Zające i króliki

Powstanie wielkopolskie zakończyło się sukcesem. Niemców przegoniono, a polski status regionu został przypieczętowany traktatem wersalskim. Nie był to jednak koniec historii.
MAGDALENA GENOW
Bogumiła Czekała | foto Michał Sita

HERSTORIE POZNANIA
autorski podcast Pauliny Kirschke
Posłuchaj!

Mój ojciec został żywcem spalony w Łodzi, w Radogoszczy. Ostatnio dostałam z IPN gryps, który pisał z obozu. Ojciec był powstańcem wielkopolskim i AK-owcem. Dlatego zginął – pani Bogumiła Czekała za każdym razem, kiedy wspomina tatę, płacze. Kiedy zmarł, była małą dziewczynką.

Zabór pruski zakończony powstaniem wielkopolskim i późniejsza nazistowska okupacja omawiane są na lekcjach historii w dużym odstępie. Wydawałoby się, że to dwa różne bloki tematyczne, a nie ciąg przyczynowo–skutkowy. Lekcje na temat zaborów przerabia się w kontekście wszystkich trzech państw, które podzieliły Rzeczpospolitą. Tymczasem Niemcy, atakując Polskę w 1939 roku, mieli ze sobą Specjalną księgę Polaków ściganych listem gończym, w której znajdowały się między innymi nazwiska powstańców wielkopolskich. Sonderfahndungsbuch Polen została opublikowana w lipcu, chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej.

Tylko między wrześniem 1939 a styczniem 1940 roku zamordowano ponad dziesięć tysięcy Polaków – wśród nich powstańców wielkopolskich i śląskich.

Niemcy posługiwali się listą, ale też wskazaniami niemieckich sąsiadów. Tak było w przypadku egzekucji Adama Szczepańskiego i Franciszka Świerkowskiego z Mielżyna pod Gnieznem. Powstańcy byli wyłapywani nie tylko w Wielkopolsce. W Gdańsku zatrzymano podporucznika Józefa Kostro i stracono go w Auschwitz. Wina? Kostro dowodził oddziałem powstańczym w bitwie pod Rynarzewem, gdzie zdobył niemiecki pociąg pancerny.

Ignacy Misiek | foto archiwum rodzinne

Pani Bogumiła Czekała, rocznik 1937, właśnie skończyła pisać kronikę rodzinną. Odwiedzam ją w mieszkaniu na osiedlu Kosmonautów. Pokazuje mi zdjęcia i pamiątki po przodkach. Część trafi do powstającego nowego Muzeum Powstania Wielkopolskiego. Pani Bogumiła opowieść rozpoczyna od zaborów. Jej dziadek, Walenty Grzegorowski, był „radcą obuwia” – prowadził sklep obuwniczy i świadczył usługi szewskie przy ulicy Podgórnej w Poznaniu. – Uczył córki Pod naszą obronę przed Niemcami. Mówił: pamiętajcie, trzeba znać polski hymn, to jest nasza obrona. Pewnego dnia do przymiarki oficerków przyszedł Niemiec, jeden z budowniczych poznańskiego zamku – wspomina wnuczka. Chwilę później do sklepu wpadły córki – mama pani Bogumiły, która miała wtedy osiem lat i jej o dwa lata młodsza siostra. Kiedy zobaczyły Niemca zaczęły śpiewać. – Dziadek struchlał. Pomyślał, że już jest z nim koniec – moja rozmówczyni ścisza głos, jakby gdzieś w mieszkaniu czaił się Niemiec. Dowiaduję się, że „radca obuwia” wstał, aby uciszyć córki, ale Niemiec zawołał do niego: „halt, halt!” i kazał śpiewać dalej. – Kiedy dziewczynki skończyły, podszedł do dziadka, poklepał go po ramieniu i powiedział, że z takimi dziećmi wasza Polska nie zginie – kończy z uśmiechem. Zaraz jednak na jej twarzy pojawiają się łzy.

Ignacy Misiek całe życie umykał Niemcom. Przed pierwszą wojną światową udał się w odwiedziny do siostry, która pracowała na robotach w Siemensie. Miał wtedy siedemnaście lat.

