POLECAM POZNAŃ!
Cykl, w którym poznaniacy i poznanianki polecają swoje ulubione miejsca i wydarzenia.
Justyna Makowska
– dyrektorka Wydziału Kultury Urzędu Miasta Poznania; doktorka językoznawstwa; wychowała się w Łodzi, a Poznań wybrała szesnaście lat temu; mieszka na Wildzie
Mój tydzień pracy zwykle nie kończy się w piątek o siedemnastej. Obowiązki zawodowe – chcąc nie chcąc – przeplatają się z tym, co robię w czasie wolnym. Na ogół jest to bardzo satysfakcjonujące, choć naturalnie bywa też męczące. Tak naprawdę udaje mi się przestać być urzędniczką z Wydziału Kultury wyłącznie podczas wyjazdów i odwiedzin w innych miastach, bo chociaż w Poznaniu bardzo dużo się dzieje, bywam też na wydarzeniach w Wrocławiu czy Warszawie, podpatrując przy tym dobre praktyki tamtejszych instytucji, organizacji pozarządowych i samorządów.
Kiedy spędzam weekend w domu, poświęcam się kilku swoim ulubionym aktywnościom. Pierwszą jest uprawianie balkonowego ogródka. Zaczęło się niewinnie, od kilku przypadkowych roślinek, ale flora wciąż się rozwija i na razie końca nie widać. Przeszłam już przez fazę uprawy ziemniaków, fasoli i pomidorów. Druga aktywność związana jest w pewnym sensie z pierwszą i jest nią gotowanie, które także dostarcza mi poczucia sprawczości. Od lat nie jem mięsa, dlatego wciąż szukam na ten wegetarianizm sposobu. Przygotowuję naleśniki, kluski leniwe, ale też udony, curry, włoskie makarony.
Bardzo lubię piec ciasta — najlepiej wychodzi mi sernik z przepisu babci Joli, ale robię też świetne brownie czy ciasta z owocami.
Obiady w restauracjach traktuję bardzo pragmatycznie, korzystam z nich w tygodniu, gdy nie mam czasu na gotowanie. W związku z tym najczęściej wybieram te restauracje, które są zlokalizowane nieopodal domu i pracy. Najbliżej biura, na ulicy 3 Maja, znajduje się restauracja Papavero, dwukrotnie wyróżniona w przewodniku Michelin. Wybieram się tam zwykle na wybitne zestawy lunchowe, które są pięknie podane przez przemiłą obsługę. Z kolei miejsca na domowym, wildeckim fyrtlu to węgierska restauracja Bratanki, Suszone Pomidory czy Niezły Meksyk. Bardzo lubię też roślinną azjatycką restaurację Yuba przy Górnej Wildzie. Uwielbiam podawany tam makaron biang biang z obłędnym sosem, którego nie umiem jeszcze odtworzyć w domu.
Oprócz gotowania i balkoningu wolny czas w domu spędzam na czytaniu. Czytam sporo i mam do tego dodatkową motywację — co roku zakładam się z moim szefem, prezydentem Jędrzejem Solarskim, o to, kto w ciągu roku przeczyta więcej książek.
Niestety, wciąż ten zakład przegrywam i podejrzewam, że będzie tak i tym razem. Prezydent przekroczył już dawno pierwszą dziesiątkę, a ja właśnie skończyłam dziewiątą książkę w tym roku. Do listy, którą prowadzę na portalu Goodreads, nie wliczam jednak powieści graficznych, które bardzo lubię i cenię. Najlepsze, które czytałam w ostatnim roku to Otchłań zapomnienia Paco Roci, czy świetne Spotkanie po latach Macieja Sieńczyka. Na marcowych Poznańskich Targach Książki kupiłam komiks kuzynek Jillian Tamaki i Mariko Tamaki Połączenia oraz olbrzymi album Chrisa Ware’a Rusty Brown. To oczywiście i niestety nie jedyne zakupy, które zrobiłam na targach.

Justyna Makowska | foto Michał Sita
Chociaż czytam teraz równolegle Calypso Davida Sedarisa, Orbitę Samanthy Harvey (śmiem twierdzić, że chyba niezasłużenie nagrodzoną Bookerem) oraz Żądło Paula Murraya, czekają już na mnie targowe zakupy, m.in. Śmierć w jej dłoniach Ottessy Moshfegh i Nie ma przed czym uciekać, w końcu przetłumaczony na polski debiut Rebecci Makkai. Jej pisarstwo dostarcza mi tego, czego oczekuję od literatury, ale i sztuki w ogóle — wielkich historii. Szukam tych narracji, opowieści, które wciągają mnie bez reszty, od których trudno się oderwać, które sprawiają, że czuję, jakby akcja czekała na mnie, aż tylko wrócę z pracy i znowu otworzę książkę. Generalnie częściej niż po literaturę faktu, sięgam po powieści, szczególnie te skandynawskie i amerykańskie. Bardzo często i z wielką satysfakcją wypożyczam książki w Bibliotece Raczyńskich (z niej mam Calypso Sedarisa). Czuję się wtedy zobligowana do szybkiej lektury, a książki wypożyczone czytam w pierwszej kolejności. Później, kiedy idę je zwrócić, wchodzę pomiędzy regały i ponownie przepadam bez reszty.
Jeśli chodzi o kulturę poza domem, najchętniej odwiedzam teatry. Staram się być na bieżąco z repertuarem poznańskich scen, nie tylko instytucjonalnych, ale też tych prowadzonych przez organizacje pozarządowe.
