
Start Wschód
ul. Górna Wilda 74/63 | Wilda
(ród Spadzistej i Różanej)
poniedziałek-wtorek zamknięte
czwartek-sobota 14:00-22:00
niedziela 14:00-19:00
Późnym, zimowym popołudniem Górna Wilda tonie w śnieżnej zadymce. Pnąca się w górę ulica wraz ze swymi stromymi przecznicami i licznymi schodami w tej zimowej scenerii przy odrobinie dobrej woli (a tej mi nie brakuje w odniesieniu do Poznania), zaczyna przypominać podgórskie miasteczko. Może nie Zakopane czy Szklarską Porębę, ale już Rabkę czy Muszynę, dlaczego nie? Eleganckie buciki redaktora Urbaniaka, z którym wędrujemy tradycyjnie po restauracjach, toną w śniegowym błocie. Mokra i paraliżująca chłodem wszechobecna biel wyzwala marzenia o jakimś przytulnym schronisku – pośród serdecznego towarzystwa, w budzącym dobre myśli wnętrzu, przy kubku gorącego, zimowego naparu z malinami. I oto – hokus pokus, abrakadabra, mamy to! Witam w Start Wschód.
Lokal, prowadzony od grudnia 2014 roku przez Rafała Grabowskiego i Annę Orendorz, mieści się w mocno przeszklonym wnętrzu, po którym o tej porze roku hulają mroźne przeciągi. Gorące maliny są więc warunkiem przetrwania. Nasi architekci ciągle udają, że Polska to kraj śródziemnomorski, nie uznają wiatrołapów przy wejściach, a szczelne, podwójne okna we wnętrzach użyteczności publicznej uważają za postkomunistyczny przeżytek. Trochę szczękamy więc zębami, ale nastrój jest uroczy.

foto Marcin Sokalski
Obszerne wnętrze dzieli się na bar połączony z otwartą kuchnią oraz salę z dużymi drewnianymi stołami dla publiczności. Pod sufitem wiszą kwietniki z zielenią oraz dużo okrągłych żyrandoli. Część to szklane, kolorowe kule, część – rattanowe formy o orientalnym wyrazie. Bar wyłożono blachą falistą, na ścianach wiszą kolorowe jarzeniówki, a stoliki oświetlają małe biurkowe lampy. W ich blasku czekamy z napięciem na pierwsze dania. Jeść się chce!
I oto pojawia się micha pełna dobroci nazwana brawurowo: Nie ramen, nie pho. Chodzi chyba o to, że dostajemy potrawę, która nie jest związana ani z tradycją japońską (ramen), ani wietnamską (pho).
To swobodna kreacja tutejszej szefowej kuchni, będąca poznańską fantazją inspirowaną tymi dwiema wielkimi kulturami kulinarnymi Azji. Dostajemy klarowny, korzenny bulion z krewetkami, podsypany sezamem i zieleniną wszelaką (28/45 zł). Do dyspozycji jest też wersja z pieczoną karkówką (32/39 zł) albo wegańska (29/36 zł). Idealne danie na dobry początek zimowej kolacji dla zmarzluchów. Huhuha, zima nie musi być wcale taka zła!
Po pierwszym uderzeniu czas na taktyczne drobiazgi. Z wdziękiem, niczym grupa strojnych rybek welonów, wpłynęła na stół ławica sześciu wontonów z dynią Hokkaido i aromatycznymi grzybami (41 zł). Podano je w misce z klarownym bulionem z kawałkami dyni, marynowaną czerwoną cebulą i oliwą paprykową. Kolejne rozkoszne maleństwo to bao, czyli dwa złożone w pół pulchne, małe placuszki z soczystym pulled pork i dużą ilością kimchi (39 zł). Och, jakże ta kiszonka wyuzdanie pachniała, jakże pobudzało to apetyt. Jemy oczywiście rękami, a esencjonalny mięsny sok spływa z palców na nadgarstki, stół, podłogę i tylko od osobistej zręczności zależy czy nie skapnie na ciuchy.
I tak ma być, bao to niebezpieczny przysmak – mówiąc słowami Króla Ignacego z Iwony, księżniczki Burgunda Gombrowicza.
I oto przyszedł czas na kolejną atrakcję, czyli gruby, perłowy kuskus z grzybami, mięsistym szczypiorem i upojnie aromatycznym cytrynowym dressingiem (41 zł). Wspaniałe, przytulaśne remedium na niekochanie, zimową chandrę i całe zło tego świata. Powinni to wydawać na recepty zamiast pigułek i niekończących się terapii. Działa skuteczniej i w szybszym tempie. A smakuje dużo lepiej!

