Weekendowa Wielkopolska
autorski cykl Piotra Libickiego

Biblioteka Raczyńskich stoi w rozległej przestrzeni kulturalnej agory Poznania. Współtworzy ją Bazar, Muzeum Narodowe, pierwotnie Kaiser-Friedrich-Muzeum i teatr, czyli dzisiejsza Arkadia. Uzupełnieniem są banki, instytucje publiczne i kamienice, których mieszkańcy mogli pochwalić się niegdyś jednym z najlepszych adresów w mieście. Ufundowana przez Edwarda Raczyńskiego biblioteka z kolumnową fasadą wzorowaną na wschodniej elewacji Luwru, powstała zapewne według koncepcji samego fundatora. Oddana do użytku w 1829 roku, była jednym z efektowniejszych gmachów wzniesionych w tym czasie w mieście. I nieoczywistych.
Funkcja publicznej biblioteki, gromadzącej przede wszystkim liczne starodruki, polonica, ale też pozycje współczesne była oczywiście dominująca. „Widziałem liczne zgromadzenie młodzieży – pisał w 1830 roku anonimowy autor na łamach Kuriera Poznańskiego – codziennie w niej wieczorem czas spędzającej”. I choć młodzież odwiedzała bibliotekę, by przepisywać przekłady autorów starożytnych i nowożytnych, zamiast je samemu tłumaczyć, to jednocześnie sięgała po inne książki, zwłaszcza romanse. Bibliotekę odwiedzali też nauczyciele gimnazjalni, przedstawiciele ruchu narodowego, badacze dziejów Polski i polskiej literatury.
Oczywiście korzystać mogli z niej także zwykli mieszkańcy niezależnie od narodowości. Była to w końcu biblioteka publiczna.
Ale budynek pełnił też drugą, równorzędną i zapomnianą dziś funkcję – miejskiej rezydencji rodziny Raczyńskich. Tu, podczas każdego pobytu w mieście, mogli się zatrzymywać zarówno fundator Edward Raczyński jak i jego syn Roger, a także bratanek Karol. Ten ostatni miał swoje apartamenty na parterze. Było to osiem pomieszczeń mieszkalnych i recepcyjnych od strony placu Wilhelmińskiego, ulicy Wilhelmińskiej i podwórza, zajmujących w sumie dwie trzecie kondygnacji oraz kuchnia, pomieszczenia służbowe i aneksy. Apartamenty fundatora, które potem zamieszkiwał jego syn Roger, liczyły ledwie trzy okazałe pomieszczenia we frontowej i zachodniej części budynku, ale za to usytułowane na belle-etage, piętrze reprezentacyjnym. Łączyły się też bezpośrednio z czterema obszernymi pomieszczeniami, przeznaczonymi na ogólnodostępną bibliotekę. Księgozbiór był więc efektowną częścią mieszkania poza krótkimi godzinami jego publicznego funkcjonowania (w dni powszednie pomiędzy piątą i ósmą wieczorem).
Czy w tej sytuacji odwołanie się do paryskiego Luwru, wspaniałej królewskiej rezydencji, która od pewnego czasu pełniła funkcję muzeum, było przypadkowe?
W czasie wznoszenia pałacu-biblioteki w latach 20. XIX wieku rodzina Raczyńskich była już w Poznaniu znana. Wśród wielkich przedstawicieli rodu, którzy na przestrzeni XVII i XVIII wieku zbudowali jego pozycję, byli Michał Kazimierz Raczyński (1650–1737), wojewoda poznański, dyplomata króla Jana III Sobieskiego, Ignacy Raczyński (1741–1823), biskup poznański, a potem arcybiskup gnieźnieński oraz wielka postać swojego czasu – Kazimierz Raczyński (1739–1824), generał wojska polskiego i marszałek nadworny koronny, postać pierwszego politycznego formatu, ale dla nas przede wszystkim starosta generalny Wielkopolski i przewodniczący Komisji Dobrego Porządku w Poznaniu. To jemu miasto zawdzięczało poprawę stanu sanitarnego, administracyjnego i gospodarczego ostatnich lat I Rzeczpospolitej, czego symbolem stał się ufundowany w Rynku przez Kazimierza Odwach. To w końcu dla marszałka Raczyńskiego powstała magnacka, jeśli nie monarsza rezydencja w Rogalinie, najbardziej znany cel niedzielnych wycieczek Poznaniaków.
Nie mając syna, a chcąc utrzymać nazwisko w linii swoich potomków, wydał córkę Michalinę za swego kuzyna, Filipa Raczyńskiego. Z tego małżeństwa przyszło na świat dwóch synów: Edward i Atanazy.
