Weekendowa Wielkopolska
autorski cykl Piotra Libickiego
Jutrosin
100 km od Poznania
~ 1h30 min samochodem
Kto miał okazję być w Spirze w Nadrenii, zapamiętał z pewnością, zbliżając się do miasta, niezwykły widok. Oto ponad zwartą zabudową śródmieścia wyrasta ogromny gmach. To romańska katedra z XI wieku fundowana przez niemieckich cesarzy. Podobne wrażenie można mieć zbliżając się położonego przy śląskiej granicy Jutrosina, gdzie ponad dachami prowincjonalnego miasteczka wyrasta czerwona bryła kościoła. Skojarzenie ze Spirą jest, wbrew pozorom, nieprzypadkowe, gdyż tak, jak ona stała się miejscem pochówku salickich imperatorów, tak Jutrosin miał być rodową kaplicą i miejscem spoczynku Giedyminowiczów, wzmocnionych cesarską krwią Habsburgów.
Jutrosin niełatwo znaleźć i niełatwo do niego dotrzeć, nawigacja pokazuje z Poznania drogę zygzakami na południe. Nastawiam się więc na podróż trzewiami wielkopolskiej prowincji: Kórnik, Śrem, Dolsk, w końcu mniej znane Piaski, Bodzewo, Pępowo, Płaczkowo i jest – Jutrosin. Sto kilometrów i półtorej godziny od Poznania. Zatrzymuję się na moment przy sztucznym jeziorze przed miejscowością, by pstryknąć zdjęcie naszej Spiry.
Masyw neoromańskiego kościoła wyrasta solidnie ponad miasteczko i rzeczywiście robi wrażenie. Poza tym jest szaro i tęskno za słońcem.
Jutrosin do połowy XIX wieku był miastem bez większej historii. Cmentarzysko halsztackie z wczesnego okresu żelaza, dwudziestu zabitych Szwedów w czasie potopu i niewyszukane, przysłowiowe pochodzenie nazw trzech miejscowości – Kobylina, Dubina i Jutrosina – zapisane chyba już u Kolberga: Hej kobylino, jak cię utnę w dupinę będzie jutro sino. Ciekawszą wydaje się tylko historia jutrosińskich protestantów, wspólna dla wielu graniczących ze Śląskiem wielkopolskich miast i miasteczek. Otóż z wstrząsanego wojną trzydziestoletnią (1618-1648) Śląska – okresu wielkiego konfliktu na rozległym europejskim terytorium między katolickimi Habsburgami a protestanckimi państwami Cesarstwa Niemieckiego – napływali do neutralnej i tolerancyjnej Rzeczpospolitej liczni innowiercy, w tym protestanci. Prokop Stanisław Kołaczkowski, właściciel Jutrosina, zachęcając ich do osiedlania się w swoim mieście, dał im, przywilejem z 1642 roku, wrocławskie przedmieście i wolny od polskiej części samorząd, w tym „burmistrzów, wójtów i przysiężnych ławników między sobą obranych”. Osiedleńcy już w rok potem zaczęli wznosić zbór ewangelicki oraz szkołę, którą Kołaczkowski uposażył.

Widok na neoromański kościół w Jutrosinie od strony zbiornika Jutrosin | foto Piotr Libicki
Mimo zmiennych, a czasem nawet wrogich relacji między polskimi i niemieckimi mieszkańcami Jutrosina, zwłaszcza w okresie wojny północnej z lat 1700-1721, protestanccy współobywatele mieli swój udział w budowaniu dobrobytu miasteczka przez kolejne, spokojniejsze już dekady XVIII wieku. Jeszcze w pierwszej połowie XIX stulecia, zanim polityka bismarckowskiego Kulturkampfu znów nie nastawiła do siebie wrogo obu społeczności, książę Adam Konstanty Czartoryski, nowy właściciel rozległych okolicznych dóbr, ofiarował miejscowemu zborowi z okazji dwustolecia protestanckiej gminy dwa srebrne lichtarze warte 200 talarów, był rok 1842.
Wjeżdżam do Jutrosina od północy, przez mostek na rzeczce Orli, odbijam w lewo w biegnącą nieco w górę uliczkę i po chwili jestem na rynku. Jest sobotnie, zimowe popołudnie i ostatnie sklepy właśnie się zamykają. Miasteczko jest schludne, z niepozbawionym uroku ratuszem z połowy XIX wieku, dalekim stylowym echem florenckiego Palazzo Vecchio, choć to może zbyt odważna analogia. Zostawiam samochód i ulicą Kościuszki idę do neoromańskiego kościoła św. Elżbiety.
Jutrosin, jak wiele innych miast w Rzeczpospolitej, przez setki lat był miastem prywatnym powiązanym z rozległymi dobrami.
Jego właścicielami w XV wieku byli Fryczowie Jutrowscy, potem w częściach Włościejewscy, Konarscy, Górkowie, w końcu Kołaczkowscy, a następnie Lanckorońscy, Bronikowscy, Mielżyńscy i Potuliccy. W 1841 roku dobra zakupił książę Adam Jerzy Czartoryski. Mimo, że pruska ustawa zniosła prywatną własność miast, a Jutrosin w 1935 roku otrzymał zrewidowaną ordynację miejską, zarówno pruskie władze jak i jutrosińscy mieszczanie w Czartoryskim, nowym właścicielu okolicznych dóbr, wciąż widzieli właściciela miejscowości.

