Początki Muzy sięgają roku 1908, gdy na tyłach kamienicy Stanisława i Karola Krysiewiczów, tam, gdzie wcześniej mieściła się wytwórnia wyrobów żelaznych, otwarto pierwsze na Świętym Marcinie kino o nazwie Theater Apollo. Różne dziwa w nim pokazywano. Ruchome zdjęcia z Paryża i innych metropolii, widoczki z Afryki i Japonii, a także fotografie ilustrujące arie operetkowe, które dobiegały z płyty. W Apollo pracowali również, jak pisze Małgorzata Hendrykowska w Kronice Miasta Poznania, „komentatorzy obrazów filmowych”. Ich zadaniem było tłumaczenie widzom, wciąż nieoswojonym z kinowym medium, rozgrywających się na ekranie scen.
Teatr Apollo w 1910 roku zmienił nazwę na Colosseum, a w 1935 na Świt. W tym też roku zainstalowano aparaturę do wyświetlania filmów dźwiękowych.
Wcześniej było to zbyt kosztowne i ryzykowne, gdyż, co dzisiaj wydaje się zdumiewające, nie bardzo wierzono w trwałość tego wynalazku jakim był dźwięk w kinie. Zachowane plakaty z 1937 roku reklamują wyświetlane na ekranie Świtu dzieła, takie jak Brygada śmiałych z Patem O’Brienem i Jamesem Cagneyem, łącząca „rozmach epopei bohaterstwa i szaleńczych czynów” czy Człowiek-wilk, „film dla ludzi o silnych nerwach”, prezentujący „największą sensację świata”, czyli „tragedię człowieka-wilka łaknącego krwi ludzkiej”.
Tuż przed wybuchem drugiej wojny, Świt był jedynym wciąż działającym kinem na Świętym Marcinie. Po wkroczeniu Niemców został przemianowany na Zentral Lichtspiele. Tak szczęśliwie przetrwał działania wojenne i już w marcu 1945 roku wznowił działalność jako Wolność (proponując na początek radziecki dokument o bitwie pod Stalingradem), by pod koniec stycznia roku następnego otrzymać obowiązującą do dzisiaj nazwę Muza.
W 1965 r. Muza stała się kinem studyjnym, a na jej frontonie pojawił się napis „Kino Dobrych Filmów” (dzisiaj zastąpiony hasłem „Wiemy, co gramy”).
Od tego momentu datują się dzieje tej Muzy, którą znamy i lubimy. Jej studyjny charakter nabrał szczególnego znaczenia po przełomie ustrojowym, gdy zaczęły powoli znikać z pejzażu Poznania małe kina, a w ich miejsce powstawać multipleksy, nastawione wyłącznie na rozrywkę i czysto komercyjny repertuar. Muzie udało się przetrwać tę nawałnicę, choć nie było to proste.

Kino Muza, które we wrześniu 1936 roku funkcjonowało pod nazwą Świt | foto Kino Muza
Mam, teraz będzie bardziej osobiście, klika wspomnień związanych z tamtą Muzą, do której regularnie zacząłem chodzić właśnie w latach 90. Pierwsze to dmuchawa na sali kinowej. Włączała się w trakcie projekcji z okrutnym dudnieniem, stanowiącym mocną konkurencję dla ścieżki dźwiękowej filmu, często skuteczną, zwłaszcza w przypadku dzieł artystycznych celebrujących ciszę. Miała owa dmuchawa swoje życie sekretne: nie tylko włączała się znienacka, ale i wyłączała po kilkunastu minutach wycia, po czym za kolejny kwadrans ponownie dawała znać o swoim istnieniu. Tak byłem przez nią uwarunkowany, że na każdym seansie czekałem z bijącym sercem, aż się odezwie. Gdy to następowało, czułem mieszaninę irytacji i ulgi, że jest, że żyje, że działa.
Tak było przez kilkadziesiąt lat, bowiem dmuchawa zakończyła swój żywot całkiem niedawno, przy okazji kolejnego remontu kina, po którym nastała era zimnej i dyskretnej klimy.
