A ty, co nazywasz swoim domem?
Cały czas się nad tym zastanawiam.
I nam też się każesz zastanawiać, bo to pytanie z twojego tomu wierszy Dom.
Myślę, że można być domem dla samej siebie. Kiedy tak zaczęłam myśleć, od razu zrobiło mi się lżej w życiu. Wszędzie, gdzie jestem, mogę mieć dom. Tym domem może być druga osoba, relacja z nią, bliskość. Wygląda na to, że tworzymy wiele domów, wychodząc oczywiście z tego rodzinnego.
W twoim rodzinnym Buczu jest przy głównej ulicy dom z wielkim napisem SAMELCZAK. Twój?
Tak, a skąd ty to wiesz?
Bo byłem tam w ramach moich wielkopolskich peregrynacji.
I jak? Podobało ci się w Buczu?
Spodobał mi się drewniany kościółek św. Barbary z końca XVIII wieku.
Śpiewałam tam w dzieciństwie w chórze, a potem w zespole z koleżanką. Coś jeszcze?
Urokliwy, eklektyczny pałacyk otoczony parkiem.
To moja podstawówka.

Aleksandra Samelczak | foto Michał Sita
A poza tym obok jest trochę jezior, duży las. Lubiłaś tam mieszkać?
Bardzo, szczególnie przyjemna jest natura – jeziora, lasy, pola, łąki. Tylko główny problem życia na wsi sprowadza się do tego, że niewiele się dzieje, szczególnie kulturalnie. Trzeba sobie organizować czas, co robiłam intensywnie – od kółka teatralnego w Gminnym Ośrodku Kultury w nieodległym Przemęcie, przez wspomniany chór w kościele, do taekwondo w szkole w Buczu. Robiłam wszystko, co mogłam. Nie zawsze dobrze, ale próbowałam.
Cierpiałaś na tym, że nie mieszkasz w mieście?
Zupełnie nie, miałam wkoło dużo rodziny, znajomych, przyjaciół. Lubiłam jeździć do babci, która miała gospodarstwo – zwierzęta, pole, ogród, a w nim dużo rabarbaru, który mi towarzyszy na okładce tomu poezji. Rabarbar z cukrem to ulubiony smak mojego dzieciństwa. Bardzo lubię wracać w rodzinne strony, ale oczywiście wiedziałam, że jeśli chcę się rozwijać artystycznie, muszę wyruszyć do miasta.
Najpierw były studia w Krakowie, a dzisiaj kursuję między Poznaniem, gdzie gram w Teatrze Polskim, a Warszawą, gdzie mieszkamy z moim chłopakiem, Hubertem, również aktorem.
Krążysz między dużymi miastami, ale w wydanym niedawno Domu jest bardzo dużo Bucza.
Bo Bucz mnie stworzył, noszę go cały czas w sobie. Szczególnie lubię wiersz Przodkinie, w którym wymieniam ich imiona, bo bardzo głęboko wierzę, że wszystkie jesteśmy summą, że ja z nich. One mnie ukształtowały, choć same nie miały tyle szczęścia, czy możliwości, co ja. Niosę to wszystko ze sobą, ale nie jako brzmię, tylko swego rodzaju wdzięczność, że mogę dzisiaj za ich sprawą robić to, co robię. Czuję, że jestem tym wszystkim kobietom coś winna, ale nie w znaczeniu negatywnym, poczucia winy, ale oddania czegoś z przyjemnością, bo nie wszystko zawdzięczamy sobie. Zawsze jest ktoś, kto nam pomógł, kto nam coś umożliwił.
Tylko kobiety?
Nie, nie tylko, choć one odgrywają w moim życiu szczególną rolę. Ale też niejednokrotnie zawdzięczałam coś mężczyznom, choćby Maćkowi Nowakowi, dyrektorowi artystycznemu Teatru Polskiego, który zauważył mnie na premierze spektaklu dyplomowego Święta Joanna w reżyserii Moniki Strzępki i zaprosił do Poznania. Albo Bronkowi Majowi, którego poznałam w szkole teatralnej i po latach, dzięki jego wsparciu, wydałam tomik wierszy w Wydawnictwie Austeria.