Na słynnym portrecie Raczyńskich z 1839 roku widzimy dojrzałych, pewnych swej pozycji mężczyzn po pięćdziesiątce. Edward siedzi w zdobnym, karmazynowym fotelu, a obok niego stoi brat, po przyjacielsku opierający rękę na fotelowym oparciu. W głębi dwóch młodych mężczyzn – syn Atanazego, Karol i syn Edwarda, Roger. Scena rozgrywa się w efektownym wnętrzu berlińskiej rezydencji Atanazego przy Unter den Linden 21.

Pałac Raczyńskich w Berlinie, Eduard Gerhardt, 1852 | foto Muzeum Narodowe w Poznaniu | Wikimedia Commons
Atanazy Raczyński w tym czasie był już pruskim dyplomatą, posłem króla Fryderyka Wilhelma III w Kopenhadze (a w przyszłości także w Lizbonie i Madrycie). Do tego cenionym znawcą sztuki europejskiej, autorem opracowań współczesnego malarstwa niemieckiego, no i kolekcjonerem. Na ścianach portretowego wnętrza rozpoznajemy obrazy, które dziś wchodzą w skład kolekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu, z monumentalnym szkicem Bitwy Hunów Wilhelma von Kaulbach.
Kolekcja od lat czterdziestych XIX wieku eksponowana była w efektownej rezydencji Raczyńskiego przy placu Królewskim w Berlinie (dziś w tym miejscu stoi Bundestag), by ostatecznie z początkiem XX wieku trafić do Poznania.
W przeciwieństwie do brata, który w pełni świadomie stał się funkcjonariuszem pruskiego państwa, Edward poczuwał się do odpowiedzialności za kultywowanie narodowej pamięci, troszczył się o pamiątki przeszłości, wspomagał ziomków w patriotycznych wysiłkach, o ile nie miały charakteru rewolucyjnego. W tym wymiarze podzielał lojalistyczną i rojalistyczną postawę brata i wstręt do wszelkich rewolucji. Głośne stało się wydanie przez niego w 1823 roku listów Jana III do królowej Marii Kazimiery. Potem były kolejne pozycje: Pamiętniki Paska, Opis obyczajów… Kitowicza, Stan oświecenia w Polsce… Kołłątaja. W sumie blisko dwieście tomów źródeł do dziejów Polski! Sam zaś przygotował Wspomnienia Wielkopolski, rodzaj kompendium historyczno-krajoznawczego, które można uznać za pierwszy przewodnik po regionie.

Edward, Atanazy, Karol i Roger Raczyńscy w galerii berlińskiego pałacu Atanazego Raczyńskiego, mal. Karol Adolf Henning, Carl Adolph Henning 1839 | foto Wikimedia Commons
Na pierwszy plan wysuwała się jednak jego działalność filantropijna, zwłaszcza w rodzinnym mieście – publiczna biblioteka, wodociągi ofiarowane miastu w czasach częstych epidemii (neogotycką studzienkę przy dawnym szpitalu Szarytek na ulicy Długiej właśnie odtworzono) i dzieło wyjątkowe, które współfinansował, i któremu poświęcił się bez reszty – Kaplica Królów Polskich przy poznańskiej katedrze, nazwana z czasem Złotą.
Wychodząc z pałacu-biblioteki, mijam z lewej strony gmach Muzeum Narodowego z jego szlachetną, odnowioną właśnie fasadą. Na Starym Rynku, do którego prowadzi ulica Paderewskiego, odwracam głowę w stronę Odwachu, ufundowanego przez Kazimierza Raczyńskiego i rzucam okiem na dwa miejskie pałace: Działyńskich w pierzei zachodniej i Mielżyńskich w północnej. W końcu ulicą Wielką, przez Chwaliszewo, docieram na Ostrów Tumski.

Poznańska katedra z widoczną od wschodu Kaplicą Królów Polskich, tzw. Złotą Kaplicą | foto Piotr Libicki
Gdyby zrealizowana została najbardziej monumentalna koncepcja pomnika Mieszka I i Bolesława Chrobrego autorstwa Karla Fridricha Schinkla i Christiana Daniela Raucha, z lewej strony placu katedralnego ujrzelibyśmy półkolisty amfiteatr, tworzący tło dla wyniesionego na piedestale monumentu. W jego cokole planowano nawet umieścić prochy władców wyciągnięte w XVIII wieku ze zrujnowanego katedralnego nagrobka Chrobrego. To właśnie owe prochy, przechowywane w kapitularzu, stały się przyczynkiem dla inicjatywy upamiętnienia z początkiem XIX wieku pierwszych Piastów.
