Nie depczcie trawników!

Aleksandra Banasiak, bohaterka Czerwca 1956 roku, patrzy na zdjęcia wiszące nad stołem, wskazuje na siebie palcem i mówi „moja bohaterka”. 
MAGDALENA GENOW
Aleksandra "Awana Banasiak" | foto Michał Sita

Długo wybieram kolor goździków, w końcu biorę białe i różowe. Ola podpowiedziała, że pani Aleksandra lubi właśnie te kwiaty. Ola to opiekunka pani Aleksandry „Awany” Banasiak, legendarnej pielęgniarki ze Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei, która z narażeniem życia ratowała postrzelonych w trakcie strajków robotniczych w 1956 roku.

Opiekunka zgadza się na rozmowę, dodając, że szkoda, że wszyscy interesują się tylko Czerwcem, a nikt nie interesuje się samotnością seniorów. Pani Aleksandra ma ten przywilej, że co jakiś czas odwiedza ją dziennikarz czy dziennikarka z pytaniami o przeszłość, której już nie pamięta wskutek udaru. Jestem jedną z nich.

Na osiedlu Przyjaźni mieszka wielu seniorów. Przekonuję się o tym wsiadając do windy, która podwozi mnie tylko kilka schodów. Zaprojektowano ją, by osoby starsze i z niepełnosprawnościami mogły dostać się do tej właściwej windy.

Aleksandra „Awana” Banasiak z autorką tekstu Magdaleną Genow | foto Michał Sita

Okazuje się, że dobrze dobrałam kwiaty, bo pod kolor nowego żakietu pani Aleksandry. Opiekunka powiedziała, że musiała kupić na nasze spotkanie nowy, bo przyjechał ze mną fotograf, a na wszystkich wcześniejszych zdjęciach pani Aleksandra miała ten sam granatowy z przypinką „Chcemy wolności” tuż przy guziku.

Uroczystości, na które trzeba założyć żakiet, jest dużo. Pani Aleksandra na ścianie ma kolekcję fotografii z prezydentami, premierami, z wręczenia Europejskiej Nagrody Obywatelskiej. Wyciąga album, na moje pytania odpowiada hasłowo. Wskazuje i nazywa siebie „grzeczną uczennicą” i „młodszą pielęgniarką”. Pytam, czy szkołę pielęgniarek skończyła w Poznaniu. W odpowiedzi śpiewa hymn pielęgniarek: „pielęgniarki na frontach padały, lecz ofiarnie swą służbę pełniły” (…). Ten hymn usłyszę jeszcze jako odpowiedź na kilka innych pytań.

To właśnie tę melodię nuciła Awana, kiedy pomagała ostrzeliwanym w Czerwcu 1956 roku, nazywanym powstaniem poznańskim – pierwszym w Polsce zrywem antykomunistycznym.

Pani Aleksandra patrzy na zdjęcia wiszące nad stołem, wskazuje na siebie palcem i mówi o sobie „moja bohaterka”. Awana ma 91 lat, przeszła udar. Zaczynam mieć obawy o to, czy w jej stanie zdrowia uda mi się odtworzyć wydarzenia czerwcowe. Na szczęście okazuje się, że jeszcze przed udarem spisała wspomnienia. Skanuję je, a potem przepisuję.

Dzień 28.06.1956 r. był moim dniem wolnym od pracy i dyżuru w szpitalu. Około godziny 9.00 wyszłam do miasta – trochę po zakupy, trochę pooglądać wystawy, a w ogóle połazikować trochę, co było moim zwyczajem w dniu wolnym. Rzuciła mi się w oczy nienormalna nerwowość na ulicach, nieusprawiedliwiona nawet odbywającymi się Międzynarodowymi Targami Poznańskimi. W jednym ze sklepów usłyszałam, że na Placu Mickiewicza odbywa się wiec. Z ciekawości udałam się tam.

