Hola, Wilda!

Na urokliwej ulicy Różanej można objechać kulinarnie jednego popołudnia kawałek świata. I to bardzo smacznie.
tekst MACIEJ NOWAK
Niezły Meksyk | foto Marcin Sokalski

Niezły Meksyk
ul. Różana 15/2

Pora Dnia
ul. Różna 15/1

Fika
ul. Różana 9A

Bratanki Bistro & Bar
ul. Różna 15

W Poznaniu wzorem Berlina życie miejskie toczy się w systemie Kiezów, czyli lokalnych centrów handlu i usług. W moim fyrtlu, koło placu Cyryla, w promieniu dwustu-trzystu metrów działają sklep spożywczy, rzeźnik, trzy piekarnie, cukiernia, apteka, gabinet lekarski, stomatolog, fryzjer, gabinet kosmetyczny, pralnia, obiady domowe, trzy restauracje i bank. A i nienajgorszy teatr od roku 1875. Cysorz (i ja też) to ma klawe życie.

Nie znam precyzyjnie wielu innych poznańskich Kiezów, ale na pewno z przyjemnością od czasu do czasu wybieram się tam, gdzie mieszka Szatan, czyli na Wildę. Na tamtejszej ulicy Różanej zawsze można liczyć na fajne kulinarne przygody. Pośród zwartej zabudowy kamienic z przełomu XIX i XX wieku, przy wystawionych na chodniki knajpianych stolikach i pod girlandami kolorowych żarówek panuje klimat przy pewnej dozie dobrej woli porównywalny z Madrytem, Pragą czy Belgradem. Dla przybysza z Warszawy zwarte miejskie pierzeje zawsze są pociągające, kuszą klimatem sprzed powstania i przełomu modernistycznego w urbanistyce.

Ranek w tej części Poznania przywitać dobrze w śniadaniowni Pora Dnia na Różanej, gdzie w płytkiej suterenie jest zarówno smacznie, jak i jasno, młodzieńczo i energetycznie. Klasyki śniadaniowego menu – jajka, omlety, szakszuka, krłasąty, kiełbaski, tosty, bajgle i paciaje z kaszy podają do godziny piętnastej. To rozsądny śniadaniowy timing, który część publiczności wykorzystuje również bardziej pracowicie. Przy stoliku obok dwójka młodych ludzi nadrabiała zaległości w angielskim i w czułościach. Ech, żyją, żyją piękne szczuny, jak i my żyliśmy kiedyś, czyli, czyli pełną gębą. Bezpretensjonalna, niezobowiązująca i smakowita atmosfera Pory Dnia to gwarancja dobrego poranka.

foto FB Pora Dnia

Można go kontynuować po drugiej stronie ulicy, gdzie w lokalu wielkości chustki do nosa, no może dwóch, wcisnęła się Fika. Po szwedzku oznacza to przerwę na kawę, a przerwa kawowa w Szwecji jest rzeczą świętą, prawem fundamentalnym – gwarantowanym jeśli nie przez konstytucję, to przynajmniej przez powszechny obyczaj. W odróżnieniu od Włoch, gdzie rządzi espresso w rozmiarze naparstka, w ojczyźnie Dzieci z Bullerbyn króluje solidny kubek pełen czarnookiej z przelewu. Fika na Wildzie to przejaw wzmagającej w całej Europie cafécore, mody na niespieszne kawkowanie. Na Różanej przybiera ona szczególny kształt, bo w mieście, na którego największym uniwersytecie działa najlepsza polska skandynawistyka, wszystkie kulturowe konteksty Fiki mogą liczyć na głębsze zrozumienie. Szwedzka kawa nie może się obyć bez kanelbullar, czyli cynamonki lub innego słodkiego co nieco. Fika oferuje domowe wypieki, jeszcze ciepłe, prosto z pieca w zaprzyjaźnionej restauracji Start na rogu Różanej i Spadzistej.