W teatrze, jak w literaturze, szukam wciągających opowieści, które znajduję w Teatrze Usta Usta Republika, Teatrze Polskim, Teatrze Ósmego Dnia, performatywnym programie Pawilonu, ale i w Teatrze Muzycznym oraz Teatrze Animacji. Chociaż mój syn wyrósł już ze spektakli dla dzieci, niezmiennie odwiedzamy razem Teatr Animacji, zafascynowani talentem jego zespołu, a także samą formą nowoczesnego teatru lalek. Polecam też Alte Hajm/Stary dom w Teatrze Nowym, spektakl w pewien sposób podobny do Cudzoziemki z Teatru Polskiego – oba zrobiono bardzo poprawnie, wręcz podręcznikowo, z historią, jej licznymi wątkami, w których widz się nie gubi, a do tego oba są mocno poruszające.
Niecierpliwie czekam na kwietniowy festiwal Next Fest, następcę wspaniałego Spring Break’a. Formuła wielu krótkich koncertów jest dla mnie idealna. W tym roku Poznań po generalnym remoncie wygląda przepięknie i przemieszczanie się pomiędzy lokalizacjami, w których odbywają się koncerty, będzie bardzo komfortowe. Uwielbiam, gdy miasto żyje jakimś wydarzeniem, gdy w tramwaju słychać rozmowy o kolejnych koncertach, a do tego ciągle wpada się na znajomych. Bardzo cenię Next Fest również za to, że to najlepsza okazja do poznania nowej, świeżej muzyki artystek i artystów, którzy – na razie – nie są jeszcze szerzej znani.
Czekam więc na świetną muzykę, piękną pogodę i prawdziwy wybuch wiosny.
Oprócz Next Festu muzyki szukam w Pawilonie. Krystian Piotr, kurator programu LAS, zaprasza do Poznania artystów i artystki z całego świata, prezentujących bardzo ciekawe oblicza muzyki eksperymentalnej i awangardowej. Równie chętnie biorę udział w koncertach organizowanych w Centrum Kultury Zamek i Scenie na Piętrze, która niebawem, po dużej modernizacji, będzie kolejną, atrakcyjną salą koncertową Poznania. Lubię też wpaść do Tamy, gdzie zdarza mi się potańczyć – taniec to moje niespełnione dziecięce marzenie, porzucone kosztem lekcji fortepianu. Chyba dlatego podziwiam osoby, które zajmują się tym zawodowo i z chęcią oglądam spektakle taneczne w Polskim Teatrze Tańca czy zapraszane gościnnie do Pawilonu.
Często odwiedzam instytucję-matkę Pawilonu, Galerię Miejską Arsenał. Atrakcyjna dla mnie jest przede wszystkim społeczna aktualność i zaangażowanie organizowanych tam wystaw.
Mam nadzieję, że uda się kiedyś zaprezentować w całości kolekcję własną Arsenału, która co rok powiększana jest między innymi o prace artystek i artystów związanych z poznańskim środowiskiem sztuki, a to środowisko jest spore i bardzo uzdolnione, o czym można się przekonać na wystawach w innych miejscach, choćby w galeriach Rodríguez, Skala, Łęctwo czy prowadzonej przez młode osoby galerii Szczur. Tych niezależnych galerii jest w Poznaniu całkiem sporo. Widać to choćby dzięki portalowi Echo, stworzonemu wspólnie przez Galerię Miejską Arsenał i Galerię Skala, z którego pomocą można z łatwością wytyczyć spacer szlakiem wystaw. Liczba miejsc poświęconych sztukom wizualnym robi na mnie wrażenie podczas corocznego Poznań Art Weeku i przeczy wieszczeniu sprzed lat, że galerie sztuki na stałe wyprowadziły się z Poznania albo, że nikogo już to, co w nich jest prezentowane, nie interesuje.
O tym, że nie jest aż tak źle, świadczą tłumy na wystawach w Centrum Kultury Zamek czy Muzeum Narodowym. Bardzo lubię ekspozycje skupione wokół jakiejś historii, jak ostatnie Iluzje wszechwładzy czy otwarte właśnie w CK Zamek Najntisy Forever!. W Muzeum Narodowym od lat obserwuję naprawdę świetnie przygotowane wystawy grupowe i indywidualne, z najnowszą Józef Chełmoński 1849-1914. Chętnie odwiedzam też stałą ekspozycję muzeum, szczególnie po ostatniej modernizacji Galerii Sztuki Polskiej.
Staram się pozostawać na bieżąco z wszystkimi ważnymi premierami filmowymi. Znacznie częściej niż w kinie oglądam je niestety w domu, na platformach streamingowych.
W kinie Muza czy Pałacowym jestem zwykle dwa razy w miesiącu. Bardzo chętnie odwiedzałam Multikino 51 i żałuję, że zostało zamknięte – wolnostojący multipleks z dość kameralną atmosferą to ewenement w skali Polski. Na ogół wolę taką właśnie kameralną atmosferę, zamiast przeciskać się przez tłumy na premierach i wernisażach, wolę spokojnie odwiedzać miejsca kultury w tygodniu. Wtedy mam czas na to, żeby naprawdę zanurzyć się w danej opowieści, zatrzymać się na chwilę, przyjrzeć reakcjom publiczności, a przy okazji dostrzec osoby, które tam pracują – często ginące w wernisażowym tłumie.