foto Marcin Sokalski
Małym rozczarowaniem okazał się rzekomy shokupan, czyli kanapka z krewetkami na słynnym japońskim mlecznym chlebie długo utrzymującym wilgotność i świeżość. W jego zastępstwie wystąpił zwykły chleb tostowy z mało soczystym filetem drobiowym, surówką z modrej i majo oraz ogórkiem kiszonym.
Zaraz potem w sercu Wielkopolski do pyr w mundurkach podano – uwaga, uwaga! – serek homogenizowany! Takie ekscesy mogę znosić w Warszawie, ale nie nad Wartą, w pepinierze myśli organicznikowskiej, matczyźnie hr. Edwarda Raczyńskiego, Karola Marcinkowskiego, Hipolita Cegielskiego, Starego Marycha i Bamberki. Wszyscy oni w niemym wyrzucie spoglądali z zaświatów na to urągowisko z poznańskiej tradycji.
Gzik to jest gzik, powstaje na bazie dobrego twarogu i jego godności bronić będzie nawet taki przybłęda z Kongresówki, jak gruby dyrektor Teatru Polskiego. Non possumus!
Na szczęście ukojenie przyniosła tikka masala w wersji wegańskiej z ciecierzycą (42 zł). To był balsam prawdziwy na skołatane nerwy i wymęczone ciało. W głębokim talerzu pojawiła się porcja białego ryżu z potrawką z pomidorów na bazie mleczka kokosowego, masła klarowanego, jogurtu z dodatkiem kolendry, mięty i świeżego chilli. A wszystko obsypane orzeszkami ziemnymi.

foto Marcin Sokalski
Zaraz potem świetne wrażenie zrobiły udony dwa. Pierwszy, jasny, spoczywał w gęstym, lśniącym, słodkawym wywarze na maśle orzechowym (48 zł). Wspaniały! A dodatkowo zdobiły go kawałki kurzęcej piersi, brokułów, selera naciowego, imbiru, kolendry i sezamu. W karcie istnieje też wersja wegańska z kawałkami tofu (46 zł), więc nikt nie będzie pokrzywdzony. Udon drugi pojawił się w czarnej sukni z pieprzu, pieczarek, ciemnego sosu sojowego i ziółek wszelakich. Do takiej aromatycznej kąpieli można zamówić wołowinę lub seitanową kaczkę (51 zł).
Na języku i podniebieniu rozwija się szeroki, intrygujący pejzaż smaków, aromatów i wspomnień z wypraw po azjatyckich szlakach.
W tutejszej kuchni rządzi szefowa Julia z Ukrainy, wspomagana przez mamę, Nataszę i Romana, również z Ukrainy. Z oddaniem przygotowują dania inspirowane Dalekim Wschodem, w których czuć słowiańską skłonność do kuchni raczej spokojnej i pozbawionej ekscesów. Albowiem, jak mówi w scenie Balu u Senatora w III części Dziadów jeden z konformistycznie nastawionych gości: „Sławianie, my lubim sielanki”. W czasach Mickiewicza brzmiało to dwuznacznie, dzisiaj, w kontekście okrutnych obrazów wojny za naszą wschodnią granicą, dźwięczy makabrycznie szyderczo. We wschodnioeuropejskim kotle znowu bulgocze, gdy wielką chochlą miesza w nim Wielki Kucharz Świata. A my, przynajmniej do czasu, możemy jedynie zaszyć się w zacisznym Start Wschód.