Powrót do korzeni

Jeszcze do niedawna ogrodnictwo miało łatkę emeryckiego hobby. Dziś na działkach ROD i w przydomowych ogródkach widać coraz więcej młodych osób. Co daje im własny kawałek ziemi?
MARTYNA PIETRZAK-SIKORSKA
Agnieszka Rahimi | foto Michał Sita

Kiedyś ekscytowały mnie dalekie podróże, dziś nic nie cieszy mnie tak, jak zwykły dzień w ogrodzie – śmieje się trzydziestokilkuletnia Aga, która od sześciu lat mieszka w domu na obrzeżach Poznania. Każdy poranek zaczyna od pójścia do ogrodu, a po pracy do niego wraca. – Wyskakuję z samochodu jak z procy i od razu robię obchód grządek. Sprawdzam, jak tam moje kukliki, czy orlik już zakwitł, czy ślimaki nie zjadły warzyw. Chodzę po ogrodzie i się zachwycam, a odkąd rok temu w naszym życiu pojawiło się stadko kaczek, zawsze mam dookoła siebie biegające towarzystwo – opowiada.

Z naszej strony to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć wiele osób, widząc zdjęcia działki, mówiło: „ok, ale wiecie, że będziecie mieli dużo pracy?” – opowiadają Karolina i Konrad, młode małżeństwo z dwójką dzieci, które działkę ROD pod Poznaniem kupiło na początku marca ubiegłego roku. – Działka była dość dzika i zarośnięta, bo nie użytkowano jej przez kilka lat, ale udało nam się doprowadzić ją do ładu i spędziliśmy na niej piękny sezon – dodają. Jak przyznają, działkowanie szybko wciągnęło nie tylko ich, ale także znajomych, którzy zaczęli wpadać na wspólne posiadówki w ogrodzie. – Tych kilka miesięcy pokazało nam, że to była dobra decyzja, więc w tym roku ruszyliśmy z remontem, by na działce było nam jeszcze przyjemniej.

image1
Karolina i Konrad z rodziną na działce, która szybko stała się ich miejscem odpoczynku pod miastem | foto arch. rodzinne Karoliny i Konrada
image2
Dzieci Karoliny i Konrada na działce | foto arch. rodzinne Karoliny i Konrada

Wczoraj, gdy po całym dniu nieobecności wróciłam do domu, zamiast zapytać męża, co u niego, rzuciłam: „mam coś jeszcze podlać?” – śmieje się Marta. Jest przed czterdziestką i sześć lat temu razem z mężem Bartkiem i psem Rysiem wyprowadziła się z Poznania na wieś, do małego domku z ogródkiem. Lada moment zakwitnie w nim ponad dwudziestoletnia wisteria, w drewnianych skrzyniach wschodzą pierwsze warzywa, a w postawionej na początku sezonu szklarni coraz odważniej rozrastają się krzaki pomidorów. – Jestem szalenie dumna z tego, jak dobrze udało nam się to wszystko zorganizować, tym bardziej, że początki nie były łatwe – mówi.

Takich historii jest dziś coraz więcej. Jak wyjaśnia prof. Agnieszka Jeran, socjolożka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, widoczny gołym okiem trend zainteresowania ogrodnictwem wśród młodych osób jest efektem kilku nakładających się na siebie czynników.

Z jednej strony to pokłosie pandemii, bo w czasie obostrzeń wiele osób zaczęło szukać zarówno kontaktu z naturą, jak i bezpiecznych sposobów na spędzanie wolnego czasu. Z drugiej strony, potrzeba otaczania się zielenią – widoczna zarówno w prywatnych ogródkach i na balkonach, jak i w działaniach wspólnot sąsiedzkich czy inicjatywach miejskich – wynika z rosnącej świadomości ekologicznej i jest reakcją na kryzys klimatyczny. Badaczka zwraca również uwagę na istotny w tym kontekście wątek kulturowy: – Od kilku lat obserwujemy także powrót mody na vintage, połączony z nostalgią i sentymentem wobec czasów PRL. W ten nurt wpisują się także ogródki działkowe i związana z nimi kultura upraw, wspólnotowość czy po prostu bycie na działce.

Prof. Agnieszka Jeran, socjolożka z UAM | foto WG

Jak dodaje, dla wielu młodych osób działka czy przydomowy ogródek stają się częścią stylu życia, opartego na lokalności i bardziej świadomych wyborach. – To odróżnia ich od pokolenia rodziców, które często odchodziło od działek na rzecz bardziej „wygodnych” form wypoczynku – takich jak wakacje all inclusive oraz konsumpcyjnego stylu życia. Dziś młodzi coraz chętniej wracają do wspólnotowości, do prostszych i bardziej swojskich form spędzania czasu – wyjaśnia prof. Jeran.

