1 maja 2026
muzyka

Wschodnie serce

Moja muzyka to suma doświadczeń: dorastanie w Białorusi, studiowanie w Litwie, emigracja do Polski, gdzie odnalazłem się dzięki kulturze – Barys Kliuchnikau
REMIGIUSZ RÓŻAŃSKI
Barys Kliuchnikau | foto Michał Sita

POZGŁOS
autorski podcast Remigiusza Różańskiego
o życiu muzycznym Poznania
Posłuchaj!

W utworze Pines śpiewasz: „We’re the eastern hearts with the western fire”. Zdaje się, że to zdanie trafnie opisuje twoją działalność, w końcu tworzysz na styku wielu kultur. Pochodzisz z Mińska, mieszkasz w Poznaniu. Gatunki muzyczne, po które sięgasz, mają korzenie na Jamajce, ale rozkwitły w Wielkiej Brytanii.
– Ciekawe, że zacząłeś właśnie od tego utworu, bo też uważam go za jeden z najbardziej reprezentatywnych. Dobrze opisuje moje brzmienie, łączące Moby’ego i The Prodigy – z jednej strony jest klimatyczny synth pad, z drugiej agresywny breakbeat. W mojej twórczości odbija się całe moje doświadczenie życiowe. Fragment, który przytoczyłeś, oddaje jego wielokulturowy wymiar. Studiowałem na Litwie, po protestach w 2021 roku wyemigrowałem z Białorusi i zamieszkałem w Polsce, gdzie uczę angielskiego.

Fajnie, że wspomniałeś o jamajskich brzmieniach, ponieważ teraz mam fazę na kreolski, eksperymentowałem z nim w ostatnim singlu Run Boy. To wiąże się z moim ojcem, który uwielbia reggae. Jest typową postradziecką głową rodziny – pracuje w biurze, jest raczej emocjonalnie niedostępny, jednocześnie kocha tai chi, ceremonie herbaciane i właśnie reggae, które w Białorusi w ogóle nie jest popularne. Dzięki ojcu zacząłem go słuchać.

Barys Kliuchnikau | foto Michał Sita

Jakie były twoje muzyczne początki?
– Zanim powstał Domsun, tworzyłem muzę z kolegą, który jest typem pustelnika i jedną z najdziwniejszych osób, jakie spotkałem. Pochodził z rodziny muzyków, był bardzo utalentowany. Uświadomił mi, że wszystkiego można się samemu nauczyć. On sam ogarnął od podstaw mix i mastering, bo po prostu mu się to spodobało.

Chciałem jak najszybciej zacząć nagrywać, potrzebowaliśmy tylko odpowiedniego miejsca. Dlatego pomogłem mu zbudować studio nagraniowe na wsi, z podkradzionych z pobliskiej budowy pustaków.

To jedna z wielu niecodziennych historii, bo bywało też tak, że przyjeżdżałem, a na miejscu zamiast robić muzę, cięliśmy drewno na zimę. Mieliśmy totalnie różne charaktery i podejścia do twórczości. Z czasem nauczyłem się produkować, miksować i postanowiłem, że stworzę, coś własnego – tak powstał Domsun.

Co się kryje za tą nazwą?
– Na początku nie miałem bladego pojęcia, jak nazwać ten projekt. Wiedziałem, że to powinno być jedno krótkie słowo, takie, które łatwo zapamiętać, a miałem wrażenie, że wszystkie dobre nazwy są już zajęte. Pomyślałem więc o mieszance języków, skoro poruszam się na styku różnych kultur. Spisałem słowa, których brzmienie uwielbiam i w jakiś sposób ze mną rezonują. Na przykład mama, miłość, przyjaciele, nawet Bóg, bo mam słabość do muzyki gospel, bluesa i soulu, które często podejmują temat wiary. Zatrzymałem się na angielskim słońcudomu. To drugie uważam za jedno z najważniejszych słów, szczególnie, gdy jest się emigrantem.

