
OFF Opera | Poznań
12. Festiwal Sztuk Społecznych
19-26 września 2026 r.

POZGŁOS
autorski podcast Remigiusza Różańskiego
o życiu muzycznym Poznania
Czy po kilku latach na scenie rapowej zadajesz sobie pytanie: w co ja się wpakowałem?
– Regularnie miewam momenty zwątpienia i zastanawiam się, gdzie bym był, gdybym poświęcił czas na coś innego. Staram się jednak tym nie zadręczać, bo roztrząsanie przeszłości i snucie alternatywnych scenariuszy niczemu nie służy. Widząc tłumy na koncertach i otrzymując wiadomości, że moja muzyka rusza ludzi, pytanie z refrenu W co ja się wjebałem nabiera pozytywnego wydźwięku. Na co dzień czuję się zwykłym gościem, a potem nagle dociera do mnie, że to, co robię, wiele dla kogoś znaczy.
Podczas OFF Opery poprowadzisz warsztaty z pisania piosenek. Jak tworzysz własne?
– Sposób, w jaki piszę, mocno się zmienił. Zazwyczaj siedzę sam w studiu, bo jestem własnym realizatorem i mam przed sobą notatnik, w którym notuję kminy. Posiłkuję się notatkami w telefonie, w których na co dzień zapisuję wersy albo rymujące się słowa. Często to wystarczy za punkt wyjścia dla piosenki. Obecnie większość moich utworów powstaje freestyle’owo.
Słucham bitu, wymyślam flow, czyli sposób, w jaki mam nawinąć, sięgam po zapisane słowa i na bieżąco, wers po wersie nagrywam, tworząc historię.
Freestyle często kojarzy się z braggą, klasycznymi rapowymi przechwałkami, tymczasem twoje utwory, jak Piosenka o końcu świata, bywają intymne, melancholijne.
– Zaletą bardziej freestyle’owego nagrywania jest to, że dzięki niemu łatwiej przeplatać mi fragmenty przekminione, na przykład opisy trudnych przeżyć i emocji z rzuconymi luźno błahostkami. Myślę, że to korzystne, ponieważ rozluźnia numer, który mógłby stać się przytłaczającym storytellingiem.
Gdy skupiam się przesadnie na tekście, mam wrażenie, że wcielam się w rolę pisarza. Efekt jest taki, że to, co nagrałem, okazuje się ciężkie, trudne i przeładowane treścią. Nie lubię takiej muzyki.
Cenię za to utwory będące wypadkową różnych uczuć i konwencji, a to łatwiej mi uzyskać we freestyle’u. Po tylu latach pisanie przychodzi mi z łatwością, dlatego wolę tworzyć, gdy jestem w żywiole – sprawdzać na bieżąco, jak numer brzmi, zamiast notować na sucho i czekać kilka dni, aż wpadnę do studia, bo wtedy już będę miał zupełnie inne pomysły.
Czego słuchasz?
– Jestem słuchaczem mocno spaczonym przez to, że sam tworzę. Zawsze interesowałem się polskim rapem, jednak im dłużej jestem na scenie, tym mniej nowych rzeczy mnie jara. Mam wrażenie, że wszystko już było.
Zwracam szczególną uwagę na teksty. Często słysząc jakiś wers, zapala mi się w głowie lampka ostrzegawcza, że skądś go znam. Nie oskarżam nikogo o plagiat, po prostu nachodzi mnie kmina, że nastoletni raper, który wychował się na tej muzyce, podświadomie będzie nawijał to, co kiedyś usłyszał. Wtedy tracę przyjemność ze słuchania.
Dlatego lubię kawałki, w których nie ma wielu słów. Sięgam na przykład do muzyki filmowej i elektronicznej, wsłuchuję się w melodię i sam dopowiadam historię, co mnie angażuje twórczo.
W odcinku castingowym programu Rhytm + Flow mówiłeś, że ludzie są nastawieni na liczby, dlatego tworzą muzykę odbitą od kalki. Czy współczesny rap może nieść ożywczy powiew?