Był to czas, kiedy po kongresie wiedeńskim 1815 roku i ukształtowaniu się nowego europejskiego porządku, brak Polski na mapie jako niepodległego królestwa był przesądzony.
Każdy więc wysiłek, by zachować pamięć narodowej przeszłości oraz dowody i pamiątki istnienia polskiego państwa był gwarancją przetrwania narodu, a być może także przyszłego odrodzenia ojczyzny. Wielkim gestem społecznej pamięci były inicjatywy budowy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie i Kopca Kościuszki w Krakowie. W końcu takiego samego ogólnonarodowego wymiaru nabrała idea budowy Kaplicy Królewskiej w Poznaniu. Jej główny inicjator, archidiakon poznański i późniejszy arcybiskup gnieźnieński i poznański Teofil Wolicki, nie bez powodu zwracał się do darczyńców we wszystkich trzech zaborach. „Polacy, wzywam waszej pomocy, abyście dług wdzięczności Biskupa i Kapituły, za dług miłości, sławy narodowej, przystojności, a wreszcie pychy polskiej przyjąć i dzielić go z nimi chcieli”.
Choć datki płynęły ze wszystkich stron i od wszystkich grup społecznych, w tym od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III, jako potomka Bolesława Chrobrego (sic!), przez kolejnych kilkanaście lat nie udało się zebrać wystarczającej kwoty. Do tego wciąż niejasna i zmieniająca się forma pomnika – od kaplicy w katedrze, przez pomnik w kościele Najświętszej Marii Panny, do monumentalnego założenia na placu – nie sprzyjały realizacji przedsięwzięcia. Dopiero powołanie przez sejm prowincjonalny 25 lutego 1830 roku w skład komitetu budowy Edwarda Raczyńskiego i jego pełne, koncepcyjne, organizacyjne, finansowe, a także emocjonalne zaangażowanie przyniosło efekt. Takim sposobem 28 stycznia 1841 roku w gruntownie przebudowanej w bizantyńskim stylu kaplicy Wniebowzięcia NMP w poznańskiej katedrze, ustawiony został podwójny rzeźbiarski wizerunek Mieszka I i Bolesława Chrobrego.
Kaplica, usytuowana osiowo za prezbiterium, nie jest miejscem oczywistym. Gdy do niej docieram i przez kratę oglądam oświetlone za pięć złotych wnętrze (automat nie zmienił się od kiedy byłem tu po raz pierwszy jako dziecko), przypominam sobie słowa anonimowego autora z Przyjaciela Ludu z 1841 roku: „Idź za prezbiterium, uchyl drzwi obitych szkarłatem, a pewien jestem, że zadrżysz z uniesienia”. Podobnie, jak pałacowa kaplica Normanów na Sycylii z XII wieku czy współczesna Raczyńskiemu dworska kaplica Ludwika I w Monachium (pierwowzory poznańskiej fundacji), również nasza kaplica cała lśni od złota. Złote anioły wieńczą złote kolumienki, a te wydzielają zdobione złotymi płycinami nisze. I złote sklepienie z postacią Chrystusa Pantokratora, władcy świata. Jesteśmy we wschodnim, bizantyńskim universum.
Bo to właśnie obraz cesarskiego Wschodu i Bizancjum, powiązany niemal ontologicznie z pojęciem cesarskości i królewskości, stawał się właściwym kulturowym, ale też ideowym punktem odniesienia dla Raczyńskiego.
I naturalnie łączony był z wczesnośredniowieczną epoką. Kaplica była więc „autentyczną” kaplicą królewską z czasów pierwszych Piastów, dopełnioną narodowymi wątkami. Autorem projektu, który powstawał pod ideowym kierownictwem Edwarda, był krakowski architekt Franciszek Maria Lanci. Malowidła sklepienia przedstawiające polskich świętych wykonał Heinrich Müller, obrazy Mieczysław I kruszący bałwany i Bolesław Chrobry i Otton III u grobu św. Wojciecha namalował January Suchodolski i Edward Brzozowski, a mozaikowy obraz w ołtarzu głównym – według Tycjana – oraz mozaikową posadzkę zaprojektował Liborio Salandri z Wenecji.

