11 września 2026
muzyka
społeczeństwo

Frater noster

Nie jestem didżejem, który jest zakonnikiem, tylko zakonnikiem, który jest didżejem – mówi dominikanin Wojtek Błachowiak
REMIGIUSZ RÓŻAŃSKI
Wojciech Błachowiak, dominikanin, producent muzyczny i DJ | foto Michał Sita

POZGŁOS
autorski podcast Remigiusza Różańskiego
o życiu muzycznym Poznania

brat Wojtek Błachowiak OP
urodzony w 1990 r. w Poznaniu; absolwent reżyserii dźwięku na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i studiów MA Audio Production na University of Westminster w Londynie; producent muzyczny, DJ i turntablista; wicemistrz świata DJ-ów IDA 2013 oraz zwycięzca V edycji Mistrzostw Polski Beatmakerów Beatbattle Poznań; przed wstąpieniem do Zakonu Kaznodziejskiego występował jako DJ Czarny i Voitek Noir; obecnie, jako brat Wojciech Błachowiak, rozwija projekt Frater, łączący elektronikę i hip-hop z muzyką sakralną

Oglądając twój viralowy klip, zastanawiałem się, co łączy Psalmy z utworami Mobb Deep?
– Przede wszystkim przesłanie. Wers, który wykorzystałem – Gettin’ closer to God in a tight situation – mówi o zwracaniu się do Boga w trudnych sytuacjach. Podobnie jest z Psalmami, które według mnie często przybierają formę wołania o pomoc. Mobb Deep posługują się współczesnym językiem nowojorskich raperów, a Psalmy są głosem z innej epoki. Ta zbieżność przekazu pokazuje jednak ponadczasowość ludzkiej potrzeby rozmowy z Bogiem w trudnych momentach życia. W końcu: jak trwoga, to do Boga.

Tylko na Instagramie ten blend obejrzano ponad osiemset tysięcy razy. Spodziewałeś się, że odbije się tak szerokim echem?
– Gdy go wypuściłem do internetu, obawiałem się, że jest słaby i zastanawiałem się, po co to robię. Nigdy wcześniej tak nie miałem. Do tej pory moim największym osiągnięciem był numer sprzed piętnastu lat, nagrany z muzycznym partnerem Tasem, który miał pół miliona wyświetleń na YouTube. Nie sądziłem, że uda mi się to przebić, a jednak dotarłem do ludzi z najróżniejszych miejsc na świecie i różnych środowisk – nie tylko z Kościoła i niekoniecznie wierzących. Myślę, że to było „wejście z buta”, dzięki któremu zaznaczyłem obecność i mogłem działać dalej.

Zacząłem widzieć wartość w tym, co robię i dostrzegłem, że droga łączenia dobrze znanej mi muzyki z wiarą odpowiada moim potrzebom i marzeniom.

Od początku temat wiary podejmowany przez raperów był dla ciebie ważny?
– Niekoniecznie, ale zawsze doceniałem autentyczność raperów, mówienie o rzeczywistości bez lukrowania. Z czasem okazało się, że bliskie są mi również wartości, które reprezentują, jak wspólnotowość, pracowitość i wytrwałość. Wbrew pozorom sporo rapowych utworów dotyczy życia w sposób cnotliwy. Kawałki wulgarniejsze i agresywniejsze mogły robić wrażenie na nastolatku, lecz te, które przetrwały próbę czasu, wiążą się właśnie z dobrym przesłaniem, szczerością i swojego rodzaju prostotą. Duże znaczenie miała dla mnie warstwa muzyczna. Przez wiele lat skupiałem się przede wszystkim na podkładzie – zarówno na jego stronie technicznej, jak i emocjach, które niósł oraz głosie – jego barwie i rytmie.

Od czego zaczęła się twoja przygoda z muzyką?
– Dochodziłem do wszystkiego metodą prób i błędów. Kupując pierwszy gramofon, nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Internet dopiero raczkował, więc nie było żadnych tutoriali, ale mojemu tacie udało się dorwać przegrany z kasety na CD film instruktażowy Scratch Perverts, legend turntablizmu. Dopiero jako nastolatek, jakieś dwadzieścia lat temu, zobaczyłem w klubie, jak robi się skrecz, zacząłem brać udział w konkursach i warsztatach, poznając między innymi DJ-a Eproma, DJ-a Falcon1 czy turntablistę z Koszalina DJ-a Kostka.

Po kilku latach bycia DJ-em zacząłem próbować produkcji. W sieci można już było podpatrzeć, jak tworzą ludzie za granicą, ale przede wszystkim liczyło się dla mnie czytanie instrukcji obsługi software’u, studiowanie książek i wymiana doświadczeń z innymi producentami. Byłem bardzo aktywny na scenie. Graliśmy z Tasem koncerty w całym kraju, weekend w weekend ktoś zapraszał nas na hip-hopowy DJ set.