Niemcy go przyłapali, wciągnęli do wojska i wysłali na front francuski. Po roku walk poprosił dowództwo armii o przepustkę, bo chciał odwiedzić rodzinę w Polsce. Odwiedził, ale oczywiście już nie wrócił – pani Bogumiła dozuje napięcie. Jest świetną gawędziarką. To nie przypadek, że jej wnuk, Filip Czekała, napisał kilka książek o Poznaniu. Spod jego pióra wyszły między innymi Pewuka: cud nad Wartą czy Miasto nie do Poznania. Również dziadek pani Bogumiły, Walenty Grzegorowski, miał na koncie twórczość literacką. Wiersz Zające i króliki, napisany w 1904 roku, dobrze oddaje życiorys jego zięcia, Ignacego Miśka:

O zajęcze plemię, co wy od nas chcecie,
Ze swoją dzikością króliki gnieciecie,
Przecież my są w domu, a wy dzicy, polni.
My wam odwdzięczymy, gdy będziemy wolni.

Ignacy Misiek po powrocie z frontu prosi o przyjęcie do wojska w Jarocinie. Przed chwilą walczył z Niemcami, teraz walczy przeciwko nim w powstaniu wielkopolskim. Zostaje w wojsku na stałe jako dyrygent orkiestry. Jego 70. pułk piechoty zostaje przeniesiony z Jarocina do Pleszewa. To stamtąd jego żona z dziećmi będą uciekać 9 września 1939 roku. – Ojciec oczywiście poszedł walczyć, a nas, rodziny wojskowe, wpakowali w pociąg i wywieźli pod wschodnią granicę, jak najdalej od Niemiec. Miałam dwa latka. Mama jechała z piątką dzieci. Pod Lwowem było umówione, że odbiorą nas zamożne rodziny z tych Lanckorońskich – wspomina pani Bogumiła. Do pociągu wsiadło blisko trzysta osób. Kierują się na Warszawę, a stamtąd na południe. – Jechaliśmy dziewięć dni pociągiem towarowym. Trafialiśmy na zniszczone drogi, mosty i tory kolejowe. Nie raz staliśmy w polu, by przeczekać nalot i znów ruszyć.

Bogumiła Czekała | foto Michał Sita

Wysiadają na stacji w Komarnie pod Lwowem. Czekają na dalszy transport. To mała mieścina, dookoła pola kukurydzy. Na niebie pojawiają się niemieckie samoloty, rozpoczyna się nalot dywanowy. Moja rozmówczyni opowiada, jak uciekali przed bombowcami w kukurydzę. – W pierwszym nalocie zginął mój brat. Zmarł w ubranku od komunii, bo jak nas wywozili, mama uzbierała wszystkie najdroższe rzeczy. A ja noszę w prawym oku mały odłamek z tej bomby. Jest w rogówce i tego nie można operować, bo by się rozlała. Widzę dziesięć procent na to oko. Chodzę do dziś z tą pamiątką z wojny. Wpatruję się w to oko jakby było portalem do nieistniejącej już stacji kolejowej w Komarnie, gdzie zginał brat pani Bogumiły, a razem z nim ponad stu pleszewian.

Miejscowi Polacy pochowali poległych w zbiorowym grobie, rodziny zmarłych co roku odwiedzały miejsce kaźni. Drugi z braci pani Bogumiły, Ludwik Misiek, po latach zebrał fundusze na postawienie tam pamiątkowej tablicy.

Rodzina Miśków osiada we Lwowie. Wyprzedają rodowe pamiątki, biżuterię, karakułowy płaszczyk – wszystko za chleb. Najstarszy z rodzeństwa, Ludwik Misiek, gra na akordeonie na ulicach, by zarobić na rodzinę. Wracają do Wielkopolski wiosną 1941.

W tym czasie Ignacy Misiek walczy z Niemcami w Kampinosie, gdzie dostaje się do niewoli. Po raz kolejny ucieka Niemcom. Przemieszcza się nocami, w ciągu dnia się ukrywa. Wraca do Pleszewa, gdzie zastaje zdewastowane mieszkanie. Sąsiedzi poinformowali go, że bliscy przenieśli się do jego rodzinnej Topoli koło Ostrowa Wielkopolskiego. – Ojciec wrócił w 1941 roku i znalazł nas w tej Topoli. Po roku urodziły się bliźnięta. Śmiałam się, że ojciec wyrównał rachunek strat, jeszcze nawet z nadwyżką.

