POZA/POZNAŃ
– autorski cykl rozmów Agnieszki Kowalskiej
W ostatnich zdaniach książki, dedykowanych synowi, napisałeś: „Nigdy nie jesteśmy samotni, zawsze za nami stoją (i trochę nam ciążą) nasi przodkowie.” Tobie bardziej ciążą czy dają ci siłę?
– Teraz bardziej czuję ich wsparcie. Ale kiedy byłem w wieku mojego dwudziestoletniego dzisiaj syna, Kostka, oczywiście chciałem się buntować. W moim przypadku to oznaczało, że pragnąłem założyć rodzinę, która będzie tradycyjna, konserwatywna, mieszczańska. W kontrze do rodziców, bo nasza rodzina jest dość ekscentryczna. Żaden bunt nie robi w niej wielkiego wrażenia. Dopiero przed trzydziestką, gdy dojrzałem, zacząłem bardziej akceptować w sobie tatę i mamę oraz to, kim jestem i gdzie jestem.
„Centrum wszechświata było na Jeżycach” – piszesz. Od blisko trzystu lat Bajonowie przeprowadzali się w promieniu niecałego kilometra. Robi wrażenie.
– Pierwsza znana informacja o kmieciu Bajanie ze wsi Jeżyce pochodzi z XVII wieku. Zawsze działało mi na wyobraźnię, że poznańskie rodziny od pokoleń żyją w jednym miejscu. To jest fenomen w skali Polski.
Urodziłeś się w Poznaniu?
– Nie, w Warszawie, ale regularnie odwiedzaliśmy mieszkanie dziadków na Jackowskiego. Pamiętam opowieści, obrazy, detale. Był kowboj – zabawka taty z dzieciństwa. Było zamknięte w puszce powietrze z Paryża, które babcia kiedyś kupiła pod wieżą Eiffle’a. Był tom Baśni tysiąca i jednej nocy. Pamiętam ciocię Lodę, siostrę dziadka Zygmunta. I to, że żyła z ciocią Elą. Jej pierwszym mężem był zamordowany w Auschwitz Konstanty Troczyński, krytyk literacki, jeden z pierwszych polskich strukturalistów, a drugim, Kazio Malinowski, który w latach 60. i 70. XX wieku był dyrektorem Muzeum Narodowego w Poznaniu. Loda z Kaziem mieli w Zakopanem pensjonat, który się nazywał bodajże Krokus – i tam spędzili czasy okupacji. Świetnie się znali z Stanisławem Ignacym Witkiewiczem. W domu wisiał obraz Witkacego, rękojmia tej przyjaźni. Powiedzieć, że był psychodeliczny, to nic nie powiedzieć. Kolejne pokolenia przyglądały mu się raz to z fascynacją, innym razem z niesmakiem.
Pamiętam, opowieści o stryju Nikodemie, który w Hotelu Bazar otworzył filię biura turystycznego Thomasa Cooka. Pamiętam wspomnienia o przedsiębiorstwie budowlanym jego brata Stanisława, który wybudował kościół na Jeżycach.
Były zjazdy rodzinne?
– Nie było. Duża część krewnych rozjechała się po świecie, więc się ich za bardzo nie widywało.
Jacy byli dziadkowie, do których przyjeżdżałeś na Jeżyce?
– Dziadek Zygmunt był oryginałem. W korytarzu powiesił „Dwadzieścia postanowień na czas, kiedy będę stary”. Pierwszym było: „Nie będę marudzić na młodsze pokolenia”. Zyga, bo tak o nim mówimy w rodzinie, był prawnikiem. Bardzo eleganckim prawnikiem, a przy tym bawidamkiem. Rano szedł na dworzec, gdzie u miejscowego balwierza golił się i czytał gazetę, i dopiero stamtąd spokojnie ruszał do kancelarii. Był pod każdym względem podobny go granego przez Gene’a Hackmana Royala Tennenbauma z filmu Genialny klan Wesa Andersona. Nawet nosił się podobnie. Dużo czytał, interesował się światem.
A babcia?
– Babcia Krysia wybrała sobie trudną pańszczyznę – życie z moim dziadkiem. W dzieciństwie wydawała mi się dość kontrolująca. Wystarczy wspomnieć, że kiedy mój ojciec, Filip Bajon, studiował na Filmówce, babcia dzwoniła tam i dopytywała, jak sobie radzi. Pracowała w aptece, była farmaceutką. I zdecydowanie mniej bujała w obłokach.