foto FB Fika Poznań

Tam jest wypiekane wspaniałe toscakaka (19 zł), czyli ucierane ciasto na maślance ze słoną praliną migdałową. Dostałem je jeszcze ciepłe, choć mądrale twierdzą, że najsmaczniejsze jest następnego dnia. Ale to chyba rada dla refleksyjnych skandynawskich natur. Mnie przynajmniej cierpliwości na zbyt długie czekanie nie starcza. Wciągnąłem też wspaniałego kardemummabullar (15 zł), czyli kardamonkę. Ten typ słodkich bułeczek z kardamonem lub cynamonem w powieściach Gabrieli Zapolskiej zwany jest zapomnianym dziś mianem papatacz. Co za cudne słowo, o którego przywrócenie do codziennego użytku serdecznie apeluję. Kawa z papataczem! To brzmi wspaniale, a smakuje jeszcze lepiej.

Po śniadaniu i papataczu czas już na coś bardziej konkretnego. Że co? Że dopiero jedliśmy? A komu to przeszkadza, skoro w sąsiedniej bramie kuszą Bratanki. Żal im nie ulec, tym bardziej, że polityczne napięcia nadwerężyły dawną sztamę między bratankami i węgierskich knajp w Polsce zostało jak na lekarstwo. Poznań na swoją vendégfogadó (po węgiersku – karczmę, jak twierdzi Google translator) powinien chuchać i dmuchać, jako jedną z ostatnich madziarskich redut w kraju. Gotują w niej prawdziwi wąsaci Węgrzy, oferujący kulinarne klejnoty swej ojczyzny. Wspaniale smakuje klasyczny langosz, pulchny placek smażony w głębokim tłuszczu, obsypany obficie startym serem i czosnkiem. Równie kuszące wydały mi się rozmaite odmiany gulaszy.

foto FB Bratanki Bistro & Bar

Strzeliłem natomiast focha, bo liczyłem na Somlói galuska, kultowy deser z biszkoptu, bitej śmietany, gorącej czekolady i konfitury morelowej. Okazało się, że owo cudo serwują raz do roku, wyłącznie w dzień święta narodowego Węgier. Nie rozumiem tego ograniczenia. Czy nie dałoby się patriotycznych uroczystości organizować przynajmniej raz w tygodniu, wiążąc ich z serwowaniem Somlói galuska? Może w ten sposób udałoby się pokonać impas w relacjach między naszymi krajami?

Czwarty obowiązkowy przystanek na wildeckim Kiezie to Niezły Meksyk. Lokal działa już dziewięć lat, powstał chwilę po tym, gdy zainstalowałem się w Poznaniu. Ten szyld mógłby być dobrą metaforą moich przygód w zachodniej stolicy. Swoją drogą, czy wyrażenie „niezły meksyk”, które zgodnie z zasadami polskiej ortografii piszemy małą literą, nie zalatuje aby postkolonialnym swądkiem? Podobnie jak niemieckie polnische Wirtschaft albo analogicznie rozumiany w Skandynawii polsk riksdag. Poznańskim odpowiednikiem tego wyrażenia jest moje ulubione: co za gemela!

Karolina i Jarosław, ekipa Niezłego Meksyku | foto Marcin Sokalski

Brawurowy szyld przyciąga tłumy gości, w tym, jak chwali się z dumą obsługa lokalu, również żołnierzy z amerykańskiej bazy lotniczej w Krzesinach pod Poznaniem. Ja na nich jeszcze nie trafiłem, ale chętnie w tę opowieść wierzę, bo mamy tu prawdziwy full wypas, a żarcie w stylu tex-mex, ulubionej diecie amerykańskiej, ale i polskiej młodzieży. Bo kto by nie chciał jadać i wyglądać, jak don Diego de la Vega, znany szerszej publiczności, pod pseudonimem Zorro? Mnie w tej historii przypada rola sierżanta Garcii, ale przystaję na nią z pokorą. Byleby tylko mieć zapewniony dostęp do przysmaków z meksykańsko-amerykańskiego pogranicza. Dla jasności: myślę o ofercie gastro, a nie chemii ostatniego tchnienia. Za wielu bliskich już opłakałem, by nie być w tej kwestii pryncypialnym. Nawet za cenę śmieszności. Niedobrze bywać na pogrzebach młodych.