Braliśmy udział w Mistrzostwach Świata DJ-ów IDA, gdzie zajęliśmy drugie miejsce. Równolegle studiowałem reżyserię dźwięku, więc był to czas pracowity i pełen zajawki. Czułem, że jestem częścią hip-hopowego środowiska.

Od kilku lat sam prowadzisz warsztaty producencko-didżejskie. Co jest dla ciebie najważniejsze w tego rodzaju wydarzeniach?
– Traktuję je jako przestrzeń do spotkania, dlatego ważniejszy od technikaliów jest dla mnie aspekt wspólnotowo-relacyjny. Muzyka jest drogą, która prowadzi do poznania drugiego człowieka. Równie ważna jest po prostu dobra zabawa. Tworząc, możemy radośnie spędzić czas, inspirując się nawzajem. Może w kimś warsztaty wzniecą iskrę pasji. Sam wiele z nich wyciągam, bo każdy uczestnik wnosi inne doświadczenia, spostrzeżenia i styl. Dla mnie, introwertyka, te warsztaty były również sposobem wychodzenia ze strefy komfortu. Odważyłem się skonfrontować z drugim człowiekiem, wystawiając się na ocenę.

Gdy wstąpiłeś do zakonu, nie pozbyłeś się sprzętu. Wciąż stajesz za didżejką, tyle że w habicie. Z jakim odzewem się spotykasz?
– On ma trzy poziomy. Pierwszy to opinia najbliższych, którzy wspierali mnie od początku działalności muzycznej. Ich zdanie miało dla mnie największe znaczenie, dlatego cieszyłem się, gdy mówili, że to, co robię, jest super. Na drugim poziomie byli bracia, z którymi żyję w klasztorze. Ich głosy były podzielone – niektórzy twierdzili, że to rewelacyjny pomysł, inni wyrażali obawę, czy na pewno przystoi to dominikaninowi. Tych drugich głosów było mało, ale wybrzmiewały w mojej głowie szczególnie głośno, ponieważ towarzyszyły mi podobne wątpliwości. Potrzebowałem je usłyszeć, aby pochylić się nad tym, co robię i utwierdzić w przekonaniu, że jest to wartościowe.

Trzeci poziom tworzą komentujący w sieci. Są wśród nich fani lajkujący moje posty i dzielący się pozytywną opinią, co bardzo mnie cieszy. Staram się nawiązywać z nimi kontakt i budować relację.

Czuję się zobowiązany wobec osób, od których usłyszałem dobre słowo. Oczywiście pojawiają się też głosy krytyczne, a nawet hejterskie – te ignoruję. Wpisy obraźliwe, wulgarne i agresywne usuwam, bo szkodzą nie tyle mi, ile tym, którzy je czytają. Nie chciałbym, aby dzieciaki na nie trafiały. Z drugiej strony mały hejt potrafi pomóc w budowaniu zasięgów i jest znakiem tego, że trafiam do osób niebędących odbiorcami treści dominikanów.

Wojciech Błachowiak, dominikanin, producent muzyczny i DJ | foto Michał Sita

 

Jak muzyka, nie tylko drum ‘n’ bass i hip-hop, współgra z codziennością dominikanina?
– Na co dzień śpiewam z braćmi w scholi. We wrześniu podejmuję nowe wyzwanie, jakim jest pełnienie funkcji kantora. Moją codziennością jest więc muzyka liturgiczna, którą z każdym dniem coraz bardziej cenię, ponieważ wydaje się wyjątkowo ludzka. Nie ma w niej miejsca na elektronikę, sample i bit, pozostaje sam głos. Wsłuchuję się w śpiew braci i zauważam, jak rozwijają się i nabierają pewności siebie. Jest to wyjątkowo piękne, dlatego chciałbym tworzyć muzykę chóralną. Marzę, by napisać kiedyś utwór, który będziemy mogli zaśpiewać razem na mszy, a nasz organista Henryk Krawczyk – wybitny muzyk, który potrafi zagrać wszystko, będzie nam akompaniował.

Prawda jest taka, że nieustannie myślę o muzyce. Inspiruje mnie klasztorne życie, codzienne sytuacje i towarzyszące im emocje.

Bywa, że podczas prób chóru usłyszę fragment, który muszę zsamplować, a potem pod wpływem impulsu, uczuć, które potrzebuję z siebie wyrzucić, wchodzę do studia i przekuwam go w bit. Rytm dnia dominikanina wyznaczają modlitwa, praca, studia, ale w wolnych chwilach uzupełnia go właśnie muzyka, stając się spoiwem wszystkich moich działań i wyznaczając ramy mojego życia.