Neoromański kościół św. Elżbiety w Jutrosinie | foto Piotr Libicki
Książę Adam Konstanty Czartoryski (1804-1880) był wnukiem księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1834-1823) z Puław i bratankiem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (1770-1861), konserwatywnego przywódcy Wielkiej Emigracji w Paryżu. Politycznie zaangażowany, wiele czasu spędzał w Berlinie, widząc przyszłość kraju w powiązaniu z pruskim dworem i pruską polityką. Pozostawał pod wpływem księcia Antoniego Radziwiłła, namiestnika króla pruskiego w Wielkim Księstwie Poznańskim. W 1848 roku po śmierci pierwszej żony, Wandy, córki księcia Antoniego i Fryderyki Ludwiki Hohenzollern z pruskiej rodziny panującej, ożenił się po raz drugi z Elżbietą z Działyńskich, córką Tytusa Działyńskiego. To właśnie patriotyczna postawa drugiej żony księcia spowodowała, że postanowił mocniej związać się z rodzinnym krajem i dzielnicą żony, zakupił dobra w Wielkopolsce i dał w efekcie początek wielkopolskiej linii Czartoryskich, którzy zamieszkali w Poznaniu przy ulicy Berlińskiej (dziś 27 Grudnia), a potem przy ulicy Młyńskiej, w domu „Pod Opatrznością”.
Latem zaglądali do Sielca koło Jutrosina, w którym osiedli na krótko w 1865 roku. Ostatecznie zamieszkali we wspaniałej rezydencji w Rokossowie w powiecie gostyńskim.
Synem Adama Konstantego i Elżbiety był Zdzisław Czartoryski (1859-1909). Urodzony w Poznaniu społecznik, poseł do sejmu pruskiego i parlamentu Rzeszy, działacz wielu wielkopolskich stowarzyszeń i organizacji, prawdziwy obywatel tej dzielnicy. Zawsze za swoją pierwszą ojczyznę uważał małą, odziedziczoną po rodzicach wielkopolską wioskę – Stary Sielec i małe miasteczko kilka kilometrów od niej – Jutrosin. Po ślubie z Marią Zalewską w lutym 1884 roku w Wiedniu i podróży poślubnej do Budapesztu, młoda para zjechała do miasteczka. Trzydziestu jeźdźców konwojowało karetę książęcą od granic Jutrosina do kościoła, a droga wiodła przez trzy triumfalne bramy. Wszyscy chcieli zobaczyć wybrankę tak lubianego księcia, patrona miasta i pana tych okolic.

Wnętrza neoromańskiego kościoła św. Elżbiety w Jutrosinie | foto Michał Ellmann
Świątynią, w której odbyło się nabożeństwo, był kościół św. Krzyża na obrzeżach miasta, gdyż właściwy kościół parafialny pod wezwaniem św. Katarzyny spłonął w 1805 roku. Z inicjatywy i fundacji księcia Zdzisława w 1900 roku przystąpiono więc do odbudowy świątyni, ale już w zupełnie nowych formach. „Co dnia, z słońcem czy słotą, po załatwieniu każdodziennych bieżących spraw, wsiadał do powozu, a myśl pańską znający wierny woźnica nawet nie pytał którędy książę pan każe. Lecz zatrzymywał przed Bożym przybytkiem” – czytamy w pośmiertnym wspomnieniu. I choć Jutrosin nie stanowił już od ponad pół wieku prywatnej własności, to poczucie odpowiedzialności za miasteczko pozostało.
Wchodzę do wnętrza i… padam na kolana. Bo wnętrze oszałamia intensywnością malarskich dekoracji budujących nastrój głęboko mistyczny.
Sylwetki świętych wyglądają z tryforiów nawy i transeptu ze złotego tła nadającego im jednoznaczny rys boskich posłanników. W prezbiterium przemieniają się w hieratycznych aniołów, którzy z trudem mieszczą się w przeznaczonej dla nich przestrzeni, ale dzięki temu mocnej wspierają chwiejną często strukturę Kościoła-Nieba, na którego niebieskim sklepieniu zasiada Bóg Pantokrator, Wszechwładca Świata. I jeszcze grupa aniołów w środkowej części, w uroczym korowodzie adorująca Najświętszy Sakrament trzymany przez anioła-celebransa. Majstersztyk! Ornament pokrywa każdą wolną płaszczyznę, a triada witraży z postacią patronki kościoła i matki fundatora, św. Elżbiety Węgierskiej w środku, stanowi doskonałe dopełnienie.




