POZA/POZNAŃ
– autorski cykl rozmów Agnieszki Kowalskiej z Poznaniankami i Poznaniakami żyjącymi i pracującymi poza Poznaniem

OPEN MIKE
autorski podcast Mike’a Urbaniaka
o życiu kulturalnym Poznania
Posłuchaj!
Większość życia spędziłaś w Poznaniu. Jak często tam wracasz?
– W Poznaniu mieszkałam od dwunastego roku życia i spędziłam tam dwadzieścia pięć lat, połowę życia. Jednak „wracasz” brzmi trochę, jakby tam był jakiś zapomniany dom rodzinny lub grobowce przodków, które odwiedza się raz w roku. Do Poznania nie „wracam”, tylko go odwiedzam. Mieszka tam moja mama z mężem, tato mojej córki, pracuje tam również mój tato. Jesteśmy wielkim patchworkiem miejsc i relacji, i dobrze nam z tym. Mieszkałam w Kaliszu, Poznaniu i Nowym Jorku, a teraz w Gdańsku.
Na zawsze?
– U mnie pewna jest tylko zmiana. Gdzie będę w przyszłości? Nie mam pojęcia, ale Trójmiasto jest wspaniałym miejscem do życia. Zawsze, kiedy się przeprowadzam, zabieram kilka walizek i w rok umiem odtworzyć cały dom jeszcze raz. Włącznie z książkami, które gromadzę w każdym z nich, co daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Gdzie mieszkałaś do dwunastego roku życia?
– W Kaliszu, gdzie mieszka nadal mój tato z żoną, ale już w zupełnie innym miejscu. Można powiedzieć, że mam domy rodzinne. Bardzo lubię wspominać mieszkanie babci Marii w Kaliszu.
Czasem pokazujesz na fejsbuku, że znajdujesz w pudłach stare zdjęcia, zabawki z dzieciństwa, kasety magnetofonowe. Chomikujesz?
– Tak. I ja, i mama. Robimy sobie też nieustanną wymianę rzeczy, sprzętów, książek. Mam wrażenie, że mama ma wszystkie zabawki mojej córki, z których ta już dawno wyrosła. Jesteśmy dość sentymentalne. Staramy się redukować liczbę pudeł, w których gromadzimy rzeczy, ale średnio nam to wychodzi.
Od dziesiątego roku życia piszę pamiętnik i mam taki wielki karton z wieloma zeszytami, listami, wycinkami prasowymi, zdjęciami. Przyjemnie do tego zajrzeć, zobaczyć jak kiedyś pisałam i o czym. Ma to więc też swoje plusy.
Miałaś tyle lat, co teraz twoja córka, kiedy przenieśliście się do Poznania?
– Tak, to były lata 80. Mama, aktorka z Kalisza, zdobyła jedną z głównych nagród na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu i Izabella Cywińska, ówczesna dyrektorka Teatru Nowego w Poznaniu, zaangażowała ją po tym sukcesie do zespołu. Przyjechałyśmy z mamą i przez ponad trzy lata mieszkałyśmy w teatrze. Na początku lat dwutysięcznych angaż tam dostał również tato, więc rodzice od około dwudziestu lat znowu grają razem na jednej scenie, często w tych samych sztukach.
Jak się mieszkało w teatrze?
– Bardzo dobrze to wspominam. Mieszkanie było na pierwszym piętrze, połączone korytarzem z wejściem na ówczesną małą scenę. Aktorzy w drodze z garderoby musieli więc przebiec przez nasz korytarz – krzyczeli: „Cześć dziewczyny!” i wbiegali na scenę, co było bardzo śmieszne. Z kolei znajomi dzwonili do nas na telefon stacjonarny przez portiernię. Przyprowadziłam do teatru całą klasę, żeby zrobić na nich wrażenie i wkupić się w łaski. Mieszkanie w teatrze było niewątpliwie atrakcją towarzyską.

Agata Grenda | foto Bartek Wutkowski | Gdański Teatr Szekspirowski
Twoi rodzice, Daniela Popławska i Janusz Grenda, są aktorami. Ojczym – Ryszard Kazimierz Przybylski – teoretykiem, krytykiem literatury i sztuki, emerytowanym profesorem poznańskich uniwersytetów, UAP i UAM. Wychowywałaś się więc w artystycznych, humanistycznych domach. To wpłynęło na twoją życiową drogę?
