Muralizatorzy

Najlepsze poznańskie murale to niekoniecznie te, które najbardziej rzucają się w oczy. A niektóre zyskują po latach, gdy farba już trochę wypłowieje. 
SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ
Remed | foto Marcin Sokalski

OPEN MIKE
autorski podcast Mike’a Urbaniaka
o życiu kulturalnym Poznania
Posłuchaj!

Chyba nie ma drugiej tak zrośniętej z kontekstem dziedziny twórczości, jak sztuka w przestrzeni publicznej. W przypadku współczesnego muralizmu tym bardziej, bo tutaj najważniejszym kontekstem nie zawsze (niestety) jest architektura, tylko polityka kulturalna, marketing czy aspiracje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, uruchamiające często falę popularności murali w polskich miastach. Aby jednak trafnie odczytać wiele ciekawych poznańskich realizacji, musimy zrobić kilka kroków w przeszłość. Dokładnie do roku 2011.

Wtedy właśnie w Poznaniu wystartowała pierwsza edycja festiwalu Outer Spaces, który wprowadził w przestrzeń nową falę muralizmu. Na Zachodzie osiągnęła ona swój szczyt po 2008 roku, czyli słynnej wystawie na temat street artu w londyńskim Tate Modern, kiedy to niefortunnie w głowach kuratorów sztuki i miejskich decydentów termin street art połączył się z pojęciem mural. Tak było w przypadku Wrocławia, który w 2011 roku został wybrany na Europejską Stolicę Kultury 2016. A że stolica Dolnego Śląska, jak wcześniej Koszyce, promowała swą kandydaturę przez sztukę ulicy, w innych miastach klimat dla muralizmu również zrobił się więcej niż sprzyjający.

Nagle każde większe miasto zaczęło organizować własne festiwale i „kolekcje” sztuki publicznej. Do Wrocławia, Gdańska i Warszawy dołączyły Katowice, Łódź i Poznań – właśnie w postaci Outer Spaces.

Po latach widać, że festiwal zawiesił w poprzeczkę tak wysoko, że nikt nie był potem w stanie do niej doskoczyć. I tak jest do dziś. Dlatego bez większej przesady możemy ów czas w poznańskim muralizmie nazwać okresem złotym, pomimo często wówczas krytykowanej formuły „festiwalu murali”. Polegała ona na tym, że najbardziej uznana, międzynarodowa grupa artystów podróżowała po całym świecie i nie znając lokalnych uwarunkowań społeczno-politycznych malowała bezpieczne, grzeczne motywy. Szczęśliwie na bardzo wysokim poziomie.

Najbardziej inteligentni i przewrotni twórcy prowadzili z formułą festiwalu podwójną grę. Dobrym przykładem jest Remed, którego mural z 2011 roku możemy znaleźć przy Taczaka 11.

Jak na pracę powstałą zaledwie piętnaście lat temu, kolory już solidnie wypłowiały. I to nie jest przypadek, bo Remed celowo malował farbami niskiej jakości, by szybko się starzały i wtapiały w otoczenie. Wychodził z założenia, że skoro ludzie tak bardzo uwielbiają murale i sztukę ulicy, muszą pogodzić się z jej podstawowym założeniem – tymczasowością. Oczywiście ta postawa twórcy kłóciła się z interesami tych, którzy finansowali jego murale. Nie po to płacimy przecież za uznanego artystę, żeby jego dzieło nie zostało na długo w naszej miejskiej kolekcji.

Remed | foto Mo8s10, Wikimedia Commons

Ale to Remed twardo stawiał warunki i ostatecznie je przyjmowano. Kolory, które szybko traciły nasycenie to również protest przeciwko czemuś, co środowisko określało mianem sweet artu, czyli zapełnianiu przestrzeni publicznej wielkimi, pstrokatymi muralami, potęgującymi tylko wizualny chaos. Dziś, gdy spojrzymy na murale powstałe w kolejnych falach, trzeba oddać Remedowi, że cechował się wyjątkową świadomością i krytyczną postawą. Szkoda, że była i jest to postawa wśród muralistów nieczęsto spotykana.