2560 20
Przewrócony tramwaj na ulicy Dąbrowskiego | foto Wielkopolskie Muzeum Niepodległości
85-85295
Poznań, czerwiec 1956 | foto IPN
2560 1
Pokojowa demonstracja. Tłum wypełnia ówczesną ulicę Armii Czerwonej oraz tzw. Plac Stalina | Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Plac Mickiewicza nazywał się wtedy Placem Stalina. Nazwę zmieniono w czasie Odwilży, choć już wtedy, kiedy na placu gromadził się dziesięciotysięczny tłum, wszystkiemu przypatrywał się Adam Mickiewicz, którego pomnik wzniesiono rok wcześniej. Awana na nagraniu dla Poznańskiego Archiwum Historii Mówionej opowiada o transparentach, które wisiały na tramwajach i w oknach: „Precz z komuną!” oraz „Chcemy Boga!” i „Chcemy chleba!”. Awana zwierza się, że była wtedy w euforii.

Ktoś z megafonu krzyczał: „Poznaniacy! Nie depczcie trawników!”. Trwało powstanie, ale nawet w ogniu walki wygrało poznańskie przywiązanie do porządku. Deptano za to czerwone sowieckie flagi pod Domem Partii na Kościuszki.

Prawie wszyscy wiecujący udali się potem do więzienia na ulicy Młyńskiej, żeby uwolnić prawdopodobnie uwięzionych tam członków delegacji z Zakładów Cegielskiego, która udała się do Warszawy, aby rządowi PRL przedstawić petycję Załogi. Z jednej strony porwała mnie rzesza ludzi, a z drugiej wzburzenie na tak podstępne działania władzy.

Pani Aleksandra opisuje podwórze więzienia na Młyńskiej, stos wyrzuconych akt. Poznańska Bastylia padła. Wypuszczono ponad dwustu pięćdziesięciu więźniów głównie kryminalnych, ale też zatrzymanych w związku ze strajkami. Informacje o aresztowaniu delegacji z Cegielskiego okazały się być jednak plotką.

Ludzie zaczęli się rozchodzić, więc i ja udałam się w drogę powrotną do szpitala. Usłyszałam najpierw pojedyncze, a później coraz częstsze wystrzały z karabinu. Wchodząc do hallu szpitala, zobaczyłam Józefa Maja – był to pierwszy ranny, jakiego zobaczyłam w życiu.

013_Czerwiec'56_Magda_Genow_MSI5647
Aleksandra „Awana” Banasiak | foto Michał Sita
004_Czerwiec'56_Magda_Genow_MSI5564
Aleksandra „Awana” Banasiak | foto Michał Sita

Rannym zajęli się dyżurujący lekarze i pielęgniarki. Pani Aleksandra udała się do swojego pokoju (mieszkała wtedy w szpitalu), gdzie słyszała wołanie o lekarza i karetkę. Demonstranci zostali ostrzelani przez UB.

Awana niewiele się zastanawiając włożyła strój pielęgniarski i pobiegła w sam środek strzelaniny. Pomagała jej salowa, pani Kozłowska. Nikt inny z ponad stuosobowej załogi szpitala nie wyszedł.

Kule świstały z obu stron. Nie poczułam nawet, kiedy zostałam draśnięta w rękę. Pani Kozłowska założyła mi opatrunek i w dalszym ciągu udzielałyśmy pomocy rannym. Manifestanci przekazywali nam „pocztą” – z ust do ust, gdzie są ranni, których donosiłyśmy lub doprowadzałyśmy do naszego szpitala. Lżej rannym udzielałyśmy pomocy na miejscu. Byli i tacy, którzy mimo poważnej rany nie chcieli, żebyśmy zabierały ich do szpitala. Po wykonanym opatrunku albo koledzy odnosili ich do domów albo zostawiali na ulicy. Pomogłyśmy również donieść do szpitala zabitego Romka Strzałkowskiego.

