
ŚRODEK ZDANIA
autorski podcast Agnieszki Budnik
o życiu literackim Poznania
Posłuchaj!
Zawsze zajmował się pan książkami?
– W branży wydawniczej pracuję od trzydziestu lat, a jestem absolwentem poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego, wówczas Akademii Ekonomicznej. Jak wielu znajomych ze studiów, myślałem, że czeka mnie kariera w finansach, zarządzaniu albo w przemyśle. Życie potoczyło się jednak zupełnie inaczej. Po studiach pracowałem w korporacji, ale nie byłem tam szczęśliwy. Zostałem wtłoczony w schematy, których nie akceptowałem. Byłem trybikiem w ogromnej maszynie, a moja głowa pełna pomysłów nie miała znaczenia. Zrezygnowałem więc z kariery korporacyjnej i trafiłem do Wydawnictwa Kurpisz, gdzie po raz pierwszy zawodowo zetknąłem się z literaturą.
Czym się pan tam zajmował?
– Teoretycznie byłem zatrudniony jako ekonomista, ale w praktyce zajmowałem się wszystkim. Pracy było sporo, ponieważ lata 90. były dla wielu wydawnictw złotą erą. Dziś przeciętny nakład książki to trzy tysiące egzemplarzy, wtedy było to kilkadziesiąt tysięcy. Wydawnictwo specjalizowało się w publikacjach popularnonaukowych, wydawaliśmy encyklopedie, słowniki, leksykony. Sam napisałem kilkadziesiąt haseł do Encyklopedia Britannica, której zostałem redaktorem prowadzącym. Z czasem popularność zyskiwał internet, a w nim Wikipedia, która stawała się zagrożeniem dla papierowych encyklopedii. Polska Britannica, jako nasz projekt, została zamknięta, a wydawnictwo nie odnalazło się w zmianach rynkowych przełomu wieków.
Postanowiłem wtedy odejść, ale zbyt dobrze czułem się w świecie książek, by z niego zrezygnować.
Wtedy pojawiło się Wydawnictwo Poznańskie?
– Zanim trafiłem do obecnej firmy, razem z przyjacielem prowadziłem spółkę. Koordynowaliśmy pracę i procesy wydawnicze dla zewnętrznych oficyn. Otrzymywałem od wydawcy oryginalny tekst książki i byłem odpowiedzialny za przygotowanie polskiego wydania – za zorganizowanie tłumaczenia, redakcji, korekty, redakcji merytorycznej, składu i łamania. Wydawnictwo otrzymywało niemalże gotowy produkt. Z czasem nasze drogi ze wspólnikiem się rozeszły i już jako wolny strzelec pracowałem dla kilku wydawnictw, aż w końcu natrafiłem na ogłoszenie: „Renomowane wydawnictwo szuka redaktora naczelnego”. Odpowiedziałem na nie.
Znał pan to wydawnictwo?
– Działało już ponad pół wieku, więc znałem je oczywiście, ale do ostatnich chwil nie wiedziałem, w jakiej firmie ubiegam się o posadę. Pamiętam, że podczas rekrutacji miałem przygotować projekt reaktywowania wydawnictwa o wieloletniej tradycji, jakbym miał stworzyć je na nowo. Przygotowałem projekt i od 2012 roku wdrażam go w życie.
Wartością wydawnictwa była tradycja i dorobek, ale najważniejsze było pójście naprzód i przemiana nierentownego wydawnictwa naukowego w nowoczesną instytucję.
Jakie było te siedemdziesiąt lat Wydawnictwa Poznańskiego?
– Jego historia jest mocno związana z polskimi przemianami ustrojowymi. W latach 50. Skarb Państwa powołał kilka wydawnictw w uniwersyteckich miastach, między innymi Wydawnictwo Literackie w Krakowie czy PWN w Warszawie. Wydawnictwo Poznańskie, uruchomione 1 lipca 1956 roku, specjalizowało się w polskiej prozie i poezji, a od 1957 roku prowadziło bardzo popularną serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Niestety lata transformacji nie były dla wydawnictwa łaskawe, więc upadło, ale już po roku reaktywowano je dzięki współpracy Fundacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i wojewody poznańskiego, nadając mu charakter stricte naukowy, który sprawdzał się niemal dwadzieścia lat.
