Zdrowaśka za złotnika

Dariusz Cholewa w swoim jeżyckim zakładzie ratuje nie tylko „złotkości”, jak nazywa biżuterię, ale też historie, bo złoto przyciąga opowieści.
MAGDALENA GENOW
Dariusz Cholewa | foto Michał Sita

– Czy to w ogóle jest złoto? – Wezmę tylko lupkę i zobaczymy. Będę musiał to przemyć. Na minutkę mi pani zostawi. Przysłuchuję się rozmowie jeżyckiego złotnika Dariusza Cholewy z klientką, która przyszła naprawić kolczyki. Kiedy jubiler sprawdza na zapleczu szlachetność kruszcu za pomocą kwasów, zadaję pani Emanueli kilka pytań. Okazuje się, że biżuteria poddawana próbie kryje wzruszającą historię. – Dostałam te kolczyki na osiemnastkę od mamy mojej przyjaciółki z przedszkola, która jest dla mnie taką trochę przybraną mamą, pomagającą w wielu sprawach – opowiada pani Emanuela. Zerkam na grube złote koło, obok leży jeszcze para mniejszych kolczyków. – Te są od mojej córeczki. Kiedy miała cztery latka, kupiła je na Dzień Matki za uzbierane pieniążki – słyszę, przekonując się, że u Cholewy to standard – złoto i opowieści się ze sobą łączą. Tymczasem jubiler wraca z zaplecza: – Przepraszam panią, te kolczyki są jednak metalowe, pozłacane. Jedynym sposobem, żeby je uratować, jest zrobienie nowego uszka ze srebra, a potem bym je pozłocił.

Dariusz Cholewa ratuje nie tylko „złotkości”, jak nazywa biżuterię, ale też historie, bo złoto przyciąga opowieści. Surowiec na kolczyki czy obrączki często pochodzi z biżuterii po babci, nie tylko dlatego, że tak jest taniej. Ważna jest też wartość sentymentalna – złoto to kruszec międzygeneracyjny. Tymczasem zerkam na rozsypane na stole pancerzyki. Okazuje się, że to prototypy figurek wioślarzy. Będą z nich srebrne naszyjniki, krawatówki, mankietówki i bransoletki, do kupienia w trakcie zawodów wioślarskich.

Na ścianie widzę portret mistrza, podpisany „Złotniko”. Jego autorem jest zmarły w tym roku malarz, Kazimierz Burzyński, z którym Cholewa się przyjaźnił.

– Pieniądz to nie wszystko. Czasem mówię do klienta, żeby poczekał. Pstryk i jest zrobione, bo co będę zostawiał, jak to jest sekunda roboty. Słyszę wtedy: Ile płacę? Mówię: dziesięć groszy. Wtedy klienci się dziwią, a ja tłumaczę, że gdybym nie miał dziesięciu groszy z ceny bułki, nie mógłbym jej kupić – śmieje się i dodaje, że czasem prosi o „zdrowaśkę” za złotnika. Takie podejście wyrobiła w Dariuszu Cholewie babcia, która mawiała: „małą łyżeczką, a częściej”.

Pan Dariusz nie ma nic przeciwko, żeby nazywać go jubilerem. Złotnik, co do zasady, zajmuje się wytwarzaniem ozdób z wykorzystaniem metali szlachetnych, a jubiler tworzy biżuterię przy użyciu kamieni szlachetnych. Można powiedzieć, że jubilerzy byli złotnikami, którzy wyspecjalizowali się w oprawie kamieni. Współcześnie ta różnica uległa zatarciu i mianem złotnika określa się rzemieślnika, a jubilera osobę, która sprzedaje wyroby złotnicze lub ewentualnie je naprawia. Pan Dariusz łączy wszystkie te funkcje.

Dariusz Cholewa z Magdaleną Genow, autorką tekstu | foto Michał Sita

Zawodu uczył się w Środzie Wielkopolskiej, później pracował u Zdzisława Furmaniaka na ulicy Świętego Czesława w Poznaniu. Praktykę wspomina bardzo dobrze, mistrz popychał go do przodu. – Pewnego dnia powiedział: tyle umiesz, że możesz iść składać egzamin mistrzowski. Miałem dwadzieścia pięć lat. W tym samym roku otworzyłem własną firmę, też za namową szefa – wspomina. Choć w PRL–u prywaciarze musieli liczyć się z nieustającymi kontrolami, wielu złotnikom żyło się lepiej. Zbyt zapewniała spółdzielnia, która dostarczała również surowiec. W latach 80. w Poznaniu działało aż stu czterdziestu złotników! W czasie transformacji ustrojowej, wielu zakończyło działalność. Dariusz Cholewa wspomina, że w tamtym czasie jeździł po hurtowniach srebra z towarem i mocno poszedł w usługi. W szczytowym momencie zatrudniał dwanaście osób. Teraz, już na emeryturze, działa sam.

Mistrz od początku, czyli od 1983 roku, prowadzi działalność w lokalu przy ulicy Krasińskiego 4. Wyremontować pomieszczenia pomógł mu ojciec, bo wcześniej była to ruina, ale na nic lepszego nie było go stać.

Urokliwa uliczka wydaje się idealną lokalizacją dla pracowni, w którym, mam takie podejrzenie, zatrzymał się czas. Piwniczną ciemność rozświetla świeca w kącie pracowni. Pan Dariusz kilka razy przepraszał mnie za bałagan. Ale w miejscu, gdzie jednocześnie trzeba lutować, piłować czy szlifować, ciężko o sterylność i połysk, które kojarzymy z eleganckich salonów jubilerskich.