Traktujesz muzykę jako narzędzie ewangelizacji?
– Nie lubię tego słowa. Wiem, że ewangelizacja jest nieodłącznym elementem posługi i wynika z tego, czego nauczał Jezus, lecz odnoszę wrażenie, że jest często traktowana instrumentalnie, w sposób wręcz marketingowo-sprzedażowy. Patrzy się na liczby, główkuje, by jak najwięcej ludzi się nawróciło. Tymczasem dla mnie najważniejsze jest spotkanie z człowiekiem, otwarcie się na dialog i próba zbudowania relacji. Jeżeli to kogoś zainspiruje do otwarcia się na Kościół, super! Jeden z braci powiedział mi, że bliżej temu do pre-ewangelizacji, bo dopiero pokazujemy, że osoby duchowne żyją zwyczajnie, mają zainteresowania, które pielęgnują i na tej płaszczyźnie mogą spotkać się z osobami innych wyznań czy niewierzącymi.

Tak samo myśli Padre Guilherme, portugalski kapłan i DJ, łączący muzykę religijną z współczesną elektroniką, twierdząc, że przestrzeń festiwalowo-klubowa pozwala mu spotkać się z ludźmi, na których nie trafiłby w kościele.

Sam byłem niegdyś osobą, która nie chodziła do kościoła, borykała się z kryzysem wiary i trudnością w odnalezieniu swojego miejsca. Dzięki temu rozumiem osoby, które nie chcą być częścią Kościoła, a zarazem czuje silną potrzebę, by wychodzić im naprzeciw i dzielić się tym, co ostatecznie znalazłem w wierze i uważam za wartościowe.

Czasami wystarczy rzucić na coś nowe światło. Przykładem może być medytacja, którą kojarzy się ze wschodnimi wierzeniami. Tymczasem w chrześcijaństwie istnieje długa tradycja modlitwy medytacyjnej, czego przejawem jest różaniec czy Modlitwa Jezusowa, po którą często sięgam, gdy pragnę się skupić, opanować lęk lub stres. Bywa, że szukamy otuchy w odległych częściach świata, gdy ona jest na wyciągnięcie ręki w pobliskim klasztorze. Dlatego pre-ewangelizacja tak bardzo mnie pociąga i w niej widzę swoje powołanie.

Jak zmieniło się twoje postrzeganie muzyki?
– Przez lata jej tworzenie było nastawione na mnie – na mój rozwój, moje osiągnięcia, mój sukces. Chciałem sobie coś udowodnić, nakładając na swoje barki trudny do uniesienia ciężar. To była moja codzienna walka. Teraz czuję, że muzyka wypływa z powołania, służy dzieleniu się wiarą, a nie sięganiu po laury. Nie jestem DJ-em, który jest zakonnikiem, tylko zakonnikiem, który jest DJ-em, więc to, co robię, ukierunkowane jest na wspólnotę, na Ewangelię i na Boga. W ten sposób pozbyłem się presji oraz wypełniłem pustkę, którą odczuwałem przez próżność.

Muzyka jest też dla mnie odskocznią, pomaga zachować równowagę między obowiązkami i marzeniami. Traktuję ją jako powołanie w powołaniu. Tym podstawowym jest bycie dobrym człowiekiem, chrześcijaninem, bratem i uczniem Chrystusa.

Jak oceniasz współczesną muzykę religijną?
– Niestety mam wrażenie, że istnieje niedobór polskiej muzyki uwielbieniowej. Utwory, po które sięgamy, mają swoje lata i zdążyły się znudzić. Powtarzamy je, bo nie ma alternatyw. A kiedy już się pojawiają, często okazują się kopiami zagranicznych produkcji, co mnie najbardziej boli.

Brakuje mi różnorodności zarówno gatunkowej, jak i emocjonalnej. Powstające piosenki często są delikatne, trochę ckliwe i sentymentalne, nie ma w nich energii, którą tryskają rap czy metal. Nie można się przy nich wyskakać i wyszaleć, jak na innych koncertach. Dlatego to, co robi Padre Guilherme, spotyka się z tak dużym odbiorem. On gra muzykę znaną z komercyjnych festiwali – nieokiełznaną i mocną, numery wgniatające w fotel, jest przykładem, że można inaczej, nawet jeśli spotyka się to z masą negatywnych komentarzy. Część Kościoła uważa, że to bez sensu, część sądzi, że nie powinno się wpychać do klubów czy na festiwale. A ja uważam, że jest to konieczne, by trafić do ludzi na peryferiach wspólnoty.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!