W 2012 roku, gdy wiadomym było, że firma nie może już dłużej tak funkcjonować, bo nastąpiły istotne zmiany w finasowaniu publikacji naukowych, znów groziło jej zamknięcie. Uratował ją Wojciech Pawłowski, biznesmen i mecenas kultury, który wykupił udziały w oficynie i postanowił uczynić z niej liczący się w skali kraju dom wydawniczy. Wtedy właśnie zostałem jego redaktorem naczelnym.
To było wielkie wyzwanie?
– Odbudowanie renomy wydawnictwa nie było łatwym zadaniem, tworzyliśmy je niemalże od zera. Pamiętam, że agenci literaccy nam nie ufali, nie znali Poznańskiego. Uważali, że ze względu na nazwę specjalizujemy się w literaturze regionalnej, a logo, z ratuszem, który wyglądał dla wielu jak kościół, wskazywało na literaturę katolicką. Razem z zespołem o wieloletnim doświadczeniu i kilkorgiem zaproszonych przez mnie młodych osób o świeżym spojrzeniu stworzyliśmy plan wydawniczy. Zaczęliśmy jeździć na targi książki, spotykać się z agentami literackimi, namawiać autorów do publikowania u nas. W pierwszym planie na rok 2013 złożyliśmy czterdzieści premier. Dzisiaj, w ciągu roku, wydajemy blisko sto sześćdziesiąt tytułów.
„Poznańskie” w nazwie nadal jest utrudnieniem?
– Czuliśmy, że łatka wydawnictwa regionalnego przyczepi się do nas na stałe, że trudniej będzie nam pozyskać ogólnopolskiego czytelnika, ale z niej nie zrezygnowaliśmy, choć z tej obawy pojawił się pomysł imprintu Czwarta Strona, drugiego filaru wydawnictwa. Poznańskie nadal miało być osadzone w dziedzictwie historycznym, chcieliśmy publikować w nim literaturę piękną i popularnonaukową, natomiast Czwarta Strona to miejsce na beletrystykę czy literaturę gatunkową – kryminały i powieści obyczajowe.
W pierwszych latach działania marki przyłączyło się do niej wielu autorów, w tym już rozpoznawalnych na rynku. A któregoś dnia napisał do nas z propozycją wydawniczą pewien pan z Opola.
Remigiusz Mróz, najbardziej poczytny polski autor.
– To była intuicja wydawnicza. Remigiusz Mróz podobno wysyłał propozycje wydawnicze do wielu oficyn, ale był odrzucany. W końcu napisał do nas, podkreślając, że podoba mu się nasz model promowania książek. W tamtych latach jako jedni z pierwszych w Polsce zaczęliśmy używać mediów społecznościowych, wykorzystywaliśmy influencerów, YouTube i stronę Lubimy Czytać, co ponad dekadę temu wcale nie było takie oczywiste. Mrozowi spodobał się ten pionierski pomysł, bo sam wtedy działał w internecie. Z kilku przesłanych przez niego propozycji wybraliśmy pierwszy tom serii z Joanną Chyłką, która wśród czytelników przyjęła się bardzo dobrze. Do dzisiaj pojawiają się w niej nowe tytuły, w te wakacje już dwudziesty tom.

WP wydaje dużo! | foto Wydawnictwo Poznańskie
Model dywersyfikacji chyba dobrze zadział, skoro wydajecie i kryminały, i zanzibarskiego noblistę?
– Rzeczywiście Czwarta Strona rozwijała się w dobrym kierunku, więc z czasem powołaliśmy kolejne marki. Najpierw We need YA, gdzie publikujemy literaturę młodzieżową, później Zygzaki z literaturą dla dzieci. Imprinty radziły sobie tak dobrze, że zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy potrzebujemy Wydawnictwa Poznańskiego, ale podczas jednego z moich wyjazdów moja ówczesna zastępczyni, Magdalena Genow-Jopek, zorganizowała z pracownikami warsztaty z zamiarem ocalenia Wydawnictwa Poznańskiego, na co przystałem.
Przygotowaliśmy rebranding, postanowiliśmy wprowadzić serie wydawnicze i na nich oprzeć plan publikacji.
Otworzyliśmy serię popularnonaukową Zrozum, serię reporterską, serię podróżniczą, serię niemiecką Z bliska i reaktywowaliśmy serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Chcieliśmy wdrożyć literaturę progresywną, co wcześniej zrobiliśmy publikując książki queerowe w We need YA. Dodam, że początkowo byliśmy za to krytykowani, ale ostatecznie te tytuły przyjęły się bardzo dobrze. W przypadku Wydawnictwa Poznańskiego było podobnie, książki takie jak Dziewczyna, kobieta, inna Bernardine Evaristo czy Wierzyliśmy jak nikt Rebecci Makkai zostały znakomicie odebrane.