Romek Strzałkowski był najmłodszą ofiarą powstania poznańskiego. Urwis, uczeń podstawówki. Tego dnia mama wysłała go po kiełbasę, ale zamiast do sklepu trafił na manifestację. Ostatni raz widziano go pod gmachem UB. Okoliczności jego śmierci do dziś nie są wyjaśnione. Nie wiadomo, czy Romka dosięgnął zbłąkany pocisk czy ktoś celował w dziecko. W Głosie Wielkopolskim, który ukazał się 1 lipca nekrolog Romka został sfałszowany. Zamiast trzynastu lat podano, że zmarły miał osiemnaście. W oficjalnym komunikacie PAP poszła informacja, że wśród ofiar nie było kobiet i dzieci. Wszystkie ofiary wydarzeń czerwcowych były według pani Aleksandry przypadkowe. Zabici nie brali udziału w ostrzale.

Wśród rannych byli przechodnie i milicjanci. Awana pomagała wszystkim. Razem z lekarzami ze szpitala Raszei poszła do budynku UB opatrzeć rannych funkcjonariuszy.

Opisuje też jak przed szpitalem pojawiły się czołgi. Załoga zaczęła machać do protestujących. Żołnierze wyszli, a czołgi zostały przejęte przez manifestantów. Jeden z nich zaczął ostrzeliwać gmach UB. Inny odjechał gdzieś w miasto. Mieszkańcy Łazarza opowiadali, że czołg jeździł ulicą Kanałową. Myśleli, że przyjechał strzelać do mieszkańców. Ale to któryś z protestujących musiał urządzać sobie przejażdżkę.

Załogi kolejnych dziesięciu czołgów, które dotarły na Jeżyce, nie były już tak przychylne robotnikom. W czasie ostrzału, Awana słyszała prośby o pomoc. Dochodziły z bramy posesji naprzeciwko gmachu UB. Alarmowano, że to może być pułapka.

Ostrzegano mnie, abym nie szła, jednak nie posłuchałam ostrzeżenia. Zobaczyłam strasznie cierpiącego rannego w brzuch, z jelitami na wierzchu. Opanowując zdenerwowanie wyciągnęłam go na chodnik i zawołałam, żeby mi ktoś pomógł. Podbiegli do mnie cywile. Strzelanina jakby na moment ucichła. Ostrożnie dostarczyliśmy rannego do szpitala. W czasie jego operacji, jak się dowiedziałam, ponieważ na sali operacyjnej paliło się światło, a to było zakazane przez wojsko, ktoś strzelił przez okno. Kula utkwiła w ścianie sali operacyjnej.

Aleksandra „Awana” Banasiak | foto Michał Sita

Tynk z sufitu spadał na jamę brzuszną pacjenta. Awana została na „placu boju” do wieczora, do godziny milicyjnej. Później była przydzielona do izby przyjęć, aby informować rodziny o rannych. Przy niektórych nazwiskach były krzyżyki.

Przyszła szukać swojego narzeczonego kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Okazuje się, że przyjechał do Poznania po obrączki, bo w sobotę miał mieć wesele. Rzuciła się na Michała i zaczęła krzyczeć, po co nam te obrączki? Po co te wesele?

Podobnie matka Romka Strzałkowskiego. Nie chciała odejść od syna. Leżała jedną noc przy nim trzymając Romeczka za rękę. Kolejnej nocy już jej nie pozwoliłyśmy.

Matka Romka, Anna Strzałkowska, próbowała później dostać się do Władysława Gomułki, ale nie wpuszczono jej do budynku, w którym przebywał I sekretarz KC PZPR. Nie chciano jej też zwrócić zakrwawionej koszuli syna. Koszula ta obecnie przechowywana jest jak relikwia w bazylice w Licheniu. Zdarza się, że jest wypożyczana Muzeum Powstania Poznańskiego – Czerwiec 1956.

Rodzice Romka byli po śmierci syna inwigilowani. Annę próbowano wciągnąć do samochodu, a do jej męża strzelano, kiedy odwiedzał grób syna.

