9 stycznia 2026
jedzenie

Go East!

Niektóre dania w Start Wschód powinno się wydawać na recepty zamiast pigułek, bo działają skuteczniej na dolegliwości tego świata. I dużo lepiej smakują.
MACIEJ NOWAK
Rafał Grabowski i Anna Orendorz - właściciele i w środku Julia, szefowa kuchni | foto Marcin Sokalski

Start Wschód
ul. Górna Wilda 74/63 | Wilda
(ród Spadzistej i Różanej)
poniedziałek-wtorek zamknięte
czwartek-sobota 14:00-22:00
niedziela 14:00-19:00

Późnym, zimowym popołudniem Górna Wilda tonie w śnieżnej zadymce. Pnąca się w górę ulica wraz ze swymi stromymi przecznicami i licznymi schodami w tej zimowej scenerii przy odrobinie dobrej woli (a tej mi nie brakuje w odniesieniu do Poznania), zaczyna przypominać podgórskie miasteczko. Może nie Zakopane czy Szklarską Porębę, ale już Rabkę czy Muszynę, dlaczego nie? Eleganckie buciki redaktora Urbaniaka, z którym wędrujemy tradycyjnie po restauracjach, toną w śniegowym błocie. Mokra i paraliżująca chłodem wszechobecna biel wyzwala marzenia o jakimś przytulnym schronisku – pośród serdecznego towarzystwa, w budzącym dobre myśli wnętrzu, przy kubku gorącego, zimowego naparu z malinami. I oto – hokus pokus, abrakadabra, mamy to! Witam w Start Wschód.

Lokal, prowadzony od grudnia 2014 roku przez Rafała Grabowskiego i Annę Orendorz, mieści się w mocno przeszklonym wnętrzu, po którym o tej porze roku hulają mroźne przeciągi. Gorące maliny są więc warunkiem przetrwania. Nasi architekci ciągle udają, że Polska to kraj śródziemnomorski, nie uznają wiatrołapów przy wejściach, a szczelne, podwójne okna we wnętrzach użyteczności publicznej uważają za postkomunistyczny przeżytek. Trochę szczękamy więc zębami, ale nastrój jest uroczy.

foto Marcin Sokalski

Obszerne wnętrze dzieli się na bar połączony z otwartą kuchnią oraz salę z dużymi drewnianymi stołami dla publiczności. Pod sufitem wiszą kwietniki z zielenią oraz dużo okrągłych żyrandoli. Część to szklane, kolorowe kule, część – rattanowe formy o orientalnym wyrazie. Bar wyłożono blachą falistą, na ścianach wiszą kolorowe jarzeniówki, a stoliki oświetlają małe biurkowe lampy. W ich blasku czekamy z napięciem na pierwsze dania. Jeść się chce!

I oto pojawia się micha pełna dobroci nazwana brawurowo: Nie ramen, nie pho. Chodzi chyba o to, że dostajemy potrawę, która nie jest związana ani z tradycją japońską (ramen), ani wietnamską (pho).

To swobodna kreacja tutejszej szefowej kuchni, będąca poznańską fantazją inspirowaną tymi dwiema wielkimi kulturami kulinarnymi Azji. Dostajemy klarowny, korzenny bulion z krewetkami, podsypany sezamem i zieleniną wszelaką (28/45 zł). Do dyspozycji jest też wersja z pieczoną karkówką (32/39 zł) albo wegańska (29/36 zł). Idealne danie na dobry początek zimowej kolacji dla zmarzluchów. Huhuha, zima nie musi być wcale taka zła!

Wschód 071
foto Marcin Sokalski
Wschód 033
foto Marcin Sokalski

Po pierwszym uderzeniu czas na taktyczne drobiazgi. Z wdziękiem, niczym grupa strojnych rybek welonów, wpłynęła na stół ławica sześciu wontonów z dynią Hokkaido i aromatycznymi grzybami (41 zł). Podano je w misce z klarownym bulionem z kawałkami dyni, marynowaną czerwoną cebulą i oliwą paprykową. Kolejne rozkoszne maleństwo to bao, czyli dwa złożone w pół pulchne, małe placuszki z soczystym pulled pork i dużą ilością kimchi (39 zł). Och, jakże ta kiszonka wyuzdanie pachniała, jakże pobudzało to apetyt. Jemy oczywiście rękami, a esencjonalny mięsny sok spływa z palców na nadgarstki, stół, podłogę i tylko od osobistej zręczności zależy czy nie skapnie na ciuchy.

