
Karol Szymanowski Król Roger
reż. Krzysztof Cicheński
Teatr Wielki w Poznaniu
premiera 24 kwietnia 2026 r.

OPEN MIKE
autorski podcast Mike’a Urbaniaka
o życiu kulturalnym Poznania
Posłuchaj!
Jaki ładny, homoerotyczny plakat.
– I nawiązujący oczywiście do Narcyza, tym razem przeglądającego się w mrocznej otchłani, z której biją promienie naszego finałowego słońca, ale też do wyobrażeń Pasterza, które snuł sam Karol Szymanowski, najpewniej na podstawie własnych pragnień. Nie ma co ukrywać, że inspiruje nas w Królu Rogerze sam kompozytor, jego życie, jego zmagania, jego tożsamość. Homoseksualizm staje się jednym z interesujących mnie tematów, jednak nie w takim sensie, w jakim było to pokazywane dotychczas, bo to wszystko już jest odkryte i chyba dla większości oczywiste.
A co nie jest oczywiste?
– Sposób represjonowania pragnienia homoseksualnego w sobie. Ten temat wydaje mi się bardzo aktualny, mimo postępu, który został w tej materii osiągnięty. Dla wielu osób to jest nadal osobisty dramat, łączący się z niedopasowaniem i osamotnieniem, wychodzącym nieraz znacznie poza samą kwestię orientacji. Myślę, że Szymanowski jest na to znakomitym przykładem. Mimo pozycji i kariery, czuł się niejednokrotnie inny, niechciany. Niejedna osoba może w tej opowieści znaleźć siebie, przez co staje się ona uniwersalna.
To przyglądanie się sobie pachnie psychoanalizą.
– Ważny jest dla nas ten zwrot ku sobie, który wprowadził Freud mniej więcej w czasach powstawania Króla Rogera właśnie. Zwrot nie tylko służący temu, żebyśmy poradzili sobie z własnymi problemami, ale też żebyśmy potrafili znaleźć akceptację dla siebie, swojej inności i… miłość.
Myślę, że jest to marzenie Szymanowskiego wpisane w Rogera, choć oczywiście nie wiemy tak do końca, co tytułowy bohater przeżywa w finale. To element spekulacji i interpretacji, bo pointa jest przecież zupełnie niefabularna.
Możliwości interpretacyjne Króla Rogera, również w kluczu biograficznym, wydają się nieograniczone. Danuta Gwizdalanka znakomitą biografię kompozytora zatytułowała Uwodziciel. Szymanowski ciągle uwodzi?
– Tak, a także zwodzi i wciąż w pewnym sensie wykorzystuje nas, jak osoby ze swojego otoczenia i to na różnych poziomach. Ciekawe jest to, że kiedy Szymanowski tworzy Króla Rogera, pisze też powieść na własny temat pod tytułem Efebos.
Powieść do dzisiaj otoczoną aurą tajemnicy, bo maszynopis spłonął w powstaniu warszawskim.
– Płonie w mieszkaniu Jarosława Iwaszkiewicza, autora libretta Króla Rogera. Iwaszkiewicz chciał Efebosa wydać, ale rodzina kompozytora się nie zgodziła. Sam Szymanowski też nie był chyba chętny, a Efebos mógłby nam dzisiaj sporo rozjaśnić. Bartosz Dąbrowski w książce Szymanowski. Muzyka jako autobiografia pokazuje, że właściwie wszystko, co napisał kompozytor było autobiograficzne. Stawia też tezę, że Efebos był powieścią emancypacyjną, podczas gdy Król Roger jest dziełem sublimacyjnym, w którym Szymanowski ukrywa różne rzeczy na swój temat, posługując się kodem i wprowadzając postać Pasterza, idealizowanego i będącego obiektem jego pragnień.
Relacja Rogera wobec Pasterza jest tak naprawdę masochistyczna, co staram się wydobyć w naszej inscenizacji.
Sublimacja i masochizm – znów nas ciągniesz na kozetkę.