Ulica Romka Strzałkowskiego na Jeżycach krzyżuje się z ulicą Petera Mansfelda, piętnastolatka zatrzymanego przez władzę komunistyczną na Węgrzech kilka miesięcy po Czerwcu. Mansfeld został uznany za zdrajcę klasowego, skazano go na śmierć przez powieszenie. Spędził w celi śmierci trzy lata, bo czekano z wykonaniem wyroku, aż będzie pełnoletni. Impulsem do wybuchu powstania węgierskiego był poznański Czerwiec. Zaczęło się od strajku studentów, którzy chcieli okazać solidarność z poznańskimi robotnikami.

30 czerwca dyrektor szpitala Raszei zażądał, aby pani Aleksandra udała się na urlop. Awana odmówiła, tłumacząc, że nie ma teraz w planach wypoczynku. Wówczas dyrektor przyznał, że dostał takie polecenie z góry. Pani Aleksandra wyjechała do rodziców na wieś pod Jarocin. To tam przyjechał po nią milicyjny gazik.

Wyproszono mnie z domu, zabrano do samochodu i przewieziono do Poznania, na ulicę Kochanowskiego, do budynku UB. Rozpoczęło się przesłuchanie. Ponieważ wcześniej rodzina i znajomi przewidzieli taką ewentualność, poradzili mi „nic nie pamiętać”.

Zadawano jej ciągle te same pytania i pokazywano te same zdjęcia. Tłumaczyła, że nie kojarzy twarzy. Wieczorem została zwolniona. W październiku wspierała mecenasa Stanisława Hejmowskiego jako świadek obrony w procesie przeciwko Januszowi Kulasowi, jednemu z liderów strajku. Podeszła do niej wtedy dziennikarka z agencji Reutera, proponując udzielenie azylu. Pani Aleksandra zanotowała we wspomnieniach, że nie zrozumiała słowa „azyl”.

2560 21
Demonstranci z transparentem „My chcemy chleba dla naszych dzieci” na ulicy Fredry | foto Wielkopolskie Muzeum Niepodległości
2560 28
Demonstranci za barykadą podczas walk z Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego | foto Wielkopolskie Muzeum Niepodległości
2560 8
Demonstranci pod budynkiem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej | foto Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Tym razem udzielałam odpowiedzi zgodnie z prawdą. Przed sądem wszyscy zaprzeczaliśmy sianej przez UB propagandzie, że przed gmachem UB w czerwcu manifestanci rozpoczęli strzelaninę.

Proces nie zakończył się wyrokiem. Przerwało go plenum KC PZPR, w czasie którego do władzy doszedł Władysław Gomułka. Lekarze z Raszei, którzy opatrywali rannych funkcjonariuszy UB zostali wytypowani do odznaczenia. Pani Aleksandra nie.

Solidarnie odmówili przyjęcia odznaczeń do czasu, aż ja nie zostanę usatysfakcjonowana. Po długich pertraktacjach Dyrekcja Szpitala wystąpiła o odznaczenie mnie Brązowym Krzyżem Zasługi.

Wniosek został odrzucony, ponieważ uznano, że Awana pomagała rannym manifestantom, a nie funkcjonariuszom UB i MO.

Pierwsze miesiące nowej władzy ujawniły, że nie będzie ona taka, po jaką poznaniacy wyszli w czerwcu na ulice, za jaką niektórzy z nich zapłacili najwyższą cenę. Każdy następny rok pogłębiał rozczarowanie. Ten stan rzeczy w latach 50.-60. można usprawiedliwić tym, że poznańska klasa robotnicza swe walki „przegrała”.

Jeszcze w czerwcu 1956 wydawało się, że zmiany gospodarcze są możliwe – odbył się wtedy II Zjazd Ekonomistów Polskich, na którym skrytykowano stalinowskie metody zarządzania. „Gomułka żywił nieufność w stosunku do nowych projektów. Był reformatorem z musu, a nie z instynktu i potrzeb intelektualnych” – skwitował ekonomista Czesław Bobrowski. Pakiet reform nie przeszedł. „Autonomia przedsiębiorstw przeszła do historii, nim się na dobre zaczęła. Polska nie została drugą Jugosławią” – pisze Katarzyna Kwiatkowska–Moskalewicz w książce Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus, a Gomułka zamiast reformować zakłady pracy, za priorytet postawił sobie zapewnienie etatów pokoleniu boomersów.