Wysoka klasa obiektu nie wzięła się z przypadku. Projekt architektoniczny świątyni książę Zdzisław Czartoryski powierzył architektowi Tomaszowi Pajzderskiemu, absolwentowi świetnej Politechniki Charlottenburskiej, polichromie krakowskiemu artyście Antoniemu Pracajłowiczowi, a projekty witraży jego krajanowi – Józefowi Mehofferowi, najsłynniejszemu z tej trójki. Nie można również zapomnieć o wielkim obrazie w ramieniu transeptu przedstawiającym św. Izydora Oracza, patrona ciężkiej pracy na roli – to dzieło Juliusza Fałata lub Michała Wywiórskiego. Tak mistrzowski zespół artystów był możliwy dzięki zainteresowaniom księcia, jego zagranicznym podróżom i żywym kontaktom z krakowskim środowiskiem artystycznym, których wielu przedstawicieli odwiedzało skromny dwór w Starym Sielcu, uznawany za ważne ognisko intelektualne i patriotyczne Wielkopolski.
Kościół, choć neoromański w zewnętrznej formie i wewnętrznej strukturze, w klimacie ciemnego wnętrza robi wrażenie bliższe bizantyńskim świątyniom, a przez to i ruskim cerkwiom, może nieco przefiltrowanym przez secesyjną stylistykę i ornamentację.
Czyżby to pochodzenie fundatora z rodu Giedyminowiczów miało wpływ na wybór formy i tym samym podkreślenie starych korzeni rodu? Dla miejscowych parafian nie ulegało wątpliwości, że w rodowej kaplicy przy prezbiterium, zdobnej w liczne tarcze herbowe przodków, zasiada ktoś wielki. I chyba nie przypadkiem po śmierci księcia jego epitafium umieszczono w prezbiterium przy kaplicy, nad ujętym w gryfy siedziskiem przypominającym antyczny, cesarki tron. Epitafium wykonał w Rzymie z białego marmuru uznany polski rzeźbiarz Antoni Madeyski.
Ale czas „cesarski” miał dopiero nadejść wraz z objęciem dóbr jutrosińskich i patronatu nad świątynią przez Olgierda Czartoryskiego, syna Zdzisława. By odnaleźć ten kolejny rozdział zostawiam Jutrosin i tą samą drogą, którą wjechałem do miasteczka, wyjeżdżam, odbijając za sztucznym jeziorem w lewo, ku zachodowi. Po kilku kilometrach docieram do Starego Sielca. Mijam zabudowania gospodarcze z lewej strony, park z bramą prowadzącą do dworu i dojeżdżam do pierwszych domów. Tam dopiero mogę zostawić samochód. Spaceruję te kilkadziesiąt metrów z powrotem i niestety…. odbijam się od zamkniętej bramy. W dawnych czasach mógłbym pewnie liczyć na więcej gościnności. Na szczęście dom jest dobrze widoczny, kiedy nie ma liści na drzewach.

Zamek w Starym Sielcu | foto Piotr Libicki
To skromny, parterowy, klasycystyczny dwór zbudowany w początku XIX wieku. Do niego, do małej wiejskiej rezydencji i ośrodka dóbr, przyjeżdżał latem książę Adam Konstanty Czartoryski i tu na dwa lata przeniósł się z rodziną. Dla jego syna Zdzisława skromny budynek stał się miejscem stałego zamieszkiwania. Z tego też powodu został rozbudowany o obszerne, piętrowe skrzydło z głównymi apartamentami i domową kaplicą wymalowaną przez Procajłowicza. Jednak najniezwyklejszy czas nadszedł wraz z trzecią generacją Czartoryskich, księciem Olgierdem Czartoryskim (1888-1977) i jego żoną Mechtyldą (1891-1966). To wówczas aspiracje książęcej pary przerosły ciasne mury sieleckiej rezydencji.
To był mariaż niezwykłej rangi, nieznany w Wielkopolsce zapewne od czasów piastowskich. Oto potomek Giedyminowiczów łączył się z europejską dynastią wszechczasów, Habsburgami.
Ślub Olgierda Aleksandra Jana ks. Czartoryskiego na Klewaniu i Żukowie z Mechtyldą Mechthildis Christiną arcyksiężniczką Habsburżanką-Lotaryńską odbył się w Żywcu w 1913 roku i był głośnym wydarzeniem w świecie arystokratycznym i monarchicznym. Ojcem wybranki był arcyksiążę Karol Stefan Habsburg z Żywca, właściciel żywieckich browarów i zamku oraz ogromnego majątku. Mówił po polsku i oficjalnie uważał się za Polaka, co było aktem niezwykłym w czasach zaborów. Nie bez powodu przez polskich monarchistów widziany był na tronie odrodzonego Królestwa Polskiego. A wszystko w czasach, kiedy cesarzem w Wiedniu był wciąż jeszcze Franciszek Józef, wuj Mechtyldy. To musiało działać na wyobraźnię, także Olgierda, bo w tej sytuacji trudno było sobie wyobrazić, żeby córka domniemanego polskiego króla, Habsburżanka, krewna cesarza austriackiego, zamieszka w skromnym dworze koło Jutrosina!




