5 marca 2025
film

Kamera! Akcja! Poznań!

Czy nasze miasto ma jakąś specyfikę, koloryt, styl, które czyniłyby z niego atrakcyjną lokalizację dla produkcji filmowych?
tekst BARTOSZ ŻURAWIECKI
Kadr z filmu „Hiszpanka” z roku 2014 w reżyserii Łukasza Barczyka | foto archiwum dystrybutora

Poznań, powiedzmy sobie szczerze, nie należy do miejsc, które często pojawiają się na dużym ekranie. Nie ma sensu porównywać się z Londynem czy Nowym Jorkiem, ale przegrywamy też w zestawieniu z Warszawą, Krakowem, Łodzią czy Wrocławiem. Każde z tych miast znacznie częściej służy za tło filmowych opowieści, każde też posiada specyficzny charakter, który próbują uchwycić filmowcy. Warszawa – wiadomo, stolica, dynamicznie rozwijająca się metropolia, w której rozgrywają się najważniejsze wydarzenia społeczne i polityczne. W dodatku miasto z tragiczną, spektakularną przeszłością. Kraków to piękne okoliczności architektoniczne spowite oparami bohemy i naznaczone narodową dumą. Łodzi przypisany został robotniczo-menelski klimat, zresztą wątpię, by kiedykolwiek uwolniła się od wizerunku, który tak sugestywnie wykreował Andrzej Wajda w Ziemi obiecanej. Łódź ma i ten atut, że mieści się tam szkoła filmowa, więc siłą rzeczy często pojawia się przed kamerą. Gdańsk wygrywa położeniem i skomplikowaną historią polsko-niemiecką, co odnosi się także do Wrocławia, który nadto udaje nierzadko na ekranie inne, przeważnie niemieckie miasta – ostatnio wojenny Frankfurt nad Menem w Filipie Michała Kwiecińskiego czy Paryż w serialu Królowa.

A co z Poznaniem? Czy ma coś, co wyróżniałoby go na tle innych miast? Jakąś specyfikę, koloryt, styl, które czyniłyby z niego atrakcyjną lokalizację dla produkcji filmowych?

Branżowy portal imdb.com wymienia sto osiemnaście tytułów nakręconych w Poznaniu. Nie tak źle, choć są w tym zestawie krótkie metraże i teatry telewizji. Najbardziej zaskakującą pozycją jest indyjski film akcji zrealizowany w języku tamilskim pod tytułem Mersal. Otóż Poznań robi tam, podobnie jak Wrocław w Królowej, za Paryż. Ze zdziwieniem odkrywamy, że to w stolicy Francji znajduje się nasz renesansowy Stary Rynek i pruski Zamek. Zresztą Paryż imitują w Mersalutakże inne polskie miasta, na przykład paryskie lotnisko to Okęcie. Twórcy nie zadali sobie nawet trudu, by ukryć polskie napisy albo zastąpić je francuskimi. Pewnie dla tamilskiego widza nie ma to żadnego znaczenia.

Plakat filmu „Za rok, za dzień, za chwilę” z 1976 roku w reżyserii Stanisława Lenartowicza

Oczywiście nie będę tu opisywał każdego dzieła fabularnego nakręconego w Poznaniu. Spragnionych bardziej szczegółowej wiedzy odsyłam do książki Małgorzaty i Marka Hendrykowskich Film w Poznaniu i Wielkopolsce 1896-1996. Obejrzałem za to kilka najbardziej znanych tytułów rozgrywających się w naszym mieście, żeby zobaczyć, jaki obraz Poznania tworzą. Okazało się, że ten obraz jest nawet spójny, choć ma ciekawe pęknięcia. Od razu trzeba też dodać, że nie znajdziemy w tym zbiorze arcydzieł czy produkcji na tyle głośnych, by rozsławiły Poznań tak, jak Łódź rozsławiła Ziemia obiecana.

Zacznę od kina niemego, bowiem już w latach 20. XX wieku istniały w Poznaniu wytwórnie filmowe, jednak tak się złożyło, że filmy, które przetrwały do naszych czasów w całości lub fragmentach (Bartek zwycięzca z 1923 roku czy paradokumentalna Odrodzona Polska z 1924), traktują Poznań jako tło melodramatyczno-patriotycznych uniesień.