Barys Kliuchnikau | foto Michał Sita

Jak wygląda twój proces twórczy?
– Z tekstami piosenek mam podobnie, jak z tą nazwą. Spisuję wyrazy, które przyjdą mi do głowy, nieraz zupełne głupoty. Nazywam to „językiem jogurtowym”. Na początku nic się nie klei, dlatego zaczynam mieszać słowa i szukać między nimi połączeń. Wtedy dopiero z tego wszystkiego zaczyna się wyłaniać sens.

Pojawiają się na przykład te „eastern hearts” i „western fire” – układam z nich zdanie, które niespodziewanie okazuje się być idealnym podsumowaniem mojego doświadczenia.

Czasami wykorzystuję sample wokalne, tak było w wypadku utworu Moan. Tekst „you can’t do nothing, you can’t say nothing, but moan” pochodzi z bluesowego kawałka, na który natrafiłem w bibliotece sampli. Nie do końca czułem jednak jego brzmienie, dlatego sam to zaśpiewałem.

Pamiętasz, jak tworzyłeś utwór Sophisticated?
– Oczywiście.

Śpiewasz w nim: „But the love ain’t a weapon against arms that callous / Bit by bit they rip apart us, feed on pain, it’s hard to focus”. Jakie uczucia ci wówczas towarzyszyły?
– Pierwsze single komponowałem i pisałem jeszcze w Białorusi. Sophisticated powstało niedługo po ogólnokrajowych protestach. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby zrozumieć obrazy, które opisuję. Sytuacja polityczna była napięta, a rana świeża. Obawiałem się represji, nie czułem się bezpiecznie i nie wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Te emocje znalazły ujście w Sophisticated.

To utwór tyleż osobisty, co polityczny. Czujesz powinność mówienia o sytuacji w Białorusi?
– Czułbym, gdybym był popularny. Gdy twój głos jest naprawdę słyszalny, spada na ciebie większa odpowiedzialność za słowa. To istotne, jak używasz swojej siły. Ja nie mam tylu odbiorców, by aż tak się tym martwić. Nigdy nie czułem, że mam obowiązek wypowiadania się na konkretny temat, nigdy też nie zastanawiałem się, czego się ode mnie oczekuje.

Po prostu dzielę się tym, co w danym momencie czuję. Szanuję artystów, którzy są politycznie zaangażowani, ale uważam, że to raczej wybór niż obowiązek.

Od niemal pięciu lat rozwijasz projekt muzyczny w Poznaniu. Czy twórcom i twórczyniom z diaspory trudno jest odnaleźć się w polskich realiach?
– Trudno, ale ogólnie niełatwo pracuje się w kulturze. Znajomości są ważne i wiele z nich tracisz wraz z wyjazdem – zaczynasz od nowa. Musisz nauczyć się języka, ale nawet po osiągnięciu pewnego poziomu bywa trudno. Ktoś może nie chcieć z tobą rozmawiać, bo zbyt wolno formułujesz myśli. Do tego nie rozumiesz jeszcze w pełni, jak funkcjonuje rynek, nie znasz wszystkich placówek i osób za nimi stojących.

nf26-stonewall-domsun-zuzasosnowska-7v7a3738-2560
Domsun/Barys Kliuchnikau | foto Zuza Sosnowska
nf26-stonewall-domsun-zuzasosnowska-7v7a3890-2560
Domsun/Barys Kliuchnikau | foto Zuza Sosnowska
img-2630-2-2560
Domsun/Barys Kliuchnikau podczas Next Fest Music Showcase w Lokum Stonewall | foto Liza Buldava
img-2540-2560(1)
Domsun/Barys Kliuchnikau podczas Next Fest Music Showcase w Lokum Stonewall | foto Liza Buldava

Gdy po raz pierwszy zaproszono mnie na festiwal, zapytano o wynagrodzenie i nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo w Białorusi jest tak źle, że jesteś gotowy grać za nic. Podałem śmiesznie małą kwotę. Dziś to wiem, ale wtedy bałem się przesadzić.

Rodzi się też pytanie, jak się pozycjonować? Postanowiłem pisać po angielsku, ponieważ wstydziłem się rodzimego języka – ten wstyd jest w naszej kulturze głęboki. W ten sposób łatwiej było mi zacząć, lecz jednocześnie trudniej dotrzeć do słuchaczy w Białorusi.