– Najgorsze są próby podpinania się pod trendy. Brzmienia szybko się zmieniają, dlatego uniwersalności należy szukać w tekstach. Cenię rap, w którym ważne są autorskie przemyślenia i unikatowy punkt widzenia. Dlatego sądzę, że powinno się szukać własnego sposobu mówienia o sprawach, które może już ktoś kiedyś poruszył, ale innym językiem.
Wypracowanie własnej stylistyki jest naprawdę ważne. Świetnym przykładem jest Guzior, którego utwory są narkotyczne, oniryczne, jakby zawieszone w alternatywnej rzeczywistości albo Per Dżinn, który choć tworzy rap raczej komediowy i przybiera formę performansu, czuję, że nie zostało mu to narzucone, tylko wychodzi od niego. Kiedy słucham nieśmiałego chłopaka, który nawija, że boi się podbić do laski, chwyta mnie to, a kiedy słyszę małolata, który ledwo wyszedł z gimnazjum i rapuje o melanżach, widzę kreację. Obu jednak potrafię zrozumieć, bo najważniejsza w odbiorze muzyki jest empatia.
Autentyczność jest lejtmotywem twojej twórczości, choć w rapie jest to dość trudne, bo to gatunek, który ma długą tradycję opowiadania historii większych niż życie.
– Trzeba uważać, żeby nie dać się zamknąć we własnej definicji autentyczności. W końcu w swoich utworach czerpię z różnych doświadczeń, także zasłyszanych historii i obejrzanych filmów. Traktuję rap jak film dokumentalny. Dobry reżyser podejmuje temat, który jest ciekawy, lecz ogrywa go, kształtuje rzeczywistość pod oko kamery, by mocniej wybrzmiał. Podobnie jest w rapie.
Szczerość przychodzi mi z łatwością, wymaga jednak kreatywności, aby zainteresować słuchaczy. Fani mnie za to doceniają, co jest ważne, bo przecież nie chcę tworzyć muzyki do szuflady.

Kajetan Ipczyński „po prostu Kajtek” | foto mat. pras.
Pierwszą piosenkę, Przyszłość, wypuściłeś dziewięć lat temu. Jak wyglądały twoje rapowe początki?
– Jestem dzieckiem internetu, więc nagrywałem vlogi, grałem w gry, kręciłem filmy krótkometrażowe. Wtedy też dostałem zajawkę na rap, od razu zacząłem kminić, jak z odbiorcy stać się twórcą. W sieci nie brakowało poradników, ucząc się z nich, zacząłem nagrywać i publikować pierwsze piosenki. Nie miałem wtedy nawet ksywy, ponieważ nie wiązałem z tym żadnych oczekiwań. Kiedy zaczęto mnie postrzegać jako rapera, zacząłem na tym budować tożsamość, odkrywając, co ta muza ma do zaoferowania.
Dziś sam pomagasz warsztatowiczom stawiać pierwsze kroki.
– Byłem przy wielu nagrywkach, a nawet sam realizowałem nagrania osób, które nigdy wcześniej nie próbowały się z muzyką. Ucieszyłem się, gdy otrzymałem propozycję prowadzenia warsztatów podczas OFF Opery, bo robiłem podobne rzeczy, ale nigdy publicznie. Dobrze czuję się w tej roli, chciałbym stworzyć bezpieczną, fajną przestrzeń dla osób, które, jak ja, mają zajawkę na rap.
Pierwszym ważnym przystankiem na twojej drodze był udział w SB Starter, projekcie, który wypromował kilka znaczących postaci, choćby Matę. Jak wspominasz tamten czas?
– To był bardzo dziwny okres w moim życiu, ponieważ z jednej strony czułem ogromne szczęście i satysfakcję – byłem przekonany, że moje życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Z drugiej strony czułem dużą presję, bo otrzymałem szansę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Musiałem w krótkim czasie nagrać nowe numery, które miały zostać opublikowane na kanale SBM [jednej z największych rodzimych wytwórni hip-hopowych].
To była ważna lekcja, ponieważ nie tylko uświadomiłem sobie, że potrafię działać szybko, ale też sprawdziłem się w różnych scenariuszach.