Pod sufitem wiszą girlandy zielono-biało-czerwonych flag Meksyku wraz z kolorowymi papierowymi wycinankami, w kącie znajduje się wielka gwiazda, łudząco podobna do rekwizytu polskich kolędników. Właścicielką lokalu jest Katarzyna Harmacka z Żywca, gdzie karnawałowi przebierańcy chodzą z podobnymi gwiazdami. Kultura materialna klasy ludowej w wielu miejscach na świecie przybiera analogiczne formy. I ja to szanuję, i ja się tym zachwycam.

Na zielonych ścianach Niezłego Meksyku mamy też obraz przedstawiający zawodników w maskach do meksykańskich zapasów oraz archiwalne zdjęcia z czasów meksykańskiej rewolucji. Z kąta filują zaś tradycyjne ponczos i bogato zdobione sombreros. Hola! Zgłodniałem, czas na żarcie! Nie jestem tu debiutantką, lecz z uwagi na rangę misji sprawozdawcy restauracyjnego DYNKSA poprosiłem pracującego tu od początku kelnera, Jarosława, o zakomponowanie obiadku. Oto zatem meksykańskie master’s choice prosto z Wildy.

Tacos w Niezłym Meksyku | foto Marcin Sokalski

Wszystko zaczęło się od czterech domowych kukurydzianych tacosów (42 zł), wypełnionych szarpaną wieprzowiną oraz kolendrą, cebulą i pomidorową salsą. Świetne, ale gdy wspominam tacosy od ulicznych sprzedawców w Mexico City, z rozrzewnieniem myślę o oblizywaniu paluszków, po których spływał smakowity sos. Tej pysznej, tłustej lepkości trochę mi na Różanej brakowało. Świnkę, wedle wyznania, można zastąpić duszoną wołowiną, kurczakiem, warzywami lub seitanem. Każdemu to, czego pragnie i w co wierzy. Przynajmniej na talerzu.

Następna gwiazda meksykańskiej kuchni to burrito (40 zł), czyli zwinięty duży, wypasiony pszenny naleśnik z wypełnieniem analogicznym do tego, co kryły tacosy. Premią było domowe guacamole, do którego awokado rozdrobniono widelcem, a nie sprofanowano na szaro-zieloną breję przy użyciu sadystycznego miksera. Chrońcie niewinność warzyw przed ubecką bezwzględnością sprzętu AGD! Kolejna na stole pojawiła się quesadilla (42 zł), czyli dwie tortille zlepione roztopionym serem. Do środka można zamówić łopatkę wieprzową, kurczaka, warzywa lub cukinię. Tym razem wybrałem cukinię. Krytyk kulinarny zmiennym jest i nie do dogonienia. Jeszcze jedną ekipę tego popołudnia w Niezłym Meksyku stanowiły cztery zapieczone kukurydziane tortille, które wypełniały podobne atrakcje, jak w przypadku quesadillas. Mnie akurat tym razem przypasował kurczaczek, zdobiła go salsa verde z zielonych pomidorów.

Swoją drogą, kiedyś przetwory z pomidorów, które nie zdążyły dojrzeć pod naszym chłodnym słoneczkiem, należały do skarbów polskich spiżarni. Bezwzględny reżim szklarniowy przy wsparciu gangu genetyków odebrał nam i tę małą przyjemność. A salsę verde trzeba importować zza Atlantyku. Ludzie wydają fortuny na dalekie podróże przy okazji pozostawiając po sobie morderczy ślad węglowy. A my z redaktorem Urbaniakiem w ciągu jednego dnia objechaliśmy kulinarnym szlakiem pół świata nie ruszając się z malowniczego i smacznego zakątka Wildy. Ruszajcie naszym tropem.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!