Kaplica Królów Polskich, czyli tzw. Złota Kaplica przy poznańskiej katedrze | foto Piotr Libicki
W tym olśniewającym niewątpliwie wnętrzu najważniejsze elementy wepchnięte zostały do nisz. Jest to po jednej stronie neogotycki sarkofag, w którym złożono domniemane szczątki Piastów, a po drugiej, rzeźbiarskie wizerunki Mieszka i Bolesława: księcia-kapłana z krzyżem w ręku i króla-rycerza w zbroi i z mieczem. Wiara i walka – oto fundamenty piastowskiego państwa. Widz zostaje „zgniecony potęgą siły i woli, co tam przez spiżowe Chrobrego tchnie oblicze” – pisał ten sam anonimowy autor. Wielka więc szkoda, że postaci nie stanęły w samym środku wnętrza, tworząc jego absolutną kulminację.
Podwójny portret pierwszych władców to wybitne dzieło rzeźbiarskie Christiana Daniela Raucha, autora m.in. pomnika Fryderyka Wielkiego w Berlinie.
Artysta był tak zadowolony z efektu, że model pomnika już w 1837 roku pokazał na specjalnie zorganizowanej w swoim berlińskim atelier wystawie, którą dzień po zamknięciu oglądał sam król pruski Fryderyk Wilhelm III. Niewielki model monumentu widzimy również na przywołanym wcześniej grupowym portrecie Raczyńskich z 1839 roku. Uznali oni, że warto pokazać dzieło, w które tak bardzo się zaangażowali. Bo też gdyby nie ich żywe kontakty z artystycznymi środowiskami Berlina i samym Rauchem, monument w tak doskonałej postaci zapewne nigdy by nie powstał. Uznając, że jest on jedynie częścią finansowanej ze społecznych składek kaplicy, samemu finansując dzieło Raucha, Edward kazał na cokole wykuć napis: „Ofiarował do tej Kaplicy Edward Nałęcz Raczyński”. O ten napis zaraz potem rozpętała się burza, która doprowadziła do samobójczej śmierci Raczyńskiego.
Kaplica, z całym złożonym bogactwem dekoracji, historyczno-narodowych treści oraz ideowych odniesień nie została powszechnie zrozumiana i właściwie odczytania. „Ale pocóż Was Królowie zasklepił tu w tej z ruska pstro-złocistej cerkiewce! Chyba, aby Ci Kijów przypomnieć Bolesławie?” – pisał anonimowy autor, zapewne Jędrzej Moraczewski, w jednym z emigracyjnych periodyków. Nie rozumiano królewskich i cesarskich odniesień, historycznej „autentyczności” architektury. Do tego nie była ona częścią pomnika, a jedynie jego opakowaniem, bo prawdziwym upamiętnieniem, prawdziwym pomnikiem był wyniesiony na cokole posąg!
Tak więc umieszczony na cokole napis, znalazł się na pomniku fundowanym przez cały naród, który w swoisty sposób przywłaszczył sobie Raczyński. To było dla pewnych środowisk demokratyzującego się społeczeństwa i grupy posłów w prowincjonalnym parlamencie Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie do przyjęcia.
W krytyce celował w szczególności poseł z powiatu wągrowieckiego Panteleon Szuman, a ton jego krytyki wzmacniały osobiste uprzedzenia do Raczyńskiego. W efekcie, po kilku latach nieustających ataków, Raczyński zdecydował się na ruch radykalny – 17 stycznia 1845 roku, przy świetle pochodni, robotnicy w jego obecności usunęli z cokołu budzący kontrowersje napis. Następnie Raczyński udał się do sądu, w którym złożył swój testament. „Umieram w wierze świętej katolickiej, a choć jawnogrzesznik uciekam się do nieprzebranego miłosierdzia Boskiego. Może Jego miłosierdzie będzie większe od mojej zbrodni” – zapisał w dokumencie. W niedzielę, dwa dni później, Raczyński był już w Rogalinie i studiował książki o artylerii. Następnego dnia rano, w towarzystwie swojego sekretarza Conrada, ruszył do Mechlina, gdzie odwiedził dzierżawcę swoich dóbr, a krótko potem, już samotnie, udał się w dalszą drogę do oddalonego o kilkanaście kilometrów Zaniemyśla.
Z Poznania do Zaniemyśla jedzie się najpierw ruchliwą drogą na południe i potem odbija na Kórnik. Za Kórnikiem, ale jeszcze przed Bninem, skręca się w lewo. Jadę tam dzień po moim spacerze po mieście, wizycie w bibliotece i Złotej Kaplicy. To nie więcej niż trzy kwadranse drogi. W miasteczku parkuję przy ulicy Raczyńskiego i schodzę do jeziora. Jest całe zamarznięte. Na tafli lodu widzę spacerujących ludzi, a na wyspie drewniany dom. Dzień jest szary, ponury, zapewne podobny do tego sprzed niemal dwóch wieków.