„Przegrała” też gdańska klasa robotnicza w grudniu 1970. Czy zwycięstwo w 1980 pozwala nam mieć jakieś nadzieje na rzeczywiste i trwałe zmiany?

Aleksandra Banasiak skończyła spisywać wspomnienia w styczniu 1980 roku zdaniem, że gdyby miała jeszcze raz wybrać zawód, zostałaby pielęgniarką.

Po wydarzeniach czerwcowych rozwinęła się jako liderka. W 1970 została w demokratycznych wyborach w szpitalu wybrana na przełożoną. W tym roku objęła też obowiązki prezeski Polskiego Czerwonego Krzyża. Została też matką chrzestną statku Poznań.

Aleksandra Banasiak urodziła się we wsi Karsy w powiecie pleszewskim, a wychowała, jako jedno z ośmiorga dzieci, w Dobieszczyźnie pod Jarocinem w rodzinie nauczycielskiej. Był to dom o patriotycznych tradycjach, gdzie śpiewano Rotę i recytowano poezję Kornela Ujejskiego. Zamiast do szkoły, wysyłano ją jednak do pasienia krów – na pasionkę zabierała książkę. Zdawała z klasy do klasy, ale w liceum było jej trudno. Braki ze szkoły podstawowej dawały o sobie znać. Musiała przerwać naukę w wieku szesnastu lat, bo brakowało środków.

Aleksandra „Awana” Banasiak pokazuje prywatne archiwalia | foto Michał Sita

Gdy trafiła ze złamaną nogą do szpitala w Pleszewie, szczególnie zapadł jej w pamięć widok troskliwej zakonnicy czuwającej przy chorych. Kiedy zobaczyła w gazecie ogłoszenie o półrocznym kursie pielęgniarskim w Pile, od razu zaaplikowała. Zdobyła tam tytuł zawodowy młodszej pielęgniarki, dzięki czemu już jako siedemnastolatka mogła rozpocząć pracę w szpitalu.

Po trzech latach, ukończyła kurs pielęgniarski i zdała egzamin przed Państwową Komisją Egzaminacyjną. Pracowała jako pielęgniarka chirurgiczna, ale odczuwała luki w edukacji, dlatego zapisała się w 1957 roku do Liceum dla Pracujących, które ukończyła w cztery lata później. W latach 70. ukończyła dodatkowo studia z rehabilitacji.

Awana karierę zawodową zakończyła w połowie lat 90., przechodząc na emeryturę. W 1992 roku objęła funkcję prezeski Stowarzyszenia Poznański Czerwiec ’56, z którym pozostaje związana do dziś jako honorowa przewodnicząca.

Jej działalność została niejednokrotnie doceniona. W 2005 roku otrzymała Medal Florence Nightingale, prestiżowe wyróżnienie dla pielęgniarek o szczególnych zasługach, a w jubileuszowym roku 50-lecia Czerwca uhonorowano ją Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

W 2007 roku pani Aleksandra startowała w wyborach parlamentarnych z list Platformy Obywatelskiej. W czasach rządów PiS wychodziła na ulice strajkować przeciwko łamaniu Konstytucji.

Ola, opiekunka, wyjaśnia, że określenie „Awana” odnosiło się do zespołu Anawa, w którym śpiewał Marek Grechuta. Opowiada mi też o tym, że nocami obie nie śpią. Pani Aleksandra cichutko, ale szybko jak jeżyk przemieszcza się po mieszkaniu. Teraz wstaje razem ze mną i upiera się, że pomoże mi założyć płaszcz. Upiera się też, że zapnie guziki płaszcza. Uśmiecha się. Odprowadza mnie do windy. Chce ze mną zjechać na dół, ale Ola, opiekunka, trzyma ją mocno za rękę. Machamy sobie. Drzwi windy się zamykają, a ja myślę tylko o tym, że udar nie wymazał pani Aleksandrze z pamięci troski o innych.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!