Te, które wedle zachowanych opisów i recenzji pokazywały miasto w bardziej nowoczesny sposób, niestety się nie zachowały. Szczególnie żal filmu Janusza Warneckiego Milionowy spadkobierca z 1928 roku, komedii propagandowej, ukazującej uroki i osiągnięcia Poznania. Otwierało ją motto: „Przez Poznań do poznania potęgi Polski!”. Akcja działa się w reprezentacyjnych miejscach, takich jak Plac Wilsona czy tereny Powszechnej Wystawy Krajowej. Recenzenci, jak czytamy we wspomnianej książce Hendrykowskich, film chwalili i uważali, że znakomicie propaguje stolicę Wielkopolski. W 1930 roku planowano zrealizować dźwiękową wersję Milionowego spadkobiercy, zatytułowaną Igraszki pieniądza w reżyserii Ireneusza Platera-Zyberka. Zabrakło jednak funduszy i ostatecznie powstała nieco tylko rozszerzona, ale nadal niema wersja pierwotnej komedii, z udziałem tych samych poznańskich aktorów. Niestety i ten film zaginął gdzieś w zawierusze dziejowej.

Fragment ulotki reklamującej „Warszawską premierę” z 1950 w reżyserii Jana Rybkowskiego z roku 1950 | foto Muzeum Kinematografii w Łodzi

Pierwszą rolą, jaką po wojnie zagrał w kinie Poznań, było udawanie Warszawy. Tytułowa Warszawska premiera opery Halka Stanisława Moniuszki z roku 1858, zainscenizowana została w filmie Jana Rybkowskiego z roku 1950 na scenie Opery Poznańskiej, jako że stołeczny Teatr Wielki jeszcze podnosił się z gruzów. Dopiero w 1964 roku doczekaliśmy się filmu, który w całości dział się w Poznaniu już niczego nie imitując. Późne popołudnie było autorskim dziełem Aleksandra Ścibora-Rylskiego, który zapisał się w historii polskiej kinematografii przede wszystkim jako scenarzysta Człowieka z marmuruCzłowieka z żelazaAndrzeja Wajdy. Jednak Ścibor-Rylski miał także ambicje reżyserskie, zadebiutował w tej roli Ich dniem powszednim (1963) ze Zbigniewem Cybulskim, Aleksandrą Śląską i Polą Raksą w rolach głównych.

Zarówno ten film, jak i Późne popołudnie wpisywały się w nurt tzw. małego realizmu czasów równie małej, gomułkowskiej stabilizacji. A gdzie najlepiej pokazać stabilizację, jak nie w Poznaniu?

Mieszkanie głównych bohaterek, Marii Siankowej (Wanda Łuczycka), masażystki w klubie sportowym i jej córki Tuńki (Magdalena Zawadzka), znajduje się na ulicy Ogrodowej 5 (choć ponoć sceny w domowych wnętrzach kręcono kilka numerów dalej). Wypełniają je ciężkie, przedwojenne meble, zaświadczające o mieszczańskich cnotach solidności i porządku. To poczucie podtrzymują też widoki miasta. Z jednej strony zastygłego w swych dostojnych murach, z drugiej – otwartego na wyzwania współczesności. Mamy więc ów fyrtel, gdzie w miejscu przecięcia ulicy Krysiewicza z Ogrodową wyrasta słynna kamienica Żelazko. Trafiamy do starej szkoły na Różanej, przechadzamy się po Gwarnej i 27 Grudnia, gdzie wciąż stoją kamienice zasłaniające Teatr Polski, bo zostaną wyburzone dopiero w latach 70. Samochód kierowcy, Janusza (Franciszek Pieczka) przejeżdża przez skrzyżowanie Roosevelta ze Zwierzyniecką, które dopiero za parę lat stanie się Rondem Kopernika (dzisiejszą Kaponierą), a w niedzielę bohaterki udają się rekreacyjnie do ogródków działkowych nad Cybiną. W kadrze pojawiają się również pracująca pełną parą fabryka kosmetyków i nowoczesna pływalnia Chwiałka, w której trenują młode pływaczki. Poznań jest w tym dziele miastem spokoju i nudy.