Kasper Bajon | foto Filip Klimaszewski
Kiedy zrozumiałeś, że masz wyjątkową rodzinę i chciałbyś może coś więcej się o niej dowiedzieć?
– Myślę, że każda rodzina jest wyjątkowa i nie kokietuję tutaj. Dla mnie rodzina to wielki temat. Być może jedyny wart naprawdę opowiedzenia. Przy nim wszystko wydaje się błahe, bo rodzina to ucieleśniony czas. Chyba zawsze byłem zainfekowany swoją rodziną. Odkąd pamiętam, słuchałem wspomnień i czytałem listy, które zostały w rodzinie, oglądałem zdjęcia. Sporo dowiedziałem się też z książek taty. A potem zacząłem szukać na własną rękę. Czytałem monografię kościoła na Jeżycach, Kronikę Miasta Poznania. Ale wiedziałem też, że Poznań kolonialny będzie bardziej o pamięci, niż o faktach.
Dlatego celowo nie chciałem się dowiedzieć za dużo. Chciałem zaufać pamięci. Ten mój Poznań wyobrażony, że tak powiem, wydaje mi się najciekawszy.
„To miasto, z którego wyjechałem bez chęci powrotu” – pisał o Poznaniu twój tato w książce Cień po dniu.
– Teraz ma mieszkanie w Sopocie, które jest bardzo podobne do poznańskiego domu dziadków. Zawsze też brał udział w zlotach Wielkopolan w Warszawie. Jest coś takiego, że te przestrzenie nas wypychają, a z drugiej strony dobrze się tam czujemy, bo je rozumiemy.
Wróćmy do mieszkania dziadków przy Jackowskiego 17. W korytarzu wisiała fotografia, o której piszesz, że przypomina ci kadr z Gangów Nowego Jorku Scorsese. Co przedstawia?
– Od zawsze fascynowało mnie to zdjęcie. Jest rok 1898 rok, trwa budowa kościoła Najświętszego Serca Jezusa i Świętego Floriana przy Kirchstrasse (dzisiaj Kościelnej). To była pierwsza polska świątynia zbudowana w czasach pruskich. Miała górować nad pobliskim, postawionym kilka lat wcześniej zborem luterańskim. Na zdjęciu widzimy stojących na rusztowaniach robotników, a w centrum kadru kilkunastu eleganckich mężczyzn. Pośrodku budowniczy kościoła, mój stryjeczny pradziadek Stanisław Bajon. Obok jego ojciec, Jan.

Budowa kościoła na Jeżycach, 1898 | foto parafia Najświętszego Serca Jezusa w Poznaniu
Stanisław był wtedy młody, miał zaledwie trzydzieści lat. Co mówiło się o nim w rodzinie?
– Babcia wspominała: „Wielki oryginał i ekstrawagant. W cztery konie zaprzężoną karocą jeździł po Jeżycach, od domu schadzek do knajpy, od knajpy do kasyna, i tak w kółko. Aż zbankrutował i popełnił samobójstwo”. Twierdziła, że wszyscy się w niego wdaliśmy, włącznie ze mną i moimi braćmi. Rzeczywiście, fizycznie był bardzo podobny do mojego taty i mojego starszego brata, Maurycego. Jego śmierć była zagadką, miał trzydzieści sześć lat. Nie wierzę w to bankructwo, bo czekał na pieniądze za jeżycką świątynię. Rzeczywiście był strasznym ladaco, kobieciarzem i hazardzistą. Dlatego tak mnie bawi, że w historii zapisze się jako budowniczy kościoła. Miał żonę Niemkę, podobnie jak jego ojciec, Jan.
W naszej rodzinie jeszcze w dwudziestoleciu rozmawiało się po niemiecku. Niech ucieszy ta wieść wszystkich nieprzychylnych nam ksenofobów.
I tu pojawia się wątek kolonii w Afryce. Po co Bajonowie tam jeździli?
– Paul Fenster, szwagier Stanisława, był lekarzem, a w Niemieckiej Afryce Wschodniej lekarze byli potrzebni. Podobnie, jak żołnierze (Poznań był miastem garnizonowym), farmerzy i budowniczowie. Stanisław podążył za Paulem. Czy to była chęć przeżycia przygody, czy plany inwestycyjne, tego nie wiem. Myślę, że to pierwsze. Śladem jego podróży był tylko jeden znaczek pocztowy. Niedługo po powrocie, Stanisław się zabił.
Jak trafiłeś na te afrykańskie historie rodzinne?
– Już w dzieciństwie, pamiętam tajemnicze odkrycia w poznańskich szafach. U znajomych dziadków, w serwantce, obok kryształów, była czaszka, o której mówiono, że „należała do Pigmeja”. Gdzie indziej widziałem nogę słonia, służącą za stojak na laski i parasole. W klaserze, który dostałem na urodziny, znalazłem też kilka afrykańskich znaczków pocztowych. Mimo tego, nie połączyłem wtedy kropek. Potem zacząłem sam podróżować po Afryce, najpierw północnej, potem subsaharyjskiej. I wtedy zdałem sobie sprawę, że przecież Afryka była zawsze obecna w poznańskim domu. Pamiętam, że gdy wpisałem w wyszukiwarkę „Niemiecka Afryka Wschodnia i Poznań”, na Ebayu wyskoczyła mi niesamowita liczba kartek pocztowych. Postanowiłem podążyć tym tropem.