Ignacy Misiek zatrudnia się jako dezynfekator w mleczarni w Raszkowie koło Ostrowa, aby utrzymać liczną rodzinę. Przynosi masło, nie cierpią głodu. Misiek jednak znów angażuje się w konspiracyjną działalność AK. – Jak ojca aresztowali w listopadzie 1944, była nas z powrotem tylko piątka. Jedna z bliźniąt zmarła – opowiada pani Bogumiła.

Zostaje osadzony w Męskim Rozszerzonym Więzieniu Policyjnym w Radogoszczy, które powstało na miejscu fabryki włókienniczej Samuela Abbego. Jesienią 1944 jest już wiadome, że Niemcy nie wygrają wojny, a nadzieja na to, że Misiek znów umknie Niemcom jest ogromna. W styczniu 1945 na przedpolach Łodzi pojawiają się wojska radzieckie. Niemcy są gotowi do ucieczki, ale jej elementem jest plan wymordowania wszystkich więźniów.

Rzeź rozpoczęła się po północy 18 stycznia 1945 roku. Najpierw zabito więźniów z parteru. Użyto bagnetów i broni palnej. Później nakazano więźniom z trzeciego piętra zbiegać na dół, gdzie ustawiono karabin maszynowy.

Część z nich zawróciła stawiając opór, wobec czego więzienie postanowiono spalić. Choć placówka w Radogoszczy znajdowała się w Kraju Warty, działano w oparciu o rozkaz Wilhelma Koppa, wydany w Generalnym Gubernatorstwie, który zakładał ewakuację lub wymordowanie więźniów tam, gdzie zbliżała się armia rosyjska. Uratowało się około trzydziestu mężczyzn. Jak? Część z nich wskoczyła do wielkich zbiorników na wodę. Nie było wśród nich Ignacego Miśka.

Mauzoleum Radogoszcz, Miejsce Pamięci Narodowej w Łodzi | foto Mietek Ł / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska podczas wizyty na budowie Muzeum Powstania Wielkopolskiego omyłkowo nazwała powstanie wielkopolskie warszawskim.

Na tym samym spotkaniu padła deklaracja wsparcia ministerstwa w popularyzowaniu wielkopolskiego zrywu. Kilka lat wcześniej, w 2021 ustanowiono święto państwowe – Narodowy Dzień Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, choć data nie jest łatwa w promocji z racji okresu bożonarodzeniowego, kiedy większość zajęta jest, jak wiadomo, czymś innym. Nie pomaga też to, że powstań wielkopolskich było tak naprawdę kilka. Tak nazywa się zryw z 1848 roku, ale i wydarzenia poznańskiego Czerwca 1956 roku. Pole do edukacji jest więc duże. Tym bardziej, że niektórzy Polacy, poza Wielkopolską, czasem nie rozumieją nawet zasadności powstania wielkopolskiego. Po co je organizowano już po odzyskaniu niepodległości? „W tym czasie zabór pruski miał do wyboru albo czekać biernie na decyzje konferencji pokojowej i przyjąć je z dobrodziejstwem inwentarza, albo przeprowadzić powstanie zbrojne, demonstrację, która powinna owe decyzje ukierunkować w stronę pożądaną dla polskiej ludności” – pisze Marek Rezler, historyk i znawca dziejów powstania wielkopolskiego.

Niemcy nie spieszyli się bowiem z wyprowadzką z Wielkopolski. Ba! Po wygłoszeniu przemówienia przez Ignacego Paderewskiego do Polaków zgromadzonych przed hotelem Bazar, urządzili następnego dnia kontrdemonstrację. Niemiecka parada wojskowa, w trakcie której zrywano polskie flagi, przeszła 27 grudnia ulicą Święty Marcin. Napięcie wisiało w powietrzu, więc zamieszki przerodziły się w regularne walki, a te w powstanie.

Można powiedzieć, że Wielkopolanie przygotowywali się do niego ponad sto lat. Opowiada o tym serial Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy w reżyserii Jerzego Sztwiertni, którego akcja rozpoczyna się w momencie powrotu żołnierzy z wojen napoleońskich. Śledzimy losy Dezyderego Chłapowskiego, który jako uczestnik powstania listopadowego i Wiosny Ludów 1848 widział, jak bardzo te zrywy pogorszyły sytuację ludności polskiej. Szukano więc innej drogi i ją znaleziono.

