfikacji z narodem. Bambrzy w czasach Bismarcka deklarowali więc w spisach narodowość polską. W powstaniu wielkopolskim walczyli po stronie Polaków, a w czasie drugiej wojny światowej większość z nich odmówiła wpisania się na volkslistę.
W PRL jedyną możliwością zaznaczenia odrębności były procesje Bożego Ciała, w których Bamberki, ubrane w tradycyjne stroje, sypały kwiaty.
Władze komunistyczne chciały ponownie zaklasyfikować Bambrów jako Niemców. Konfiskowano ich ziemię i szykanowano. – Państwo Roth z Lubonia zmienili wtedy nazwisko na Czerwińscy, żeby łatwiej im się żyło. Dzisiaj dziedzictwo bamberskie jest powodem do dumy. Autorka książki Przez zmierzchy i świty. Saga bamberska zmieniła nazwisko na Rausch, bo takie nosiła jej rodzina od strony mamy – opowiada Dominika Marciniak.

Bamberki i Bambrzy w tradycyjnych strojach podczas sesji zdjęciowej | foto Piotr Skórnicki | arch. Towarzystwa Bambrów Poznańskich
W latach 90. XX wieku o Bambrach zaczęły powstawać prace naukowe, a profesor Maria Paradowska organizowała odczyty o ich historii. Przychodziły na nie tłumy, przynosząc pamiątki rodzinne. Odpowiedzią na to była wystawa, która dała początek działalności bamberskiego koła przy Towarzystwie Miłośników Poznania. W 1996 koło przekształciło się w świętujące właśnie swoje trzydziestolecie Towarzystwo Bambrów Poznańskich, które prowadzi w sąsiedztwie Muzeum Kultur Świata własne Muzeum Bambrów Poznańskich.
Towarzystwo, warto dodać, otrzymało w 2009 roku Nagrodę Parlamentu Europejskiego za działania na rzecz integracji europejskiej i porozumienia między narodami, a dekadę później Nagrodę im. Oskara Kolberga „za zasługi dla kultury ludowej”.
W samym Bambergu o osadnikach nie pamiętano, a pierwszy kontakt został nawiązany przypadkiem. Wszystko przez Gerharda Krischkera, pisarza, który przyjechał do Poznania śladem mieszkającego tu niegdyś przez dwa lata E.T.A. Hoffmanna. Kiedy pochodzący z Bambergu Krischker zawędrował na Stary Rynek, natknął się na pomnik Bamberki, który bardzo go zadziwił i dał początek długiemu procesowi, którego finałem było podpisanie umowy partnerskiej między Poznaniem i Bambergiem.
„Historia imigrantów – ich bezproblemowa integracja, imponujący rozwój materialny, zaangażowanie w życie społeczne miejscowości, do których przybywali (dziś dzielnic miasta), przekazywana przez pokolenia dwukulturowość i zachowana pamięć o korzeniach, mimo ostatecznej asymilacji, zasługują na najwyższy podziw. Sprawiają, że Bambrzy są niewątpliwie wyjątkowym, niepowtarzalnym fenomenem w dziejach naszego kraju” – pisała prof. Szczepaniak-Kroll. Trudno się z nią nie zgodzić.