Obchodzę ogrodzony park i kiedy ogrodzenie się kończy, widzę ścieżkę gdzieś w głąb. Pozwalam się prowadzić jej biegiem aż do momentu, kiedy moim oczom ukazuje się ogromny gmach z czerwonej cegły. Pałac od frontu, zamek feudalny od ogrodu, z narożnymi wieżami i z elewacją odbijającą się w stawie.
W 1915 roku, w najgorszym jak się okazało momencie, kiedy stary arystokratyczno-monarszy porządek Europy zaczynał się chwiać, książę Olgierd postanowił wznieść pałac, a właściwe XVII-wieczny zamek wzorowany na królewskich rezydencjach Wazów.
Zadanie powierzył jednemu z najzdolniejszych architektów tego czasu w Wielkopolsce, absolwentowi – podobnie jak Pajzderski – słynnej Politechniki Charlottenburskiej, Rogerowi Sławskiemu. Był on już w tym czasie architektem wziętym, projektującym siedziby ziemian w tak zwanym stylu polskim, nawiązującym do epoki baroku i klasycyzmu z charakterystycznymi łamanymi dachami i kolumnowymi portykami. W tym wypadku sięgnął w głąb historii, do architektury czasów królewskiej dynastii Wazów, zamku Ujazdowskiego i Kazimierzowskiego – epoki świetności I Rzeczpospolitej sprzed katastrofy potopu szwedzkiego. Ten gest miał znaczenie symbolicznie, w końcu chodziło o parę gospodarzy o wspaniałych rodowodach, królewsko-cesarskich koneksjach i być może dynastycznych planach na przyszłość.
Zamku nie ukończono, w efekcie para nigdy tu nie zamieszkała. Stary świat tytułów, przywilejów urodzenia, pozycji społecznej ziemiaństwa i arystokracji kończył się wraz z pierwszą wojną światową. Nie było więc sensu i funduszy, by ukończyć budowę. Wygodny pałac w oddalonym o kilkanaście kilometrów od Sielca Baszkowie, który Olgierd Czartoryski zakupił zaraz po ślubie, okazał się wystarczająco wygodnym domem na czas rodzącej się nowoczesności.




Wchodzę do tej dziwnej budowli, którą jeszcze w latach 90. XX wieku próbowano ukończyć i zamienić na hotel lub pensjonat. Mijam wewnętrze dziedzińce, przechodzę przez surowe sale i z ostatniego piętra spoglądam na Jutrosin i górującą bryłę kościoła. I oto tworzy się całość. Wielka feudalna oś łączy rezydencję z dworską kaplicą, w której w kolatorskiej loży zasiadali żywi przedstawiciele rodu, a w podziemiach spoczywali przodkowie.
„Stary” feudalny zamek i „romańska” świątynia wzorowana na salickiej katedrze w Spirze. Ostatnia wielka opowieść i ostatnia próba stworzenia uniwersum według „odwiecznych” zasad.
Olgierd i Mechtylda Czartoryscy, po wybuchu wojny, trafili w 1939 roku do niemieckiego obozu przejściowego w Dobrzycy, a potem wraz z trójką dzieci wyjechali do Brazylii, gdzie pozostali do końca życia. W 1998 roku ich prochy sprowadzone zostały do Jutrosina i złożone na miejscowym cmentarzu. Przed wojną, Czartoryscy nie tylko z linii księcia Adama Konstantego byli w Wielkopolsce właścicielami także Konarzewa, Gołuchowa, Rokosowa. Cześć z nich po wojnie powróciła – można ich było spotkać na ulicach poznańskiego Sołacza czy plażach Puszczykowa. Część mieszka tu do dziś i nie jest przypadkiem, że jedna z piekarń na modnych Jeżycach nosi nazwę „Czartoryski”.