Kenor | foto Marcin Sokalski

Z czasów festiwalu Outer Spaces pochodzą jeszcze dwie prace, na które warto zwrócić uwagę. Pierwsza to mural autorstwa Kenora, który znajduje się przy ulicy Grobla 18. Praca jest odrobinę schowana i tworzy całość z rosnącym przy niej drzewem. Na szczęście mamy tu coś na kształt abstrakcyjnego, kolorowego ptaka, bo autor nie pokusił się o oklepany zabieg typu „zwierzątko gryzie drzewko” – na świecie są dziesiątki takich murali. Patrząc na pracę z Grobli warto porównać ją z tym, co artysta robi obecnie, a dąży raczej do upraszczania kompozycji. Odchodzi od muralizmu na rzecz instalacji i miejskich rzeźb, co jest generalnie pewną tendencją u ludzi związanych z urban artem, zmęczonych wielkimi kolorowymi ścianami.

Zupełnie inny charakter ma subtelna praca artysty ukrywającego się pod pseudonimem 2501, znajdująca się na ścianie przy Sienkiewicza (róg Kraszewskiego).

Lewitujący obiekt, który dziś jest ledwie widoczny, przypomina kokon lub istotę z innej planety, choć jego tytuł to Reverse Tower. Zachował się jedynie kontur, który pierwotnie wypełniony był organicznymi, delikatnymi liniami. Praca 2501, ale także cała jego twórczość, jest przeciwieństwem tego, co dziś dominuje w muralizmie: realistycznych i kolorowych przedstawień, które nie stawiają żadnych pytań. Nie są więc dla przechodniów żadnym zaskoczeniem. Praca 2501 jest estetycznie trochę z innej galaktyki, o której mało kto dziś pamięta.

Reverse tower, 2501 | foto 2501

Reverse Tower łatwo też dziś przegapić, bo sąsiaduje z innym, o wiele bardziej efektownym muralem autorstwa Swanskiego, czyli Pawła Kozłowskiego. Każdy, kto kiedykolwiek jeździł na deskorolce, zna to nazwisko. Główny designer i właściciel nieistniejącej marki streetwearowej Turbokolor, bezczelnie wbił się na ścianę z agresywną kompozycją, nasyconą kolorami do granic możliwości, rodem ze starych grafficiarskich strategii. A że dookoła mamy kilka orientalnych knajp, japoński charakter muralu tworzy ciekawy i bardzo lokalny kontekst.

Podobnie lokalny i przewrotnie pomysłowy jest mural Marka Laskowskiego, upamiętniający Poznański Czerwiec, który znajduje się na terenie dawnej fabryki Cegielskiego.

Niemalże socrealistyczna w formie praca świetnie koresponduje z tym, że upamiętnia 1956 rok. W dodatku schowana jest trochę za murem, prowadząc subtelną grę z architekturą. Najlepiej obejrzeć ten mural jadąc tramwajem z Dębca w kierunku Wildy – wówczas staje się jakby ruchomy. Warto przekonać się, że to naprawdę działa. W kategorii „mural historyczny” jest to prawdziwy ewenement.

_DSC8966
Swanski, Paweł Kozłowski | foto Marcin Sokalski
_DSC8772
Poznański Czerwiec 1956, Marek Laskowski | foto Marcin Sokalski

Warto pamiętać też o muralowym projekcie poetyckim, czyli wierszach na ścianach, rozmieszczonych w różnych lokalizacjach Poznania. Tutaj broni się sama poezja, szczególnie, gdy jest zwięzła, jak w przypadku wiersza Krystyny Miłobędzkiej na ulicy Stablewskiego. Mam wrażenie, że projekt Poezja jest tym, co rodzi się z życia, w ramach którego powstało kilka typograficznych murali, może dziś umknąć uwadze w zestawieniu z muralami przedstawiającymi kolejne kolorowe koziołki, czy piastowskiego władcę. Proces banalizacji sztuki w przestrzeni publicznej dokonał się niestety w każdym mieście.

BLU | foto Felipe Tofani

Urban art to sztuka, która skazana jest na tymczasowość, warto więc pamiętać o bardzo ciekawej i cennej, zamalowanej już pracy włoskiego artysty Blu. Znajdowała się na ulicy Kantaka, więc była trochę ukryta. Blu to obok Escifa i Banksy’ego najbardziej znane nazwisko w europejskim muralizmie, artysta stroniący od kamer, radykalny i wchodzący w konflikty z władzami Bolonii. Może Blu jeszcze do nas wpadnie i zamaluje któregoś kolorowego koziołka.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!