Była nią praca organiczna – tworzenie polskich struktur w zaborze pruskim, podtrzymywanie patriotycznych postaw i wyczekiwanie okazji, kiedy okupant będzie na tyle osłabiony, że powstanie będzie miało szansę zakończyć się sukcesem.

Podkreślanie sukcesu powstania, sprawia jednak, że część osób nie zdaje sobie sprawy, co spotkało powstańców w czasie drugiej wojny światowej. Masowe egzekucje w wielkopolskich miasteczkach, a później w Forcie VII na poznańskiej Woli to część historii tego zwycięskiego powstania.

Odwiedzam Oddział „Radogoszcz” Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi. W latach 1940–1945 przez Rozszerzone Więzienie Policyjne przeszło od trzydziestu do pięćdziesięciu tysięcy więźniów. Byli stąd wywożeni do obozów koncentracyjnych i innych więzień. Część czekała na procesy w łódzkich sądach. Czytam o apelach, które odbywały się kilkukrotnie w ciągu dnia: „Po rozkazie wydanym przez wachmanów mężczyźni opuszczali swoje cele i zbiegali dwójkami po schodach. Na każdym półpiętrze klatki schodowej stali strażnicy z pejczami i pałkami, którzy bili zbiegających więźniów”. Katalog kar obejmował też bicie z zanurzeniem w beczce, a jadłospis obierki od ziemniaków i „kawę” z palonego owsa. Więźniowie spali z pluskwami na gołych deskach. Ścisk na pryczach powodował, że jeżeli więźniowie chcieli zmienić pozycję podczas snu, musieli przewracać się jednocześnie. Oglądam film, który został nagrany na zgliszczach więzienia. Na miejsce zbrodni przybyły tłumy mieszkańców Łodzi.

Bogumiła Czekała | foto Michał Sita

Znajduje kartotekę Ignacego Miśka. Czytam jego oficjalny biogram. Pseudonimy: „Misiura”, „Czesław” i „Gustaw”. Rodzice: Wojciech i Józefa z domu Jędraszczyk.

W 1917 powołany do armii niemieckiej na front francuski, z którego zdezerterował do powstania wielkopolskiego. Został przyjęty do 12. Pułku Strzelców Wielkopolskich. Walczył w wojnie polsko–bolszewickiej. W 1939 roku kierował ewakuacją rezerw 70. pułku piechoty. Brał udział w walkach w Puszczy Kampinoskiej. Usiłując przebić się do Warszawy, został ranny i trafił do niewoli. Zbiegł z transportu jenieckiego. Nawiązał kontakt z ocalałymi podoficerami z 70. pułku piechoty oraz uczestniczył w organizowaniu Tajnej Organizacji Wojskowej. Należał do Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, działając w Kępnie i Pleszewie. 6.11.1944 został aresztowany przez Gestapo. Został odznaczony m.in. Krzyżem Walecznych.

Józef Piłsudski miał się ponoć obrazić na Wielkopolan, bo według niego nie zaangażowali się w wojnę polsko–bolszewicką. Biogram Ignacego Miśka temu przeczy, podobnie jak historia Adama Białoszyńskiego, którego historia upamiętniona jest na jednej z kamienic przy ulicy Wrocławskiej w Poznaniu. To tam Białoszyński założył „Oddział Marynarzy Powstańców dla walk o zjednoczenie ziem Polskich”. Marynarze walczyli później w bitwie warszawskiej, w trzecim powstaniu śląskim i w czasie drugiej wojny światowej.

Pani Bogumiła odprowadza mnie, opowiadając, że przeszła w życiu siedemnaście operacji. Przetrwać pomagała jej pamięć o ojcu i jego odwadze.

Ma świetną kondycję, bo mieszka na ostatnim piętrze bloku bez windy. Wchodzenie po schodach to jej codzienne ćwiczenia. Na dowód znakomitej formy kładzie ręce na biodrach i zaczyna tańczyć, wysoko podnosząc kolana. Stoję kilka stopni niżej, już się kilka razy pożegnałyśmy. Patrzę na nią na scenie ostatniego piętra bloku na osiedlu Kosmonautów i nie mogę uwierzyć, że urodziła się w 1937 roku.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!