Drugie wspomnienie, bardziej rozbudowane, związane jest z Dyskusyjnym Klubem Filmowym „Kamera”, który zaczął swoją działalność jeszcze w latach 60. Ja urodziłem się dekadę później, a przystałem do klubu na studiach. Seanse odbywały się raz w tygodniu, bodaj w środy o dwudziestej i wcale nie było tak, że każdy mógł sobie przyjść na dowolny seans i kupić bilet. Do Dyskusyjnego Klubu Filmowego należało się zapisać i raz w miesiącu odebrać karnet. Tak zresztą działały wszystkie ówczesne poznańskie DKF-y. W Kinie Pałacowym, gdy naszła człowieka chęć zobaczenia jakieś atrakcyjnego tytułu z klubowego programu, po prostu dawało się w łapę bileterkom. Czy w Muzie też to działało, nie wiem, bo, jako rzekłem, posłusznie wstąpiłem w szeregi „Kamery”.
Wiązały się z tym comiesięczne rytuały. W pierwszą środę miesiąca o godzinie osiemnastej kasa kina zamykała swoje podwoje dla widzów, którzy chcieli nabyć bilet na „normalny” seans.
Za pulpitem zasiadały dwie starsze panie, ewidentnie delegowane wyłącznie do DKF-u, bo w inne dni ich nie widywałem. Rozkładały powoli swe oprzyrządowanie, z którego zapadły mi w pamięć zwłaszcza wielkie długopisy niczym z dystopijnej groteski. Tymczasem ogonek karnych, zdyscyplinowanych klubowiczów wił się wokół półkolistego przedsionka, nierzadko wychodząc na zewnątrz, co w miesiącach jesienno-zimowych dodawało naszej kinofilii iście heroicznego wymiaru. Tak, byliśmy gotowi na liczne poświęcenia, byle tylko obejrzeć film.
Po dotarciu do okienka, wypowiadało się głośno imię i nazwisko, które panie odhaczały na liście. Pamiętam, że kiedyś zaplątała się w kolejce dziewczyna, nieświadoma tego, co tu za ceremoniały się odprawiają – przyszła po prostu do Muzy obejrzeć film. Najpierw przysłuchiwała się wszystkiemu w zdumieniu, a potem zaczęła histerycznie krzyczeć: „Jezu, tu trzeba podać nazwisko! Oni chcą nazwisk!”. Klubowicze patrzyli na nią z sadystycznym rozbawieniem i dopiero po chwili ktoś ją oświecił.
Dodajmy jeszcze, że samo podanie nazwiska nie wystarczało. Należało wręczyć możnowładczyniom w kasie stary karnet. Wówczas one grzebały w stosikach tych równo ułożonych na blacie i wydawały nowy karnet, dokładnie na to same miejsce, na którym siedziało się poprzednio. To się nazywa poznański porządek!
„Kamerę” prowadził nieżyjący już, zasłużony dziennikarz i krytyk filmowy, Kazimierz Młynarz, publikujący wówczas recenzje w Głosie Wielkopolskim. Na program składały się głównie co wartościowsze filmy z bieżącego repertuaru. Atrakcyjność DKF-u polegała i na tym, że można je było zobaczyć za niewielkie pieniądze. Pojawiał się też raz w miesiącu tytuł z klasyki. Na początku lat 90. panowała wolnoamerykanka, jeśli chodzi o prawa autorskie, tak więc Filmoteka Narodowa i inne archiwa chętnie udostępniały stare kopie za drobną opłatą. Nikt się nie przejmował zdobywaniem licencji na pokazy.
Młynarz przed każdym seansem wygłaszał prelekcję. Na szczęście mówił krótko i do rzeczy, w przeciwieństwie do innych znanych mi prelegentów rozmiłowanych w swym głosie.
Zawsze mnie jednak dziwiło, że po seansie w klubie, było nie było, dyskusyjnym, nie ma żadnej dyskusji. Gasł projektor i bileterki popędzały, żeby prędzej wychodzić z sali, bo chciały zamknąć kino i pójść wreszcie do domu. Nie inaczej zresztą sprawa wyglądała w innych DKF-ach, w których uczestniczyłem.