Dlatego nigdy nie myślę o sobie wyłącznie jak o self-made woman, bo z racji rozmaitych spotkań, ale też tego, jakie miałam warunki rodzinne, mogłam robić więcej niż inni.
Rozumiem to, ale też Maciej by cię nie zauważył, gdybyś nie była dobra, nie dostała wyróżnienia na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. To zawdzięczasz talentowi.
Jasne, wiem, co potrafię i nie chcę tego deprecjonować. Myślę tylko o tym szerzej, że to, gdzie jestem, to wypadkowa moich umiejętności i tego, kto był przede mną i obok mnie.
Wyjazd z Bucza był głównym planem?
Nie wiem, czy głównym, ale byłam świadoma, że jeśli chcę się kulturalnie rozwijać, muszę wyjechać. Planowałam nawet wyjazd do Londynu, gdzie zdawałam do Central, jak się skrótowo mówi o Royal Central School of Speech and Drama, ale się nie dostałam. Nie mówiąc o tym, że studia w Londynie to ogromne koszty.
Rodzice by ci ich nie pokryli?
Przede wszystkim nie popierali wtedy moich artystycznych wyborów. Uważali, że powinnam zająć się czymś poważniejszym – zostać prawniczką albo tłumaczką, a po studiach wrócić i pracować w rodzinnej firmie. Toczyłam więc z rodzicami bitwy o te studia aktorskie. Ale kiedy się na nie dostałam, pogodzili się w końcu z moim wyborem i bardzo mi pomagali, za co jestem im wdzięczna.
Zaraz przeniesiemy się do Krakowa, ale zaciekawiła mnie jedna rzecz. Mówisz, że zdawałaś do szkoły w Londynie, musiałaś więc nie tylko nie mieć żadnych kompleksów dziewczyny ze wsi, ale jeszcze świetną znajomość angielskiego.
Skończyłam II Liceum Ogólnokształcące w Lesznie, gdzie są dwujęzyczne klasy i program międzynarodowej matury. Mieszkałam w internacie, bo wykluczenie komunikacyjne powodowało, że nie mogłabym codziennie dojeżdżać. Uczyłam się bardzo dobrze, bo zawsze lubiłam się uczyć – zajęcia z biologii czy historii miałam po angielsku, a potem zdawałam maturę z sześciu przedmiotów, w tym jednego tylko po polsku. Nie miałam więc żadnych kompleksów jadąc z małego Bucza do wielkiego Londynu.
Miałaś za to czerwony pas w taekwondo.
Zaczęłam trenować, bo pojawiała się w Buczu, a potem w Lesznie, taka możliwość i trwało to w sumie dość długo, bo ponad osiem lat. Dało mi to hart ducha, dużo dyscypliny i cierpliwości, poza tym wyjeżdżaliśmy ciągle na zawody w Polsce i Europie, co było fajne.
Dzisiaj czasami wykorzystuję te umiejętności, choćby w Pigmalionie w Teatrze Polskim i myślę, że potrafiłabym się obronić, choć wiele osób mnie o to nie posądza, bo jestem raczej drobna. Gdyby nie porwało mnie aktorstwo, zdobyłabym w końcu czarny pas.

„Faustus” | foto Maciej Zakrzewski | Teatr Polski w Poznaniu
Co ciekawe, kilka lat później, już w szkole teatralnej, podszedł do mnie Remik Brzyk, dzisiaj dziekan Wydziału Reżyserii i Dramaturgii i zapytał, czy to prawda, że byłam wicemistrzynią Polski w taekwondo. Odpowiedziałam, że tak. Zapamiętał mnie chyba i potem, gdy byłam na drugim roku, zaproponował rolę w Karierze Artura Ui Brechta w Teatrze Słowackiego. Idealnie nadawałam się do bojówki.