Kadr z filmu „Poznańskie Słowiki” z roku 1965 w reżyserii Hieronima Przybyła

Ciekawszą postacią jest tylko grana przez Zawadzką Tuńka – dziewczyna z krótkimi włosami, chodząca w portkach lub prostych spódnicach, trochę zbuntowana (tak na poznańską miarę). W pewnym momencie skarży się, że nic jej w kuchni nie wychodzi i dodaje: „Ja się chyba w ogóle nie nadaję na kobietę”. Tuńka mogłaby się odnaleźć wśród dzisiejszych queerów z okolic Lokum i jak się bardzo uprzeć, można nawet dostrzec miłosne zauroczenie bohaterki starszą od niej Bożeną (Elżbieta Kępińska). Za namową koleżanki Tuńka spróbuje jednak „nadać się na kobietę”, postanawia więc odpowiedzieć na ogłoszenie o poszukiwaniu dziewczyn do filmu. W tym celu pożycza zagraniczny kostium kąpielowy i robi sobie kilka seksownych zdjęć u fotografa na Starym Rynku. Późne popołudnie to pierwszy polski film tak śmiało eksponujący kobiecą nagość. Już pierwsza scena rozgrywa się w damskiej szatni na pływalni, a potem jeszcze kilkakrotnie powracamy pod prysznice i zostajemy tam nadspodziewanie długo. Au naturel prezentuje się również Barbara Brylska, wtedy początkująca aktorka (zadebiutowała we wspomnianym Ich dniu powszednim), wkrótce seksbomba polskiego kina, a więc i w realiach Poznania możliwa była pewna śmiałość obyczajowa.

Nad wszystkim jednak zawsze góruje Gemütlichkeit, która zaakcentowana została w młodszych o rok od filmu Ścibora-Rylskiego Poznańskich Słowikach. Mieści się w niej także umiłowanie sztuki, oczywiście tej nobliwej i przyzwoitej.

Film Hieronima Przybyła próbuje bowiem zdyskontować sławę tytułowego chóru Stefana Stuligrosza, którego gra Jan Machulski. Głównym bohaterem jest śpiewający w chórze dwunastoletni Paweł (Paweł Jankowski), którego rodzice przechodzą kryzys małżeński, jednakże w finale godzi ich piękne cantosyna. Film został nakręcony na taśmie barwnej, kolory są miłe dla oka, świat wydaje się czysty i, mimo motywu zdrady, niewinny, bez jakichkolwiek dwuznaczności. Daleko stąd jeszcze do szoku, jakim był proces Wojciecha Kroloppa. Jeśli się nas czymś kusi, to atrakcjami wówczas raczej niedostępnymi dla przeciętnego zjadacza chleba, jak magnetofon, projektor filmowy czy eleganckie stroje, które projektuje matka bohatera. Największym szokiem może być dla dzisiejszego widza widok Starego Rynku, po którym kursują autobusy i samochody. Ojciec Pawła podjeżdża swoją gablotą wprost pod okienko kochanki.

kadr z filmu „ESD” z 1986 w reżyserii Anny Sokołowskiej

Co prawda Poznańskie Słowiki dostały nagrodę w Wenecji na festiwalu kina dla dzieci i młodzieży, ale jest to film niezborny i grzeczniutki. Tak jakby Poznań i sława chóru Stuligrosza onieśmielały twórców i zniechęcały ich do szukania odważniejszych rozwiązań fabularnych czy artystycznych. Co ciekawe, po latach rozpoznawalność Poznania jako miasta chórów postanowił wykorzystać Jerzy Stuhr w Tygodniu z życia mężczyzny (1999). Efekt był dość kuriozalny. Bohater filmu, prokurator Adam Borowski (sam Stuhr) mieszka w Warszawie i po godzinach pracy bierze udział w próbach chóru. Sceny te nakręcone zostały w Poznaniu i to bynajmniej nie tak, by ten fakt ukryć.

W efekcie rozpoznawalne miejsca stolicy zderzają się z równie rozpoznawalnymi miejscami Poznania. Nasze miasto znowu udaje Warszawę, choć nie ulega najmniejszej wątpliwości, że to Poznań.

W latach 70. stolica Wielkopolski pojawiała się na dużym ekranie sporadycznie. Na przykład w filmie Stanisława Lenartowicza Za rok, za dzień, za chwilę… (1976), którego bohaterka, Wanda Borejko, Nowozelandka polskiego pochodzenia grana przez Christinę Paul, startuje w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego (znowu więc mamy do czynienia z przykładem godnej kultury muzycznej). Jednak w Poznaniu nakręcono zaledwie kilka scen. Wanda nie dostaje się bowiem do finału i akcja przenosi się w Sudety.