Teraz rozmów w Muzie jest dużo. Nie tylko po pokazach wciąż działającej „Kamery”, ale też podczas licznych spotkań z twórcami prezentowanych w kinie filmów czy też przy okazji odbywającego się raz w miesiącu cyklu „Filozoficzne środy z Gutek Film”. Śmiem twierdzić, że ta zmiana w skali mikro pokazuje w skali makro, jak od lat 90. rozwinęła się w Polsce demokracja obywatelska.
Muza po zmianie ustroju przeszła dwa duże remonty. Ten z 1997 roku nie był najszczęśliwszy, kino dorobiło się między innymi wejścia w stylu polskiej postmoderny à la nieszczęsny Hotel Sobieski w Warszawie. Dopiero ostatni remont z 2019 r. nie tylko pozwolił na dodanie dwóch niedużych sali projekcyjnych na pierwszym piętrze, ale także nadał kinu stonowany, elegancki wystrój – w holu i głównej sali srebro-czarno-biały, przełamany kilkoma żółtymi elementami i rozsądnie dawkowym, nieagresywnym neonowym światłem. Odnowiono również bramę, przez którą wchodzi się na kinowe podwórze, niegdyś obskurną i odstraszającą potencjalnych widzów.
Najpoważniejszy kryzys w najnowszych dziejach Muzy zaczął się w roku 2007, gdy z kina z coraz mniejszą frekwencją, wycofała się spółka Art-Film.
Ratunek przyszedł ze strony największego polskiego dystrybutora kina artystycznego, firmy Gutek Film, która przejęła schedę. Zrezygnowała jednak po roku i wtedy Muzie zaczęło grozić, że zostanie zamieniona – jak wcześniej Kino Wilda – w Biedronkę. Wtedy zdesperowana kierowniczka Muzy, Małgorzata Kuzdra udała się na spotkanie do wiceprezydenta miasta Macieja Frankiewicza i doprowadziła do tego, że pieczę nad Muzą przejęła Estrada Poznańska, która z wielkim powodzeniem sprawuje ją do dzisiaj.
Dzięki temu w 2008 roku kino mogło świętować stulecie swojego istnienia cyklem 100 filmów na 100 ostatnich dni w roku, zakończonym zabawą sylwestrową w strojach sprzed wieku. Długo by wymieniać wszystkie wydarzenia i festiwale odbywające się w Muzie, wspomnę więc tylko o prestiżowym Międzynarodowym Festiwalu Kina Animowanego Animator czy British Film Festival. Dorzućmy do tego stałe cykle, jak właśnie DKF „Kamera”, „Poranki rodzinne”, „Dzieciaki, do kina!”, „Najlepsze z najgorszych”, wspomniane już „Filozoficzne środy z Gutek Film”, cykl „Senior w Muzie” czy „Pieskie popołudnie”, gdy można przyjść na seans w towarzystwie swojego czworonoga.
Często bywam w Muzie. Kino mieści się w centrum, więc łatwo do niego dojechać, ma bogaty, atrakcyjny i różnorodny repertuar, a jego trzy sale pozwalają pokazywać ten sam tytuł o różnych godzinach.
Staram się oglądać filmy w sali największej, bo w dwóch pozostałych czuję się jak przed nieco większym telewizorem. Lubię też Muzę za to, że emanuje spokojem (nie mylić z nudą) eleganckiego wnętrza i swych ponad stu lat istnienia. Spokojem, który dobrze nastraja przed obejrzeniem filmu. Łączy się on zresztą harmonijnie z młodzieńczą energią, bowiem większość personelu stanowią ludzie młodzi, uśmiechnięci i uprzejmi. Myślę, że Muza ma się dobrze, nawet bardzo, na co dowodem jest zeszłoroczna nagroda Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który uznał właśnie to kino za najlepsze w Polsce. To całkiem niezły prognostyk na następnych sto lat.
*****
Korzystałem z tekstu Małgorzaty Hendrykowskiej Święty Marcin – ulica kinematografów w Kronice Miasta Poznania 1/2006, reportażu Patryka Rzemyszkiewicza Muza – mój drugi dom z książki Wielkopolska poza Poznaniem. Reportaże z regionu, tomu Filmowy Poznań II Rzeczypospolitej. Impresje Jana Szymańskiego oraz archiwalnych numerów Głosu Wielkopolskiego.
Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękuję Gosi Kuzdrze, Joannie Piotrowiak i Sebastianowi Chechlińskiemu.