– Nie wiem, bo nie znam innego życia. To jest tak, jakby zapytać dzieci lekarzy, architektów, prawników czy to na nich wpłynęło. Różnica jest jednak taka, że w przypadku lekarzy czy prawników rodzice często chcą, żeby dzieci szły w ich ślady. Ja bardzo bym nie chciała, żeby moje dziecko pracowało w kulturze, tak jak chyba moi rodzice niespecjalnie marzyli, abym wylądowała w teatrze. Na polonistykę poszłam dlatego, że byłam laureatką olimpiady z polskiego i miałam zapewniony indeks oraz pięć miesięcy wakacji.
Pamiętam, że przygotowując się do lekcji czy olimpiady sadzałam przede mną profesora Przybylskiego i mówiłam, że mam taki a taki temat do opracowania, dodając: „Rysiu, weź mi to wytłumacz”. I on mi tłumaczył, a ja go nagrywałam i potem się z tego uczyłam. Do dzisiaj doceniam jego wielką cierpliwość. Moja wrażliwość literacka, otwartość na idee, zrozumienie świata poprzez kulturę – bardzo wiele Ryszardowi zawdzięczam. To pewne.
Jaka była twoja droga do pracy w kulturze?
– Na studiach dorabiałam za barem w kawiarni Teatru Nowego, byłam też związana z amatorskim teatrem Łejery. Dzisiaj to bardzo silna marka w Poznaniu – już nie zajęcia teatralne w domu kultury, a prestiżowa artystyczna szkoła podstawowa. Poza tym grałam na gitarze, śpiewałam, ale na polonistyce wybrałam specjalizację dziennikarską. Wszyscy do dzisiaj pamiętamy zajęcia u charyzmatycznego dr Wiesława Kota, który nas dziennikarsko czołgał z wielkim poczuciem humoru i ironią ostrą jak brzytwa.
Po studiach pracowałam w Gazecie Targowej, potem w agencji reklamowej Morski Studio, a także w pierwszym w Polsce Centrum Sportu i Rekreacji Dynamix. Średnio co dwa lata zmieniałam pracę. Myślałam, że to źle, że tak skaczę, że to nie buduje poważnego CV, ale aktualne badania mówią, że tak właśnie warto robić na początku swojej drogi zawodowej, zbierać doświadczenia.
Pierwszą pracę w teatrze dostałam po znajomości, choć zupełnie jej nie szukałam. Gdy Janusz Wiśniewski objął dyrekcję Teatru Nowego, zaczepił mamę, że szuka kogoś do impresariatu, a ja taka jestem wygadana, pyskata i się ciągle kręcę po teatrze, więc może przyjdę na rozmowę. Poszłam i dostałam tę pracę, a jak to się mówi, „raz w teatrze, na zawsze w teatrze”.
Powiedzenie, że zespół teatralny to wielka rodzina, w twoim przypadku jest prawdą?
– Z obecnej perspektywy absolutnie nie chcę myśleć o instytucji, w której pracuję w kategoriach rodziny. Wystarczy nam głośna książka Igi Dzieciuchowicz Teatr. Rodzina patologiczna. Gdański Teatr Szekspirowski to profesjonalna instytucja, w której jesteśmy po imieniu, lubimy się, nawet czasami przyjaźnimy, ale nie jesteśmy rodziną.
Oczywiście dla mnie w tamtym okresie Teatr Nowy był rodziną w innym sensie. Byłam przez wiele lat po prostu „córką Danieli”. Ile bym poważnych funkcji później nie piastowała, dla wszystkich pracowników tego teatru, którzy mnie pamiętają jako nastolatkę, będę zawsze Agatką. Nawet, gdybym została królową Polski, byłabym dla nich Agatką.
Dużo jeździłaś po świecie z zespołem Nowego, zdobywaliście międzynarodowe wyróżnienia. Kogo z tego czasu wspominasz ze szczególnym sentymentem?