Kamienica przy ul. Jackowskiego 17, gdzie mieszkali dziadkowie K. Bajona | zabytek.pl
Początkowo Poznaniacy mieli krytyczny stosunek do podbojów w Afryce. Sami w końcu byli kolonizowani przez Niemców. Kiedy to się zmieniło?
– Jest taka książka Colonial Fantasies, Imperial Realities: Race Science and the Making of Polishness on the Fringes of the German Empire, 1840-1920, którą napisała professor Lenny Ureña Valerio, pochodząca z Portoryko Amerykanka. Przyjechała do Polski i zbadała, jak wyglądał w latach 1840–1920 stosunek Polaków do kolonii, głównie w oparciu o Wielkopolskę. Być może dostrzegła jakąś wspólnotę doświadczeń Portorykanki z Wielkopolanami. Starała się opisać i zrozumieć tę nagłą zmianę z kolonizowanych w kolonizatorów. Oczywiście jednoznacznej odpowiedzi nie ma, co się wydarzyło, ale można przypuszczać, że to kwestia tego z kim, po odzyskaniu niepodległości, chcieliśmy się identyfikować – z oprawcą czy z ofiarą.
Wybraliśmy tę pierwszą opcję, negując tę drugą, która w istocie jest naszą prawdziwą tożsamością. Podobne mechanizmy można było obserwować w postkolonialnej Afryce. Zresztą w dzisiejszej Polsce też.
Z twojej książki dowiedziałam się o wystawach etnologicznych w poznańskim zoo w drugiej połowie XIX wieku, gdzie publiczność mogła oglądać zaaranżowane wioski z przywożonymi do nich rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej i Afryki.
– W niemieckich ogrodach zoologicznych pokazuje się teraz zdjęcia z takich wiosek, oni się z tym publicznie rozliczają. To były wystawy z tezą, które uzasadniały między innymi proces kolonizacji.

Kasper Bajon | foto Filip Klimaszewski
Jakie niewygodne pytania zadałbyś przodkom?
– Poznaniacy nie byli na pierwszej linii frontu. Nie odpowiadają bezpośrednio za ten globalny system krzywdy i represji, jakim jest kolonializm. Na szczęście w miejsce niemieckich kolonii nie powstały Polska Afryka Wschodnia i Polska Afryka Zachodnia, choć kilka osób miało taki pomysł. Inna sprawa, że podboje były romantyzowane i Polacy chętnie za tym podążali. Poznań miał dość wcześnie związki handlowe z całym światem, który wydawał się przez to bliższy. Pojawiały się zatem pokusy, żeby go posiąść i skolonizować. A co do Tanzanii, szczerze mówiąc, myślałem, że więcej znajdę tam poznańskich tropów. Nie było więc tak, że cała Wielkopolska ruszyła do Afryki. Ale zupełnie nie mamy świadomości tego, że braliśmy w tym udział.
Piszesz ostro: „Polacy nie są wyłączeni ze zbrodni kolonializmu. Ofiary obecnych wojen są też naszymi ofiarami. My odpowiadamy za śmierć tych milionów ludzi”.
– Kiedyś jechałem pociągiem z koleżanką, która pochodziła z Etiopii i mieszkała od kilku lat w Izraelu. Powiedziałem w jakimś takim durnym natchnieniu, „że to niesamowite, że mamy tak długi czas bez wojen”. Zdziwiła się, a właściwie wściekła i zapytała: „Jak bez wojen?!”. Wtedy zrozumiałem, że nie wszystko jest o Polsce i o Europie. Że warto rozszerzyć perspektywę.

Wyjechałeś na Fuertę, do Afryki, ale też ciągle do Poznania wracasz, jak twój tato. Jakie są teraz te twoje powroty?
– W Poznaniu jestem dwa, trzy razy w roku. Cały czas mieszka tu część rodziny. Kiedy przyjechałem po dłuższej przerwie, byłem w szoku. Jeżyce stały się hipsterską dzielnicą, bardzo się zmieniły. Jako dzieciaki baliśmy się wychodzić tam wieczorem na ulicę – byliśmy z Warszawy, mieliśmy przerąbane. Teraz chętnie zapuszczam się dalej, poza rewiry Bajonów, że tak powiem. Fajny rytm ma to miasto. Podoba mi się, że nie jest turystyczne, że tam się żyje.
Kiedy przekonywałem, że Poznań ma niewykorzystany potencjał filmowy, że nie tylko Wrocław może grać Berlin, tłumaczono mi, że Poznaniakom wcale na tym nie zależy. Zdrowe podejście, podoba mi się.
Wychowywałem się na Ursynowie, bardzo to sobie chwaliłem, ale w odróżnieniu od Warszawy, Poznań zawsze wydawał mi się miastem. Jest bardziej zwarty, kompaktowy, a przez to dostępny. Napisałem w Poznaniu kolonialnym, że Słowackiego jest jedną z najpiękniejszych ulic na świecie. To wrażenie budują drobne rzeczy, jak przestrzeń między budynkami, to, jak ta ulica idzie na przestrzał i widać ciąg kamienic, ale też horyzont, który ją zamyka. Być może była to chwila słabości, jakiegoś nostalgicznego wzmożenia. Ale ostatnio byłem na Słowackiego i dalej mi się podobało.