Skąd w ogóle pomysł na aktorstwo?
Ono mi dawało, odkąd pamiętam, mnóstwo frajdy. Myślałam też zawsze o nim w kategoriach misji, że mogę grać coś, co spowoduje, że zmienię czyjeś życie. Wiem, naiwne, ale tak czułam i chyba się tego nadal nie pozbyłam. Wciąż lubię się z ludźmi dzielić emocjami, wrażliwością. Nie tylko poprzez teatr, ale też muzykę czy poezję. Poza tym zawsze lubiłam się wcielać w różne postaci. W Polskim gram najczęściej typy dość wredne, zupełnie inne od tego, kim jestem – taką mam przynajmniej nadzieję.
W Lesznie, przez całe liceum, należałam do grup teatralnych Anakonda i Agrafka – obie do dzisiaj prowadzi pani Ewa Halatyn. Występowaliśmy w Miejskim Domu Kultury i w Teatrze Miejskim, w którym zresztą ty też chyba występowałeś.
Grałem tam gościnnie Jej Ekscelencję w Seksmisji w reżyserii Joanny Drozdy, chodząc po schodach w dwudziestocentrowych szpilkach, co było igraniem ze śmiercią. Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy, żeby zostać aktorem, a tobie tak.
Postanowiłam to na dobre w drugiej klasie liceum, choć wiele osób uważało, że marnuję swój potencjał, bo międzynarodowa matura daje na serio duże możliwości. Uparłam się jednak i nie uważam, że coś marnuję.

„Pigmalion” | foto Maciej Zakrzewski | Teatr Polski w Poznaniu
Studiowałaś w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. To był dobry czas?
Wspaniały, bo tę szkołę też lubiłam. I oczywiście Kraków, bo kocham wszystko, co jest retro. Dużo czytałam, dużo oglądałam – głównie w Starym i „Słowaku”, bo dla dziewczyny z małej miejscowości teatr nie był na co dzień na wyciagnięcie ręki. W liceum jeździliśmy parę razy do Teatru Polskiego we Wrocławiu, jeszcze za czasów dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego, gdzie działy się super rzeczy.
A w szkole, wiadomo, siedzi się od rana do nocy, choć oczywiście znajdowaliśmy czas na wychodzenie na miasto, na imprezy, na studenckie życie. Bardzo lubiłam zajęcia z Grzegorzem Mielczarkiem, teraz rektorem AST, od którego zgarnęłam sporo bardzo praktycznych porad aktorskich albo z Szymonem Czackim, z którym miałam elementarne zadania aktorskie.
Buntowałam się za to przeciwko słyszanej tu i ówdzie opinii, że z moimi warunkami będę grała tylko Melę z Moralności pani Dulskiej i Anielę ze Ślubów panieńskich. I proszę, w Polskim nigdzie nie jestem ani Melą, ani Anielą.
Z jakim marzeniem skończyłaś AST?
Żeby zostać w Krakowie – i ze względu na teatr, i ze względu na chłopaka. Nie udało się, ale zaraz po zagraniu spektaklu dyplomowego dostałam propozycję od Maćka Nowaka, co było bardzo przyjemne. Początkowo zakładałam, że coś zagram w Poznaniu gościnnie i tak to się skończy, a dzisiaj jestem etatową aktorką Polskiego.
I grasz w nim całkiem sporo – doliczyłem się dwóch, trzech premier w sezonie, głównie z młodymi ekipami pod wodzą młodych reżyserów, jak Piotrek Pacześniak, Mikita Iłyńczyk, Kasia Minkowska czy Kamil Białaszek.