– Pani Krystyna Feldman dzieliła z mamą przez wiele lat garderobę i do dzisiaj mam jej zdjęcie z cudowną dedykacją – wisi w moim gdańskim gabinecie. Generalnie ci, których wspominam ze szczególnym sentymentem, niestety już odeszli. To byli przyjaciele mojej mamy, państwo Stasiukowie, kochani Iga i Bolek Idziakowie, pani Sława Kwaśniewska. Wiele osób mi bliskich nadal pracuje w Nowym i bardzo lubię się z nimi spotykać na premierach, ale młodego zespołu już nie znam.
Co jeszcze znajdziemy w twoim CV?
– Ja naprawdę „żadnej pracy się nie boję”. Byłam dyplomatką w Nowym Jorku, ale i dyrektorką w urzędzie, uczyłam jogi, przez dwa lata byłam rzeczniczką prasową firmy Tubądzin i pisałam o płytkach ceramicznych. Wiem, co umiem i wiem, co lubię. A lubię i umiem zarządzać projektami, zarządzać ludźmi, lubię tworzyć, inicjować. Wiem też, jak położyć płytki wielkoformatowe, jakby co.
Ciekawie było w Centrum Kultury i Sportu Dynamix, gdzie pracowałam dla Piotra Voelkela, znanego poznańskiego biznesmena i filantropa, obecnie właściciela Uniwersytetu SWPS, który to centrum zbudował.
Była tam pierwsza arena do jazdy na rolkach, coś, co się nazywało „laserowa przygoda” (taki paintball, tylko z wykorzystaniem laserów), ścianka wspinaczkowa, urodzinki dla dzieci, sekcja fitness. To były wczesne lata dwutysięczne, w Polsce zupełna nowość. Miałam tam funkcje kierownicze, ale też rozkręciłam sekcję aerobiku. Zatrudniałam instruktorki, które werbowałam, chodząc na ich zajęcia w mieście. Polecono mi też super jogina Andrzeja, który w tym czasie pracował jako barman. Stworzyliśmy świetną ekipę.
Wtedy wchodziły te wszystkie zajęcia typu ABS, ćwiczenia na stepie, callanetics. Wszystko miało angielskie nazwy i skróty, i kobiety się w tym całkiem gubiły. Dlatego wprowadziłam polskie odpowiedniki – „uda, brzuszki, pośladki” na przykład. I Poznanianki nagle zaczynały się na to ustawiać w kolejkach. Dynamix już niestety od wielu lat nie istnieje, jest tam teraz osiedle.

Agata Grenda | foto Bartek Wutkowski | Gdański Teatr Szekspirowski
A ja pamiętam dobrze projekt Wielkopolska: Rewolucje, który zainicjowałaś. Jak powstawał?
– Byłam wtedy dyrektorką Departamentu Kultury w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Wielkopolskiego. Pomysł przywiozłam ze Stanów, gdzie dyrektorzy ważnych instytucji czy festiwali w dużych ośrodkach typu Waszyngton czy Nowy Jork, kuratorują także mniejsze imprezy w prowincjonalnych miastach. Rozsławiają je swoimi nazwiskami, przywożąc tam gwiazdy, ale też dzięki swojej wiedzy i znajomościom wprowadzają tam powiew świeżości i wielkomiejskiego profesjonalizmu. Zaraziłam tym pomysłem marszałka Marka Woźniaka i od początku widziałam na stanowisku kuratorskim Agatę Siwiak, więc zaprosiłam ją do współpracy. Później Rewolucje stały się częścią dużego, trzyletniego projektu Budzik kulturalny, którego koordynację powierzyłam Małgorzacie Kempie, dzisiejszej dyrektorce Estrady Poznańskiej.
Bardzo wielu pracowników Departamentu Kultury pracowało na sukces tych projektów, ja tylko zapaliłam lont. W Rewolucjach mieszkańcy oddalonych od Poznania ośrodków mogli spotkać się ze sztuką eksperymentalną i krytyczną, biorąc jednocześnie udział w kulturalnych projektach przełamujących stereotyp, że poza centrum nie ma miejsca dla sztuki awangardowej.