W pracowni Dariusza Cholewy centralne miejsce zajmuje stół z rozpiętym pod blatem skórzanym fartuchem, do którego wpadają opiłki. Do tego jest klocek złotniczy, na którym opiera się biżuterię w trakcie obróbki, naręcza cążków różnych kształtów, pilniki, szczypce, dłuta, iglaki, pręty, a nawet strzykawka dentystyczna. Do obróbki termicznej służy palnik, piec i naczynia do topienia metali. Pan Dariusz uruchamia piec.

Pracownia Dariusza Cholewy | foto Michał Sita

Warsztat to miejsce, gdzie pierwiastki poddają się woli złotnika, choć nie wszystkie. Kolejna klientka, która wchodzi do zakładu, chciałaby zmienić rozmiar wolframowego pierścionka, ale wolfram nie jest plastyczny – to jeden z najtwardszych metali na świecie, więc próby jego odkształcenia kończą się pęknięciem. Tu nawet Cholewa nie pomoże. Podobnie jest z modną stalą chirurgiczną – nowożeńcy, którzy wybierają ją do ślubu, muszą się liczyć z tym, że nie będą mogli jej powiększyć, gdyby zmienił się rozmiar palca. Na złote obrączki serwis u Cholewy jest dożywotni.

– Dwa lata temu przyszła we czwartek para, mówiąc, że poszli do sklepu, ale trzeba było długo na obrączki czekać, a oni mają ślub w sobotę. Zrobiłem im te obrączki i zawiozłem do kościoła, bo nie mieli nawet czasu po nie przyjechać. Udało się! – śmieje się pan Dariusz, a ja wyobrażam go sobie jako bohatera komedii romantycznej.

Młode pary zwykle grawerują na obrączkach datę ślubu, swoje imiona albo teksty w stylu: „zawsze ty” czy „jesteś moim domem”. Są też tacy, którzy stawiają na cytat z Biblii „miłość cierpliwa jest”.

Jest jednak grupa nowożeńców, która życzy sobie… sprośne teksty. Pan Dariusz długo nie chce mi zdradzić jakie. W końcu, po moim zapewnieniu, że jestem mężatką, przyciszonym głosem wyjawia tajemnice, których nie mogę powtórzyć, pokazując zaraz potem kolekcję złotych kaprysów klientów, jak zdjęcie pierścionka zamówionego przez pewnego ślusarza. Pierścionka ze śrubą, którą można mocować węże hydrauliczne! Inny oryginał to wisiorek, który miał przypominać kły słonia. – To miał być talizman – wyjaśnia pan Dariusz, kierując następnie moją uwagę na oszałamiającą monstrancję.

Dariusz Cholewa | foto Michał Sita

– Nigdy nie nosiłem łańcuszków, ale klienci ciągle mnie do tego zachęcali. W końcu postanowiłem, że zrobię sobie coś, co będzie mnie reprezentowało – mówi pan Dariusz, wyciągając spod koszulki łańcuszek z gwiazdką, która jest wyrazem jego zainteresowań astrologią. Pewien jeżycki astrolog zaproponował mu gwiazdę w kółku z przecięciem, która ma dopuszczać do człowieka tylko dobro. Na razie, odpukać, ciągle działa.

Jest też u pana Dariusza kolekcja cacek ocalonych, czyli takich, które miały iść na przetopienie, ale jubiler zdołał je odkupić. Takim cackiem jest na przykład puzderko z epoki wiktoriańskiej.

Na froncie widać ręcznie malowany portret damy w masce weneckiej, której oczy są wysadzane diamencikami. W takim puzderku chowano zdjęcie ukochanej osoby, kosmyk włosów lub pamiątkową notatkę. Otwieram je ostrożnie, bo zdaję sobie sprawę, że trzymam w rękach skarb. Pan Dariusz tymczasem opowiada mi już o znajomych, którzy przynieśli stary szwajcarski zegarek i chcieli go przetopić na kolczyki. – Powiedziałem, że odkupię mechanizm, bo ja tego zegarka nie stopię. Nie wolno stopić czegoś takiego.

Dariusz Cholewa | foto Michał Sita

Syn Dariusza Cholewy również został złotnikiem, ale pracuje w dużej firmie, która specjalizuje się w pierścionkach zaręczynowych. Takie specjalizacje to znak czasów. A mistrz, przeciwnie, potrafi zrobić i naprawić wszystko, co jest coraz rzadsze. Obecnie na egzaminach czeladniczych i mistrzowskich w Wielkopolskiej Izbie Rzemieślniczej stawia się zaledwie kilkoro kandydatów, a sam zawód złotnika-jubilera zaliczany jest przez Związek Rzemiosła Polskiego do tak zwanych rzemiosł unikatowych.

Aby zdobyć tytuł czeladnika należy mieć udokumentowaną trzyletnią praktykę, a kolejne dwa lata umożliwiają podejście do egzaminu mistrzowskiego.

Pan Dariusz zauważa, że niestety coraz częściej gotową biżuterię sprowadza się z Turcji, Włoch czy Azji, że dominuje sprzedaż internetowa. Kiedyś w pracowni złotniczej największy ruch był przed świętami Bożego Narodzenia, dzisiaj klienci szukają prezentów w centrach handlowych i internecie. Takie miejsca, jak warsztat mistrza Cholewy, są ostatnimi na mapie miasta, a tworzone tam „złotkości” mają wartość wykraczającą daleko poza cenę kruszcu i robocizny. Takie miejsca to niepowtarzalna opowieść, klimat, tradycja, alchemia. I niezwykli ludzie, tacy, jak Dariusz Cholewa.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!