Z kolei gdy postawisz na eksport, zaczynasz konkurować ze światowym rynkiem, a osób śpiewających po angielsku jest mnóstwo, za wieloma stoją duże wytwórnie, co gwarantuje zaplecze produkcyjne i marketingowe.

Nawet tak drobne rzeczy jak akcent mogą działać na moją niekorzyść. Ktoś może wziąć moją twórczość za mniej wartościową, ktoś inny powie, że nie jestem sobą i naśladuję zagraniczne trendy. Najłatwiej po prostu działać na rodzimym rynku i tworzyć w rodzimym języku, tymczasem ja jestem z Białorusi, piszę po angielsku i koncertuję w Polsce. W rozkroku pomiędzy trzema kulturami.

Białoruska fala post-punkowa i zespoły, takie jak Mołczat Doma i Nürnberg, udowodniły jednak, że istnieje popyt na koloryt lokalny.
– Białoruski post-punk wydaje się autentyczny. Ma w sobie postradziecki urok i charakterystyczne brzmienie. Często mówię, że jest to muzyka filmowa, ponieważ potrafi nakreślić w głowie słuchacza konkretny obraz – ten smutny taniec. Choć trudno sobie to wyobrazić, Mołczat Doma jest popularna w Ameryce Południowej. Mam wrażenie, że dla tamtejszych odbiorców jest to po prostu kawałek zupełnie nieznanej kultury, co może budzić ciekawość. To, że śpiewają w swoim języku, jeszcze to podkręca.

Ja jestem trochę innym przypadkiem. Moja muzyka jest zewsząd i znikąd. Stanowi właśnie tę sumę doświadczeń, jaką jest dorastanie w Białorusi, studiowanie w Litwie, emigracja do Polski. To jest suma autentyczna, po prostu moja.

Barys Kliuchnikau | foto Michał Sita

Kto w takim razie jest modelowym odbiorcą twojej muzyki?
– Powiedziałbym, że imigranci, w dużej mierze białoruscy, w Polsce. Nie mamy niestety tutaj zbyt wielu własnych wydarzeń, więc łatwo sięgnąć sufitu. Diaspora jest dość mała. Wystąpiłem już na wszystkich naszych głównych imprezach, dalej mogę koncertować po Polsce lub szukać białoruskich diaspor w innych częściach Europy. Tak naprawdę dopiero niedawno zacząłem wychodzić do polskiego słuchacza.

Mam za sobą kilka koncertów w Poznaniu, wystąpiłem ostatnio na Next Feście. Na scenie gram z przyjacielem. Wydaje mi się, że robimy dobrą robotę, więc mam nadzieję, że przyniesie nam to nowych fanów.

Występowałeś między innymi na imprezach z cyklu Belarus Outside Sound System, których celem była integracja diaspory i wymiana kulturowa. Czy wierzysz, że sztuka może być pomostem między ludźmi z różnych środowisk?
– Mam nadzieję, że wszyscy w to wierzą. Sztuka ma moc, jest uniwersalnym językiem. To banalny przykład, lecz idąc na wernisaż, spotykasz różnych ludzi. Będą tam Polacy, będą Białorusini. Tego typu wydarzenia są pretekstem do przecięcia się, spotkania.

Czuję się dobrze w Polsce, mogę powiedzieć, że się zintegrowałem. Działam w kulturze i myślę, że to właśnie dzięki niej się odnalazłem. Tak poznałem przyjaciół. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie w Polsce, gdyby nie sztuka.

A potrafisz wyobrazić sobie swoją przyszłość?
– Muza to magia, dlatego cieszę się, że po prostu mogę ją tworzyć. Nie mam zasobów na wielkie tournée. Jestem zadowolony, gdy raz na kilka miesięcy gramy koncert. Zajmuję się też sound designem, przyjmuję zlecenia, robię to z pasji. Nie pracuję w muzyce full-time, inwestuję w nią tyle sił i zasobów, ile akurat mam.

Fajnie, gdy zdarzają się niespodzianki – niedawno na przykład Moan wykorzystano w reklamie Adidasa. Staram się więc cieszyć tym, co mam i skupiać na tworzeniu. Nieustannie wierzę, że dzięki sztuce życie staje się bogatsze.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!