Tymczasem Agata Siwiak zapraszała do kolejnych projektów czołowych polskich artystów. Dzięki temu Michał Borczuch, reżyser teatralny, przygotował przejmujący spektakl z dziećmi z Domu Dziecka w Szamocinie, a choreograf i tancerz Mikołaj Mikołajczyk pracował z zakrzewskimi seniorami nad spektaklem tanecznym z elementami teatru dokumentalnego. Z kolei Marcin Masecki napisał symfonię dla Orkiestry Dętej Ochotniczej Straży Pożarnej w Słupcy, która wybrzmiała podczas koncertu w Filharmonii Poznańskiej. To tylko kilka z wielu projektów, które odbyły się w ramach Wielkopolska: Rewolucje. Najważniejsze jest to, że one zostały z tymi społecznościami, zapłodniły je, nie zniknęły. A zaproszeni artyści wydawali się po tym projekcie odmienieni.
Jak widzisz Poznań teraz? Jakie masz ulubione rewiry?
– Mówiąc szczerze, nie śledzę teraz uważnie tego, co się dzieje w Poznaniu w szeroko pojętej kulturze. Lubię Poznań prywatnie, lubię Poznań rodzinnie. Ale cieszę się, że mnie w nim teraz nie ma, bo już się tam bardzo dusiłam. Teraz patrzymy się na siebie z pewnego oddalenia i wszyscy są zadowoleni.
Regularnie odwiedzam wszystkie poznańskie teatry. Bardzo kibicuję festiwalowi Malta w nowej odsłonie i trzymam kciuki za Agatę Kołacz, jego nową dyrektorkę programową. Zazdroszczę też finansowego rozmachu prywatnej inwestorki, który pozwala na swobodę programową.
Patrząc z zewnątrz, wydaje się, że poznańska kultura ma wsparcie dużego biznesu.
– Nie przesadzałabym z liczbą tych wybitnych mecenasów kultury. To zaledwie kilka osób: kiedyś Jan Kulczyk i Grażyna Kulczyk, teraz ich córka Dominika i od kiedy pamiętam – Piotr Voelkel, z którym miałam przyjemność pracować także w Fundacji Vox-Artis. Postawienie rzeźb Igora Mitoraja w Poznaniu, Krakowie i Warszawie, wystawa grafik Od Picassa do Warhola. Grafiki mistrzów 1964–2003 we współpracy z Marlborough Gallery w Nowym Jorku, pokazywana w Muzeum Narodowym w Poznaniu i Zamku Ujazdowskim w Warszawie – to były projekty z rozmachem, które koordynowałam z ramienia fundacji. Ale kultura wspierana przez duży biznes to w Polsce nadal margines.
Dziś kierujesz Gdańskim Teatrem Szekspirowskim, który jest sceną impresaryjną, bez stałego zespołu. Pokazywałaś tam coś z Poznania?
– Pokazywaliśmy Kanapkę z człowiekiem Teatru Nowego, Teczki Teatru Ósmego Dnia, kilkukrotnie Polski Teatr Tańca, który zdobył u nas nagrodę Złotego Yoricka za spektakl Romeos & Julias Unplagued. Traumstadt. A najśmieszniejsze jest to, że pokazywałam w Szekspirowskim „coś z Poznania” już w 2004 roku. Gdy byłam szefową impresariatu w Teatrze Nowym, zaprezentowaliśmy w Gdańsku na Festiwalu Szekspirowskim Ryszarda III w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. I zdobyliśmy Złotego Yoricka! Gdyby mi ktoś powiedział wtedy, że wrócę do tego teatru jako jego dyrektorka, pomyślałabym, że postradał zmysły.
Agata Grenda – od 2021 roku dyrektorka Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. W latach 2006–2011 pracowała jako zastępczyni dyrektora oraz kuratorka sztuk performatywnych w Instytucie Kultury Polskiej w Nowym Jorku, a w latach 2015–2017 pełniła funkcję dyrektorki tej placówki. Była dyrektorką Departamentu Kultury w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Wielkopolskiego (2011–2015). Absolwentka filologii polskiej ze specjalizacją dziennikarską oraz studiów podyplomowych na kierunku psychologia w marketingu i zarządzaniu na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członkini Rady Uniwersytetu Gdańskiego i wykładowczyni tamże. Certyfikowana nauczycielka jogi.