Dobrym przykładem był numer Godzilla, który miał być mocny, wyrazisty. Nie wiedziałem, jak się za to zabrać. Przesłuchałem masę podobnych piosenek i kminiłem, co w nich działa, by potem przełożyć to na swój język. Byłem dumny z efektu, zostawiłem SB Starter z poczuciem, że wysiłek się opłacił i będzie tylko lepiej.
I było, na co dowodem był twój start w Nowym Rozdaniu: Rhythm + Flow. Obawiałeś się udziału w tym programie?
– Tak. I nie była oczywista decyzja. Przed podpisaniem umowy długo się wahałem. Siedziałem w biurze, myśląc o „za” i „przeciw”. W końcu zaryzykowałem, choć obawiałem się i narażenia na śmieszność, i braku kontroli. Nie miałem pojęcia, jak to będzie wyglądać, bo wcześniej takiego show nie było. Producentka musiała mnie długo przekonywać. Potem każdego dnia zdjęciowego jej dziękowałem. Wiedziałem, że ten program będzie czymś wielkim.
Gdy wystąpiłeś po raz pierwszy przed jurorami, Bedoes – nawiązując do twojego rozstania z SBM – stwierdził, że tylko głupiec mógł postawić na tobie krzyżyk.
– Powiem szczerze, że nie pamiętam tego dobrze, bo byłem w zupełnej euforii. Pamiętam natomiast, że gdy Bedoes zaczął mówić o mojej historii, myślałem przede wszystkim o tym, że udało mi się odwrócić los. Byłem częścią wytwórni, ale nie cieszyłem się wielką rozpoznawalnością. Moje rozstanie z nią nie było głośne, zauważyło je może kilku fanów rapu. Zrobiło się o nim głośniej dopiero po emisji programu. Tak musiało być.
Sam myślałem przede wszystkim o tym, jakie mam szczęście – po niewypale z wytwórnią, dzięki Rhythm + Flow odbiłem się i odzyskałem siłę.
Z pozostałymi finalistami programu, Zippym Ogarem i Boronem, założyłeś supergrupę. Jak udało wam się zgrać, mimo, że w programie rywalizowaliście ze sobą?
– Zadziałało to, że pochodzimy z podobnych okolic. Kojarzyliśmy się z poznańskiej sceny rapowej, mieliśmy za sobą krótkie gadki. Na castingach każdy był zestresowany, więc kiedy zobaczyliśmy znajome twarze, zaczęliśmy rozmawiać, trzymaliśmy się razem i kibicowaliśmy sobie nawzajem. Gdy zostało nas pięcioro, powiedziałem mojej dziewczynie, że program wygram ja albo Zippy. Nie pomyliłem się.
Czujesz, że wrosłeś w poznańską scenę?
– Trudno powiedzieć, bo z jednej strony przewijałem się wśród jej przedstawicieli, z drugiej zawsze czułem, że mam swój świat. Jestem jednym z niewielu raperów, którzy mają mało featów, mimo że nagrywam tu od dziewięciu lat. Zawsze podchodziłem ostrożnie do wszelkich propozycji współpracy. Gdy czegoś nie czułem, mówiłem o tym wprost.
Lubię większość poznańskich raperów, ale z niewieloma spotkałem się dotąd na stopie muzycznej.
Samodzielnie nagrywasz, samodzielnie miksujesz, ale też tworzysz wideo. Pełna kontrola nad obrazem po prostu Kajtka jest dla ciebie ważna?
– Przede wszystkim sprawia mi to wielką frajdę. Odkąd pamiętam, miałem zajawę na film, podjarałem się nim jeszcze przed muzyką. Dlatego kręcąc teledyski czy materiały promocyjne, spełniam po prostu marzenia. O ile moje postrzeganie muzyki jest spaczone, bo ciągle patrzę na nią z perspektywy odbiorców, o tyle na polu wizualnym czuję totalną swobodę, mogę robić, co chcę. Jestem bardzo dumny z mojego katalogu teledysków na YouTube.
Życie, które jest, jest dowodem, że się uda – nawijasz w numerze Baby Driver. Czego udanego chciałbyś w przyszłości?
– Staram się o niej myśleć, jak o kolejnych krokach. Tym najbliższym jest wydanie w listopadzie solowego albumu, a następnym zagranie trasy. Album nazwałem Ostatni Mohikanin.