Wyjątek stanowi dramat psychologiczny Znaki zodiaku (1978) Gerarda Zalewskiego. Tutaj Poznania jest dużo, gdyż pochodząca z Pomorza Magda, studentka prawa, chce w naszym mieście rozpocząć nowe życie. Zalewski także pokazuje poznańskie życie kulturalne, ale tym razem to alternatywne, studenckie. Zabawne jest jednak to, że zapewniają je przedstawiciele Warszawy i Krakowa. Główną rolę gra Iwona Bielska (to jej debiut filmowy), związana z Teatrem im. Słowackiego, w awangardowego poznańskiego muzyka wciela się krakowski bard, Leszek Długosz, a alternatywny poznański teatr to warszawska Akademia Ruchu. Tylko wprawne oko wypatrzy przemazujących się przez ekran aktorów Teatru Ósmego Dnia – Tadeusza Janiszewskiego i Ewę Wójciak (niewymienionych w napisach). Znaki zodiaku wychodzą poza strefę „ładnego Poznania”, wrzucają nas do zadymionych sal klubów studenckich, nie ukrywają istnienia blokowisk z ich ciasnymi mieszkaniami. Finał ma wymowę feministyczną.

Magda zostawia obu facetów, z którymi łączyły ją relacje uczuciowe, zabiera dziecko i rusza przed siebie. Po drodze mija barwne postaci niczym z parady równości – ta scena nie została nakręcona w Poznaniu, choć montaż sugeruje, że to plac Wolności.

kadr z filmu „Tydzień z życia mężczyzny” z 1999 roku w reżyserii Jerzego Stuhra

Lata 80. przyniosły dwie ekranizacje powieści Małgorzaty Musierowicz, obie wyreżyserowane przez Annę Sokołowską. Zważywszy na popularność autorki Jeżycjady, dziwić powinno, że już nigdy później filmowcy nie sięgnęli po jej książki. Być może zniechęciła ich nie najlepsza jakość owych ekranizacji. Kłamczucha z 1981 roku oparta została na wczesnej powieści Musierowicz. Bohaterka, szesnastoletnia Aniela, przyjeżdża z Ustki do Poznania, by odnaleźć chłopaka, w którym się zakochała. Film jest minoderyjny, źle grany i pełen absurdów scenariuszowych. Poznań, żadne to zaskoczenie, pokazany został jako miasto przyjemne i kulturalne. Ludzie mieszkają nie w żadnych ponurych blokach, lecz w klimatycznych domach i kamienicach oraz, rzecz jasna, nie zaniedbują aktywności artystycznych, czego przykładem jest ciotka Lila (Sława Kwaśniewska), niedzielna malarka.

Lepiej wypadł film ESD (1986), kompilacja wątków z dwóch tomów Jeżycjady – Kwiatu kalafioraIdy sierpniowej. Scena otwierająca rozgrywa się w Sylwestra na 27 Grudnia. Migające iluminacje świąteczne, przewalające się w te i we wte tłumy tworzą wrażenie, jakbyśmy spacerowali ulicami rozświetlonej, gwarnej metropolii. Co ciekawe, rodzina Borejków nie mieszka na Jeżycach, ale na ulicy Ogrodowej, w domu sąsiadującym z tym, w którym mieszkały bohaterki Późnego popołudnia – jak widać, to najlepiej kadrujący się fragment miasta z długą perspektywą ulicy Długiej. Ogólna malowniczość nie może jednak ukryć fatalnego stanu, w jakim znajdowały się tamtejsze kamienice w latach 80.

Z Późnym popołudniem łączy ESD także typ bohaterki. Znana nam już Tuńka zmieniła się w buńczuczną, patrzącą spode łba Idę z rudymi, nastroszonymi à la Małgorzata Ostrowska włosami.

Gdyby dzisiaj ekranizować książki Musierowicz, bez problemu można by uczynić z Idy postać queerową, choć wątpię, by autorka była tym zachwycona. Z kolei rodzina Borejków, niewątpliwie przywiązana do tradycji i konserwatywnych wartości, daje swoim córkom dużo swobody i nie próbuje ich urabiać wedle tego, co wypada. Borejkowie reprezentują taktowną poznańską tolerancję, dla jednych mądrą i roztropną, dla innych obłudną.

