24 kwietnia 2026
jedzenie

Klejnoty wschodniej kuchni

Pyszna, obfitująca w śmietanę, koperek i masło kuchnia Czyczeri powstaje w natchnionych rękach ukraińskiego zespołu rodem z Winnicy.
MACIEJ NOWAK
Właściciele Margaryta Podolska i Wołodymyr Skrokin z gotującą w Czyczeri Lesią Dunajewską (w środku) | foto Marcin Sokalski

Czyczeri
ul. Świętosławska 11 | Stare Miasto
poniedziałek 12:00-20:00
wtorek-czwartek 11:00-21.00
piątek-sobota 11:00-22:00
niedziela 11:00-21:00
niedziela 12:00-22:00

Sobotni wieczór w wielkim mieście w epoce gastromanii. Lokale pękają w szwach, przed wejściami wiją się kolejki oczekujących na knajpowstąpienie. Człowiek bez wcześniejszej rezerwacji to frajer, dalaśnik, jak mawiano w Poznaniu, nieobyty ćwok, nierozumiejący, co w życiu ważne. Z redaktorem Mikiem Urbaniakiem odbijamy się więc od kolejnych drzwi, podejmując nawet desperacką próbę stanięcia w ogonku, ale po kilkunastu minutach, gdy progresu nie ma ani o centymetr, nie wytrzymujemy napięcia. Ruszamy dalej w szalonym tańcu św. Gastronomii, zaglądamy przez okna, wypatrując wolnych miejsc i spełnienia naszych pragnień.

Kiedy już mieliśmy się poddać i zaokrętować w jakimś wyłącznie bachicznym miejscu, a felietonową misję odłożyć na dogodniejszą porę, dostrzegam nagle wolny stolik w nieznanym mi dotąd lokalu na Świętosławskiej, nieopodal fary. Błyskawiczna decyzja, wchodzimy. Okazuje się, że nie pojawił się ktoś wcześniej umówiony, więc można siadać. Uff, dobra nasza.

Obejmujemy przyczółek niczym pułkownik Wołodyjowski zamek w Mirze, a w duszach naszych pojawia się, mówiąc Sienkiewiczem, „niecierpliwość i jakoby gorączka”. Ale zaraz, zaraz, o co tu w ogóle chodzi? Co to są te Czyczeri w szyldzie lokalu? Zwierz jakiś czy rycerska rozkosz?

Nic z tego, okazuje się, że czyczeri to silny zakarpacki wiatr, daleki kuzyn tatrzańskiego halnego, prowansalskiego mistrala czy bałkańskiego jugo. Jego nazwa rozbrzmiewa też w piosence ludowej z Huculszczyzny, regionu w Ukrainie, skąd pochodzą właściciele poznańskiego lokalu. To świat melodii o szalonym tempie, gdzie dźwięki spod smyczków sypią się jak iskry ze zwariowanej tokarki.

Lubię tę energię, lubię ten gorący temperament, który szczególnie w statecznym Poznaniu robi mocne wrażenie.

A gdy dodać jeszcze wnętrze wypełnione setkami drobiazgów, które przywieziono specjalnie z Winnicy i okolic – masywne gliniane naczynia, kilimy, haftowane ruczniki, prawosławne ikony i dziergane serwetki, powstaje klimat w kontekście Wielkopolski mocno egzotyczny. Redaktor Urbaniak, emigrant z Podlasia, strzepnął nawet ukradkiem łzę serdeczną, zabłąkaną na policzku. „Klimat, jak w domu mojej babci Marysi…” – westchnął. A i ja rozrzewniłem się nieco za daleką, ojczystą Kongresówką. No dobra, dość sentymentów, bierzemy się do roboty.

Czyczeri-5079
Czyczeri | foto Marcin Sokalski
Czyczeri-5033
Czyczeri | foto Marcin Sokalski

Zaczynamy od ogromnej, okrągłej deski z trzema odmianami sało, czyli wschodniej słoniny i boczku (56 zł). Jeszcze kilka lat temu specjał ten u części eleganckiej publiczności budził zgrozę. Dziś w epoce keto powinien jednak liczyć na większe zrozumienie. Zdrowotnościowe, wzmacniające plastry tłuszczyku z tradycyjnie hodowanych świnek podano w trzech odmianach: sezonowane w mielonej papryce, marynowane w soli oraz pieczone. Do tego ogóreczki kiszone, gorczyca, czyli ostra jak ogień, ukraińska musztarda oraz ćwikła. Gdy ktoś ma opory wobec sało, klejnotu wschodniej kuchni, tłumaczę, że to ptasie mleczko z indyka. Wtedy łatwiej ulec czarowi jedwabistej struktury i kojącemu smakowi pieszczącemu wnętrze ust.

Zgodnie z obyczajem sało najlepiej smakuje ze zmrożonym nektarem ze złocistej ukraińskiej pszenicy. Ja tego doświadczyłem, ale to już indywidualna decyzja, do której w żadnym wypadku nie namawiam.

Spośród bogatej oferty małych smakowitości zamówiliśmy też Olivier (26 zł), czyli to, co my zwiemy sałatką majonezową. W wersji ukraińskiej wzbogaconą pokrojoną w kostkę szynką oraz – dla lepszego efektu – garnirowaną czerwonym kawiorem. Wprawdzie nie oryginalnym, lecz roślinnym, ale na fociach na Insta będzie robić wrażenie jakby luksusowe. Lajczki posypką się jak w jednorękim bandycie.