– Chodzi przecież o to, żeby zajrzeć do wnętrza, ono nas fascynuje.
Nie boisz się tego?
– Boję się interpretacji na siłę, tego nie chciałbym robić. Zresztą Król Roger jest chyba na to odporny. W tej operze przenikające się, a nie wykluczające wątki dionizyjskie i apollińskie nie pozwalają na zamknięcie Rogera w hasztagach, na zaszufladkowanie go. On przecież nie dokonuje żadnego wyboru, co nas, zachęcanych nieustannie do opowiadania się a to po jednej, a to po drugiej stronie, musi uwierać. U Szymanowskiego nie ma zero-jedynkowej binarności, co jest nie do zniesienia dla współczesnych algorytmów. On się wymyka, tak jak outsider czy queer, w przestrzeń pełną niedookreśloności.

Krzysztof Cicheński | foto Michał Sita
W tym sensie finał Króla Rogera jest queerowy?
– Nie potrafię, a może nie chcę rozstrzygnąć tak do końca, co się tam dzieje. Chyba nikt nie potrafi i to jest fascynujące.
A dlaczego w ogóle wystawiasz tę operę?
– Jakieś dziesięć lat temu zacząłem sobie kolorowymi fiszkami zaznaczać w leksykonie Piotra Kamińskiego Tysiąc i jedna opera dzieła, które chciałbym wyreżyserować. Król Roger dostał kategorię czerwoną, czyli najbardziej hot.
Dlaczego?
– Bo wpisywał się w poetykę, w której zawsze dobrze się czułem – w filozoficzny namysł nad kulturą, nad człowiekiem, nad jego miejscem w świecie. Wszystkie te sublimacje Szymanowskiego, używane przez niego figury, kody kulturowe, obrazy, motywy ze sztuki czy filozofii są dla mnie bardzo pociągające. Taki sposób myślenia bardzo mi odpowiada. A w Królu Rogerze jest dodatkowo połączony z muzyką. Na nią zawsze silnie reagowałem w teatrze, zanim jeszcze wziąłem się za reżyserię oper.
Muzyczność, obecność muzyki, jej „nażywość”, to coś, co mnie ekscytuje. W Królu Rogerze wszystko to jest podniesione do entej potęgi.
Również za pomocą głosu.
– To też jest porywające, te emocje generowane przez ciało. I znów wracamy na kozetkę, do procesu psychoanalitycznego, podczas którego tłumaczymy przecież nasze ciało umysłowi – dlaczego mamy jakieś odruchy, nerwice albo skąd nasz smutek czy euforia. Wszystko to jest połączone z ciałem, słuchanie muzyki jest połączone z ciałem – durowa piosenka jest wesoła, a molowa jest smutna. Muzyka programuje nasze ciała. Króla Rogera można przeżyć przede wszystkim przez muzykę, i wtedy nie przeszkadza, że czasem gubimy się w libretcie i wpisanych w nie kodach osobistych i kulturowych autorów.
I to wszystko w zaledwie półtrorej godziny.
– Król Roger nie jest długi, ale bardzo gęsty. Mamy w nim niezwykłą wręcz ilość motywów podanych w wielkiej intensywności. Szymanowski, żeby opowiedzieć o sobie, wybrał złożone i kosztowne medium, jakim jest opera i zaprzągł do tego wielką orkiestrę. Tak wielką, że nie mieści się w operowym orkiestronie, co też jest trochę narcystyczne. W Królu Rogerze jest tak ogromne natężenie dźwięku, że nawet koncertowe wykonania potrafią wstrząsnąć niejedną osobą.
Dla niejednej to nie jest właściwie opera, tylko oratorium.
– Sam Szymanowski się nad tym chyba zastanawiał, to miało być misterium, ale ostatecznie poszedł w stronę opery, bo, nie ma co ukrywać, zależało mu na tym, by Króla Rogera wystawiano na operowych scenach. W tym świecie też chciał zaistnieć.
„Wstrząsnęło mię to” – pisał o inscenizacji własnego dzieła.