Okładka książki „Film w Poznaniu i Wielkopolsce 1896-1996”

Ekranizacje Musierowicz ciekawie rymują się z filmami pochodzącego z Poznania Filipa Bajona. W 1981 roku nakręcił tutaj, dziejącą się tuż przed wybuchem II wojny światowej Limuzynę Daimler-Benz, w której obserwuje uwodzicielski i destrukcyjny wpływ faszyzmu na młodych braci z inteligenckiej, polskiej rodziny o niemieckich korzeniach. Na tamten Poznań nakłada się w filmie Poznań współczesny. Widzimy katedrę w jej powojennym kształcie, nowoczesną reklamę czy pociąg osobowy typu „kibel”. Bajon próbuje znaleźć w obrazie przejście między przeszłością a teraźniejszością.

W połowie lat 90. powierzono reżyserowi nakręcenie filmu fabularnego o wydarzeniach poznańskiego Czerwca. Poznań 56 (1996) przyjęto jednak bez entuzjazmu, a środowiska kombatanckie uznały go wręcz za skandal i bluźnierstwo.

Bajon pokazał bowiem czerwcowe wypadki jako anarchistyczny zryw robotników, nie tylko przeciwko władzy, ale też i poznańskiemu „porzundkowi”, dyskretnemu obserwowaniu świata zza firanek. To istny koniec świata, bo przecież, jak zauważa z przekąsem jedna z postaci, w Poznaniu nic nieporządnego nie miało prawa się zdarzyć. Protesty robią wręcz wrażenie kibolskiej rozróby. Nieprzypadkowo bohaterowie, zdobywając posterunek milicji, krzyczą: „Kolejorz! Kolejorz!”. Kombatanci, oczekujący dzieła gloryfikującego ich bohaterstwo, poczuli się obrażeni. Tym niemniej po raz pierwszy w filmie rozgrywającym się w Poznaniu na pierwszy plan wysunięci zostali robotnicy, wcześniej wypełniali ekran niemal wyłącznie mieszczanie i inteligenci.

Właściwie osobny tekst należy się filmom dla dzieci robionym przez Andrzeja Maleszkę, których akcja toczy się na poznańskich podwórkach, gdzie nagle zaczynają się dziać rzeczy magiczne. Ale ta magia nie jest kosmiczna, raczej swojska, nawet praktyczna, gdyż służy realizacji określonych, pożytecznych celów. Chętnie poddałbym analizie serial Jerzego Sztwiertni Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, rozpięty między latami 1815-1918, a ukazujący wielkopolskie metody zmagań z zaborcą, pracę organiczną, działalność społecznikowską, czyli wszystko to, co stało w kontrze do romantycznej gorączki i przegranych powstań. Nie można też nie wspomnieć o Hiszpance (2015) Łukasza Barczyka – filmie, który miał być wielkim upamiętnieniem powstania wielkopolskiego, a okazał się, delikatnie mówiąc, dziełem kontrowersyjnym. Jego rozbuchana, artystowska i chaotyczna forma stanęła w sprzeczności z wielkopolskim etosem umiaru i pragmatyzmu.

Klęska superprodukcji, na którą duże pieniądze wyłożył samorząd województwa wielkopolskiego, spowodowała, że odtąd nasz region bardzo niechętnie wspomaga produkcję filmową. Bo i po co to szaleństwo, skoro przynosi straty?

W ramach końcowego bonusu chciałbym polecić dostępny w streamingu film poznańskiego twórcy Macieja Odolińskiego zatytułowany Ostra randka (2012). Jest to bowiem unikalna próba stworzenia w Poznaniu mrocznego thrillera, w którym do klubu Dragon przychodzą szemrane typy, a w hotelu Andersia dokonuje się przerażający proceder wycinania nerek przez handlarzy narządami. Ponadto są strzelaniny, morderstwa, pościg ulicami miasta, jest wszystko, czego tego typu kino potrzebuje. Wreszcie można się poczuć w naszym mieszczańskim Poznaniu jak w najbardziej zdemoralizowanej metropolii!

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!