Oczywiście nie mogłem sobie odmówić ulubionego śledzia pod szubą (32 zł), czyli sałatki śledziowej ułożonej z warstwy gotowanych ziemniaków, gotowanej marchwi, pieczonych buraków, cebuli i majonezu. Kocham ten smak, choć nie zapominam, że polska kuchnia szczyci się dużo większym bogactwem śledziowych przysmaków. Często zupełnie nie do zaakceptowania przez naszych braci i siostry ze Wschodu. Spróbujcie tylko poczęstować ich śledziem na słodko bądź w śmietanie. To może być szansa na przyspieszony kurs bogactwa wschodniosłowiańskich przekleństw. Prawdziwa poezja!

Czyczeri-5146
Czyczeri | foto Marcin Sokalski
Czyczeri-5143
Czyczeri | foto Marcin Sokalski

Wyjątkową atrakcję stanowił tort wątróbkowy (32 zł), specjał w Polsce prawie nieznany, a za wschodnią granicą niezmiernie popularny. Składa się z naleśników powstałych ze zmiksowanych wątróbek drobiowych. Placki układa się jeden na drugim i przekłada smażonymi pieczarkami i śmietaną, całość zaś dekoruje się tartym żółtym serem. Delikates niezwykły, choć wymagający pewnego wyrafinowania.

Radzę też zamówić gołąbki z mięsem (34 zł). Wyglądają, jak rozbrykani syneczkowie tych, które znamy z naszych domów – są dużo mniejsze i mają formę stożków. Wypełnia je farsz mięsny pół na pół z ryżem, zaś spowija zabielany sos.

Na porcję składają się trzy sztuki, co odczułem jako rażącą niesprawiedliwość, że maleństwa nie stawiły się na stół liczniejszą gromadą. Tęsknię za wami, zuchy.

Redaktor Urbaniak już ledwo dyszy, już ledwo zipie, narzeka, że więcej nie zje. Nie ze mną takie numery! Karta jest ogromna, liczy ponad pięćdziesiąt pozycji, więc nie mam prawa porzucić misji zdobywcy zbyt wcześnie. Walczę dalej, a sympatyczny i sprawny kelner Stanisław, student Politechniki Poznańskiej, a zarazem zawodnik w tańcach towarzyskich, dostarcza kolejne dania. Oczywiście tanecznym krokiem.

Następnym wyzwaniem jest kotlet po kijowsku, czyli wschodnia forma dewolaja, klasyka kuchni francuskiej (54 zł). W Czyczeri przygotowują go oczywiście z mięsa drobiowego, tyle że w formie siekanej, co w pierwszym momencie wywołuje pewną konsternację. W środku pieniło się złociste masełko z koperkiem więc smak był bliski oryginałowi, jednak siekana konsystencja nieco mnie zaskoczyła. Lubię korzystać z zębów, przynajmniej póki mam w gębie komplet własnych.

Po chwili ze wzruszeniem powitałem pozycję opisaną w karcie jako „tradycyjny garnuszek ukraiński” (43 zł). Gdy stanął na stole, wzrok mi się zamglił z przejęcia.

Już od dawna nie jadłem owej pysznej kompozycji z pyr, kawałków wieprzowiny, marchwi i cebuli, zapiekanych pod przykryciem w malutkim glinianym garnuszku. Otwierasz naczynko, ze środka bucha aromatyczna para i drżącą z podniecenia łyżką wyciągasz ze środka kruchutkie składniki. Co za radość! Co za rozkosz! Ileż mam rozrzewniających wspomnień z tą wyjątkową potrawą z dawnych włóczęg za wschodnią granicą.

Czyczeri-4950
Ekipa Czyczeri | foto Marcin Sokalski
Czyczeri-5068
Czyczeri | foto Marcin Sokalski

Jeszcze więcej emocji zapewnił zakarpacki banasz. To wołoski, czyli ukraińsko-rumuński specjał z kaszki kukurydzianej. Zapieczona z bryndzą, śmietaną i dużymi skwarkami ze słoniny jest delikatesem karpackich pasterzy, smakiem połonin i wieczorów spędzanych przy watrze. Przez miejscowych zwana jest mamałygą, co mnie rozczula, choć mam świadomość, że we współczesnej, wyższościowej polszczyźnie słowo to brzmi dwuznacznie. I może dlatego smakuje w dwójnasób, bo niczego tak nie lubię, jak nakłuwać klasowe przesądy.

Pyszna, obfitująca w śmietanę, koperek i masło kuchnia Czyczeri powstaje w natchnionych rękach ukraińskiego zespołu, składającego się z trzech pań – Tatiany, Lesi i Lidii, a za cały koncept odpowiada małżeństwo z Winnicy – Margaryta Podolska i Vołodymyr Skrokin oraz ich wspólnik Maksym Kostyk. Lokal otworzyli trzy lata temu, wcześniej przez kilka lat pracowali w Sarbinowie i Mielnie.

To tam przyuczyli się do gastro, bo w ojczyźnie pracowali w innych branżach. Sympatyczni, pełni energii młodzi ludzie chcą dalej rozwijać biznes w Polsce. Mają wyraźnie do tego dobrą rękę i serdeczną duszę.

Na zakończenie zarekomendowali nam ukraińską, domową wersję kremówki, zwanej nad Dniestrem, Bohem i Seretem napoleonem (26 zł). W ukraińskiej wersji ciasto francuskie jest bardziej wilgotne, a domowego kremu jest zdecydowanie więcej. „Europa potrzebuje takiego Napoleona” – westchnąłby w tym momencie Ignacy Rzecki, stary subiekt z Prusowej Lalki. I miałby rację.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!