Widok na dwa sąsiednie adresy Wydawnictwa Poznańskiego przy ul. Fredry | foto Marcin Sokalski
Poznań jest trzecim w Polsce ośrodkiem wydawniczym. To pomaga czy utrudnia wam działanie?
– Dla nas znaczenie ma budowanie społeczności współpracowników, szczególnie na lokalnej scenie literackiej. Od pandemii zatraciliśmy relacyjność, a chciałbym do niej wrócić. To bardzo ważne, aby spotkać się z autorem czy tłumaczem, omówić postęp prac, pomysły, poznać się bliżej. W Poznaniu swoje siedziby mają między innymi Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Media Rodzina, Publicat czy Filia, ale rynek książki jest ogólnopolski, a nie poznański. Oczywiście znamy się, spotykamy na branżowych wydarzeniach, rywalizujemy, ale to jest zdrowa rywalizacja. Dla nas wyzwaniem jest rynek.
Ma pan na myśli kryzys czytelnictwa?
– Kryzys to pojęcie wytrych, łatwo nim wszystko tłumaczyć. Za naszym sukcesem stoi baczne obserwowanie społeczeństwa, rynku i dostosowywanie się do zmian, myślenie progresywne. Dziś widzimy na przykład, że coraz więcej czytamy dzieciom, że młodzież chętniej sięga po książki. Powinniśmy jednak być czujni i pamiętać o starzeniu się czytelników. Ktoś, kto kilka lat temu czytał powieści młodzieżowe, dziś już z nich wyrósł, szuka czegoś poważniejszego i trzeba wyjść temu naprzeciw. Podobnie zresztą jak zmianom, które zachodzą w ludzkiej percepcji. Żyjemy dynamicznie, spędzamy mnóstwo czasu w mediach społecznościowych, gdzie dominują krótkie formy wideo.
Już zauważamy, że czytelnicy zaczęli chętniej sięgać po książki z krótkimi rozdziałami, z wieloma zwrotami akcji, co pomaga zatrzymać im uwagę.
Boi się pan tych zmian?
– Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się e-booki, wszyscy wieszczyli wymarcie książki papierowej. To się nie stało. Mało tego, e-booki nie przyjęły się tak dobrze, a dzisiaj triumfują audiobooki! Nagle okazało się, że możemy „czytać książkę” bez czytania, że możemy „czytać” prasując, jadąc samochodem czy spacerując. Cokolwiek wydarzy się z czytelnictwem i książką, nie możemy się tego bać. Musimy stawiać czoło zmianom, inaczej zostaniemy z tyłu.

Robert Falewicz, redaktor naczelny i prezes Wydawnictwa Poznańskiego | foto Michał Sita
Jednak otwarcie stacjonarnej księgarni to szalony krok.
– To prawda, otwieranie księgarni w czasach, gdy niemal wszystkie się zamykają, jest pójściem pod prąd. Myślę, że księgarnie niedługo zupełnie znikną z ulic naszych miast. Niemniej, chcielibyśmy mieć miejsce, w którym moglibyśmy spotkać się z czytelnikiem, porozmawiać o książce, być może spotkać się z redaktorem, przedstawić propozycję wydawniczą. Chcemy zbliżyć się do mieszkańców Poznania, zaprosić ich do nas.
W naszej stacjonarnej księgarni na Fredry, tuż przy moście Teatralnym, mamy stoliki i automat z kawą. Każdy jest mile widziany, zgodnie z naszym hasłem „Dobrze, że czytasz”, nieważne co.
Księgarnię otworzyliście obok waszej pięknej willi na rogu Fredry i Wieniawskiego. To duża zmiana?
– Wydawnictwo działało w niej przez sześćdziesiąt dziewięć lat, ale nie jesteśmy sentymentalni. Willa Adolfa Landsberga wymaga remontu, a my nie chcieliśmy przenosić się do biurowca. W nowym budynku, zlokalizowanym po sąsiedzku, działamy już od dwóch lat, odbywały się tam nasze kiermasze, które przyciągały mnóstwo osób. Po planowanym remoncie dawnej siedziby, nadal funkcjonować będzie w niej część naszej grupy. Chcemy połączyć ogrody obu budynków i przekształcić je w mały park. Wszystko po to, by czytało się jeszcze milej.