– Albo mówił: „Roger to ja!”. Wracamy do Narcyza z plakatu.
Tak się na nim skupiamy, że zgubiliśmy Roksanę.
– Ja jej nie gubię! Roksana idzie swoją drogą, choć Szymanowski i Iwaszkiewicz chcą, żeby śpiewała głównie gdzieś z oddali, najlepiej zza kulis, co jest być może echem ich mizoginii. U nas Roksana śpiewa na proscenium, jest pełnoprawną bohaterką, która ma nadzieję, że po konfrontacji z Pasterzem – z tym, co wyparte – Roger się jakoś zmieni, bo ona go nadal kocha.
Stąd postaci starej Roksany pchającej na wózku starego Rogera, bo tak ich widzę. Ją, jako kobietę, która z miłości pcha przez całe życie ten wózek trosk, wspierającą starego człowieka, z którym jest bardzo związana.

Krzysztof Cicheński | foto Michał Sita
Większość ludzi takich związków nie rozumie, a Jarosław Iwaszkiewicz, również homoseksualny, miał przecież żonę.
– I Szymanowski poważnie rozważał ślub (także z przyczyn ekonomicznych). Wspomniana przez ciebie Danuta Gwizdalanka opisuje, jak jedne takie swaty zniweczył Witkacy, przyjaciel kompozytora i zarazem homofob, który zdemaskował przed wybranką jego skrywaną homoseksualność.
Trzymamy się tu przykładów sprzed stu lat, a przecież dzisiaj i ty, i ja znamy homoseksualnych mężczyzn, którzy mają żony i wcale nie musi to być hipokryzja. Myślę, że w takich związkach też można iść pięknie przez życie. Znów, wbrew współczesnemu terrorowi jasnych deklaracji i metek.
A wracając do Roksany, ona wie, że Roger musi się skonfrontować z Pasterzem dla swojego dobra. Ona może na tym tylko skorzystać.
Nie bałeś się, że utoniesz w tych wszystkich wątkach?
– Tonąłem w notatkach, tabelkach, odniesieniach i cytatach, aż w końcu zaczął mi się z tego wyłaniać spójny świat, bo też bardzo mi zależy, żeby to, co dzieje się na scenie, było klarowne. Co ciekawe, w libretcie Króla Rogera sporo jest często pomijanych przez reżyserów, didaskaliów. Były dla mnie nieraz zaskakujące i inspirujące, warto je czytać.
Szymanowski dużo czytał.
– I widać to wyraźnie w Królu Rogerze. To nie jest przecież dzieło napisane w jakimś szalonym uniesieniu, tylko kształtowane przez wiele lat i naszpikowane rozmaitymi odniesieniami lekturowymi i doświadczeniami. Czytanie jest niezbędne do rozumienia, do budowania własnych interpretacji, choć w operze mamy przede wszystkim muzykę, którą mogą odbierać, o czym już mówiliśmy, nasze ciała. Mało tego, mogą ją odczuwać różnie, bo opera jest takim wspaniałym medium, które daje wielką wolność interpretacyjną.
Lubisz taką grzebaninę?
– Bardzo. Lubię wszystko rozmontować na czynniki pierwsze i budować nowe relacje, nowe napięcia, nowe znaczenia – między aktorami, śpiewakami, muzyką, obrazami, gestami, sensami.
Taka analityczna dekompozycja daje mi zawsze dużo satysfakcji i pozwala na budowanie tego, na czym mi najbardziej zależy.
Właśnie z takiego rozmontowania i budowy na nowo powstał mój Edrisi, kolejny bohater Króla Rogera, który jest w oryginale doradcą na jego dworze, ale też geografem, człowiekiem wskazującym kierunki. U nas jest Freudem. Wskazuje więc nie kierunki geograficzne, ale na kierunek w głąb siebie. W świat, w którym wielką rolę odgrywają nasze ukryte pragnienie i sny. A może jest tak, że właściwie wszyscy ten świat śnimy?