Bardzo lubię pracę z młodymi ekipami, mam wrażenie, że z nimi mogę sobie na więcej pozwolić. Z niektórymi, jak z Piotrkiem, znamy się jeszcze ze szkoły teatralnej. Ale muszę ci powiedzieć, że absolutnym topem topów było dla mnie spotkanie z Mikitą, który jest wyjątkowym człowiekiem z wyjątkową wrażliwością i metodami pracy. Naprawdę rzadko zdarza się reżyser, który przychodzi aż tak przygotowany, z tak klarowną wizją, do której w dodatku umie porywająco przekonać innych.
W Polskim mam generalnie dużo wyzwań aktorskich, co mnie cieszy, ale przez pięć lat nie dostałam jeszcze żadnej dużej roli, którą mogłabym przeprowadzić od początku do końca, a bardzo bym chciała. Myślisz, że to jest zbyt egocentryczne?

Aleksandra Samelczak | foto Michał Sita
Myślę, że aktorzy muszą być egocentryczni. Aktorka, która chce zagrać dużą rolę to normalny stan, nie ma co się krygować.
Masz rację, tego się trzymajmy.
W czym lubisz grać najbardziej?
W Pigmalionie, lubię go bardzo. W Extravaganzie, w której świetnie się bawię. Lubię Faustusa, który jest przepiękny wizualnie dzięki Łukaszowi Mleczakowi. I lubię grać w Taśmach rodzinnych Piotrka Pacześniaka, również dlatego, że cenię pisarstwo Macieja Marcisza.
I lubisz też śpiewać. Byłem niedawno na koncercie zespołu Wieczornik, którego jesteś wokalistką.
Z Wieczornikiem zadecydował chyba trochę przypadek. Kiedy Konrad Cichoń robił w Polskim Raut, grał tam na klawiszach Szymon Siwierski, a na gitarze basowej Paulina Frąckowiak. Szymon jest kompozytorem Wieczornika, a Paulina autorką teksów i menadżerką zespołu. Oboje szukali wokalistki i cztery lata temu mi to zaproponowali.
Najbardziej mnie ujął pewien rodzaj wrażliwości, który jest w tekstach i muzyce, przez co, mimo zaproszenia do współpracy przy czymś gotowym, nie czułam się obco. Powiem więcej, czułam, że mogę dodać coś od siebie – i wokalnie, i aktorsko.
I dodałaś, masz piękny głos i coś, co jest dzisiaj w świecie teatralnym w zaniku – świetną dykcję.
Bardzo ci dziękuję. A na pierwszym roku szkoły teatralnej usłyszałam od jednego z prowadzących zajęcia, że z moim głosem nadaję się tylko do Muppetów. Z kolei na castingach do filmów słyszę, że nigdy z tym głosem nie zagram złej postaci. Jak widzisz, sprawa mego głosu jest skomplikowana. Z Wieczornikiem udało nam się w końcu wydać płytę Równoległoświaty, co mnie cieszy i mam nadzieję, że sobie z nią pokoncertujemy. Bardzo oczywiście na nasze koncerty zapraszam.
I do lektury wierszy?
Piszę je od liceum, chowając głównie do szuflady. Ale w końcu odważyłam się pokazać je światu, zachęcona przez Bronka Maja, który w Austerii stworzył autorską serię poetycką, polecającą twórczość debiutantów. Piszę, bo ciągle wierzę, że słowo ma moc, bo lubię opowiadać historie – w przypadku tomiku Dom bardzo osobiste. Wiesz, moje wiersze nie powstają po to, by brać, powstają po to, by komuś coś dać. Mam z nimi tak, jak z teatrem i muzyką – lubię się dzielić.
Aleksandra Samelczak urodziła się w 1996 r. w wielkopolskim Buczu. W 2021 r. ukończyła Wydział Aktorski Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Wyróżniona na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, zdobywczyni III nagrody na Festiwalu Pamiętajmy o Osieckiej, od 2020 r. aktorka Teatru Polskiego w Poznaniu. Jest wokalistką poznańskiego zespołu Wieczornik. W tym roku ukazał się debiutancki tomik jej poezji pod tytułem Dom (Wydawnictwo Austeria). Mieszka w Warszawie i Poznaniu.