Dojechawszy do Zaniemyśla Raczyński złożył wizytę księdzu Antoniemu Rybickiemu. Po obiedzie i omówieniu spraw związanych z tamtejszym kościołem, wszedł na zamarznięte jezioro i przedostał się na wyspę.
Na progu szwajcarskiego domku ustawił małą armatkę. Głowę przyłożył do wylotu lufy i zapalając lont przymocowaną do kija świecą, strzelił. Gdy tylko rozległ się huk, kilkuletnia córka stróża pobiegła co sił z listem wręczonym jej przez Raczyńskiego do proboszcza. „Upraszam W. Pana pokornie, aby kąt jaki dla spoczynku moich zwłok wynalazł podług surowości praw naszych kościelnych. Upraszam, aby choć o świcie wynieść kazał trupa i oddał grzesznika ziemi”.
Dziś na wyspie, która przechodzi reorganizację i pewnie znów stanie się miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów, stoi armatka i tablica przywołująca tamto wydarzenie. Stoi też drewniany dom. Wyspę w 1815 roku ofiarował swemu pupilowi, Edwardowi Raczyńskiemu, Józef Jaraczewski, zaznaczając, że ma się nazywać Wyspą Edwarda. Za ten gest przyjaźni, każdego 4 października, miał Edward swojemu darczyńcy ofiarowywać gałązkę bluszczu. Szwajcarski dom, który wpisywał się romantyczną modę, postawił już Raczyński. Polubił to miejsce, bo przez trzydzieści lat było dla niego refugium – miejscem ucieczki od świata, a potem świadomie wybranym miejscem śmierci.
Zgodnie z życzeniem Raczyńskiego, jego zwłoki złożono w grobie wymurowanym przy zachodniej ścianie kościoła parafialnego w Zaniemyślu, a więc poza poświęconą ziemią, w obecności najbliższych mu osób. Jego żona Konstancja na sarkofagu kazała umieścić posąg Higiei, który nosił jej rysy, a który miał zwieńczyć jedną z fundowanych przez Raczyńskiego studzienek w Poznaniu (przed Biblioteką Raczyńskich stoi dziś kopia tego monumentu). Na cokole umieściła napis: „Żona temczasem pilnuje zwłok męża i błaga modlitwy dla niego”. Dotykam stopy Higiei-Konstancji, bo podobno przynosi to szczęście.
Śmierć Raczyńskiego wywołała poruszenie w całej Polsce. Publikowano artykuły wyliczające jego zasługi, podejmowano uchwały, milkła krytyka. W lutym w kościele farnym w Poznaniu odprawiono egzekwie.
W środku świątyni wzniesiono katafalk w kształcie uciętej piramidy, wysoki na około trzydzieści stóp, okryty czarnym suknem. Na szczycie piramidy, na czterech lwach, ustawiona została pusta trumna, a w połowie jej wysokości zawieszono wizerunek zmarłego. Obecni byli przedstawiciele najwyższych władz prowincji i miasta. Wszyscy żegnali obrońcę polskości, dobrodzieja miasta, fundatora publicznej biblioteki i wodociągów, niestrudzonego sługę nauki i sztuki, poznańskiego Medyceusza. Żona pisała o nim po śmierci: „…miał duszę gorącą i tkliwą, jedynie żył dla ojczyzny, z namiętnością ją kochał, każden jego krok miał za cel dobro publiczne; służył mu całą swą siłą fizyczną, moralną i majątkową”.
Na koniec jadę jeszcze do Rogalina. Nie po to, by odwiedzać pałac i spacerować po parku, ale by stanąć przed świątynią – pomnikiem bohaterów. DIVO MARCELINO, Boskiemu Marcelinowi, odczytuję napis na froncie budynku, który choć w bezpośrednim znaczeniu odnosi się do papieża-męczennika z czasów rzymskich, czci imię Marcelego Lubomirskiego, ukochanego kuzyna Edwarda, który w 1809 roku, w wieku zaledwie siedemnastu lat zginął w bitwie pod Sandomierzem. Czci też pośrednio innych bohaterów, których groby znalazły się w krypcie pod świątynią. Jest wśród nich tablica z napisem: „Serce Edwarda Hrabi Raczyńskiego. Boże bądź miłościw jemu”. Jest więc Edward, niezależnie od wyroków boskich, z innymi bohaterami w rogalińskiej walhalli, miejscu wiecznego przebywania poległych w chwale wojowników.