I tak ma być, bao to niebezpieczny przysmak – mówiąc słowami Króla Ignacego z Iwony, księżniczki Burgunda Gombrowicza.

I oto przyszedł czas na kolejną atrakcję, czyli gruby, perłowy kuskus z grzybami, mięsistym szczypiorem i upojnie aromatycznym cytrynowym dressingiem (41 zł). Wspaniałe, przytulaśne remedium na niekochanie, zimową chandrę i całe zło tego świata. Powinni to wydawać na recepty zamiast pigułek i niekończących się terapii. Działa skuteczniej i w szybszym tempie. A smakuje dużo lepiej!

foto Marcin Sokalski

Małym rozczarowaniem okazał się rzekomy shokupan, czyli kanapka z krewetkami na słynnym japońskim mlecznym chlebie długo utrzymującym wilgotność i świeżość. W jego zastępstwie wystąpił zwykły chleb tostowy z mało soczystym filetem drobiowym, surówką z modrej i majo oraz ogórkiem kiszonym.

Zaraz potem w sercu Wielkopolski do pyr w mundurkach podano – uwaga, uwaga! – serek homogenizowany! Takie ekscesy mogę znosić w Warszawie, ale nie nad Wartą, w pepinierze myśli organicznikowskiej, matczyźnie hr. Edwarda Raczyńskiego, Karola Marcinkowskiego, Hipolita Cegielskiego, Starego Marycha i Bamberki. Wszyscy oni w niemym wyrzucie spoglądali z zaświatów na to urągowisko z poznańskiej tradycji.

Gzik to jest gzik, powstaje na bazie dobrego twarogu i jego godności bronić będzie nawet taki przybłęda z Kongresówki, jak gruby dyrektor Teatru Polskiego. Non possumus!

Na szczęście ukojenie przyniosła tikka masala w wersji wegańskiej z ciecierzycą (42 zł). To był balsam prawdziwy na skołatane nerwy i wymęczone ciało. W głębokim talerzu pojawiła się porcja białego ryżu z potrawką z pomidorów na bazie mleczka kokosowego, masła klarowanego, jogurtu z dodatkiem kolendry, mięty i świeżego chilli. A wszystko obsypane orzeszkami ziemnymi.

foto Marcin Sokalski

Zaraz potem świetne wrażenie zrobiły udony dwa. Pierwszy, jasny, spoczywał w gęstym, lśniącym, słodkawym wywarze na maśle orzechowym (48 zł). Wspaniały! A dodatkowo zdobiły go kawałki kurzęcej piersi, brokułów, selera naciowego, imbiru, kolendry i sezamu. W karcie istnieje też wersja wegańska z kawałkami tofu (46 zł), więc nikt nie będzie pokrzywdzony. Udon drugi pojawił się w czarnej sukni z pieprzu, pieczarek, ciemnego sosu sojowego i ziółek wszelakich. Do takiej aromatycznej kąpieli można zamówić wołowinę lub seitanową kaczkę (51 zł).

Na języku i podniebieniu rozwija się szeroki, intrygujący pejzaż smaków, aromatów i wspomnień z wypraw po azjatyckich szlakach.

W tutejszej kuchni rządzi szefowa Julia z Ukrainy, wspomagana przez mamę, Nataszę i Romana, również z Ukrainy. Z oddaniem przygotowują dania inspirowane Dalekim Wschodem, w których czuć słowiańską skłonność do kuchni raczej spokojnej i pozbawionej ekscesów. Albowiem, jak mówi w scenie Balu u Senatora w III części Dziadów jeden z konformistycznie nastawionych gości: „Sławianie, my lubim sielanki”. W czasach Mickiewicza brzmiało to dwuznacznie, dzisiaj, w kontekście okrutnych obrazów wojny za naszą wschodnią granicą, dźwięczy makabrycznie szyderczo. We wschodnioeuropejskim kotle znowu bulgocze, gdy wielką chochlą miesza w nim Wielki Kucharz Świata. A my, przynajmniej do czasu, możemy jedynie zaszyć się w zacisznym Start Wschód.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!