Wyraźny zwrot w stronę natury uwarunkowany jest również kwestiami psychologicznymi. Jak zauważa Przemek Staroń, psycholog, wykładowca i edukator związany z Uniwersytetem SWPS w Sopocie, w dużej mierze wynika on z rzeczywistości, w której przyszło nam żyć: – Funkcjonujemy w hiperkapitalistycznym i coraz mniej przewidywalnym świecie, w którym tempo życia jest ekstremalnie szybkie, a dookoła nas nieustannie mnożą się bodźce. To wszystko razem wzięte powoduje ogromne przeciążenie naszego układu nerwowego, bo ten ewolucyjnie nie jest przystosowany do takich realiów.

Przemek Staroń | foto Piotr Staroń

Czynniki, o których mówi psycholog, szczególnie silnie oddziałują na młodsze pokolenia, zetki i milenialsów, które zdecydowaną większość życia, zarówno zawodowego, jak i prywatnego, spędzają w świecie cyfrowym. Tymczasem badania jasno wskazują, że nie istnieje coś takiego jak „mózg ekranowy”: – Nasz mózg to wciąż mózg zbieracza-myśliwego, zaprogramowany do życia w naturze. Ludzka biologia nie nadąża za postępem technologicznym, więc nic dziwnego, że większość osób czuje dziś ciągłe przebodźcowanie i przeciążenie – wyjaśnia Staroń i dodaje, że właśnie dlatego przebywanie na łonie natury przynosi ukojenie, zmniejsza przeciążenie uwagi i zmęczenie poznawcze. – To powrót, nomen omen, do korzeni. Do tego, co znane, co nam służy – podsumowuje psycholog.

Aga przyznaje, że zdecydowaną większość roku, zarówno ona, jak i jej dzieci, spędzają w ogrodzie. Stworzyła go krótko po przeprowadzce, bo rozległy teren dookoła domu był kiepsko zagospodarowany.

Miałam jasną wizję, ale nie miałam wiedzy i doświadczenia. Na szczęście trafiłam na świetnego ogrodnika, który nie sadził szpalerów tui czy hortensji, ale interesował się ptakami i współistnieniem z przyrodą. Pomógł mi stworzyć przestrzeń naturalną, kojącą i trochę dziką, w której naprawdę można odpocząć i odetchnąć – opowiada. Jej ukochanym drzewem jest miłorząb, który pięknie wybarwia się jesienią, a największą dumą napawa ją to, że ogród żyje, że roi się w nim od ptaków i owadów. – Uwielbiam to, gdy bladym świtem wilga i muchołówka, moje budziki, drą się wniebogłosy przy oknie sypialni – dodaje.

default
Ogród Agnieszki Rahimi | foto arch. prywatne Agnieszki Rahimi
image00037
Dalie w ogrodzie Agnieszki Rahimi | foto arch. prywatne Agnieszki Rahimi
image00026
Ogród Agnieszki Rahimi | foto arch. prywatne Agnieszki Rahimi
image00020
Dziecko Agnieszki Rahimi z ogrodowymi zbiorami | foto arch. prywatne Agnieszki Rahimi

Jak przyznaje Aga, praca w ogrodzie nauczyła ją przede wszystkim cierpliwości. – To nie jest Instagram, gdzie wrzucasz post i od razu pojawiają się serduszka. Tu nie ma efektu instant, na wszystko trzeba czekać – mówi. Własny kawałek ziemi uruchomił w niej też większą uważność i pomógł zrozumieć, że zarówno przyroda, jak i człowiek mają swój rytm. – Jesienią natura się wycisza i przygotowuje do przerwy, zima to czas odpoczynku. Wiosną wszystko rusza od początku, powietrze pachnie inaczej, przylatują żurawie i wiesz, że zaczyna się nowy etap – opowiada.

Ogród jest też źródłem codziennej radości dla jej dzieci, które są zachwycone tym, że mogą coś wysiać i podlewać, a potem patrzeć, jak rośnie.

Dzieci obserwują ptaki, odkrywają ich gniazda i podglądają pisklęta wychylające się po jedzenie. – O, spójrz! Tu Tosia i Julek znaleźli rohatyńca – zagaja Aga, podsuwając ekran ze zdjęciem dwójki maluchów pochylonych nad dużym chrząszczem. – O tym właśnie mówię. Ogród daje im wspaniałe doświadczenia i piękne wspomnienia.

Kiedy pytam ją o to, co najbardziej ekscytuje ją w ogrodnictwie, po chwili namysłu odpowiada, że to niekończący się projekt, przy którym zawsze znajdzie się coś do zrobienia. – I chyba właśnie dlatego to tak wciąga. U nas na tapecie jest teraz oczko wodne dla kaczek, bo póki co taplają się w prowizorycznym bajorku. Kto wie, co będzie następne – śmieje się Aga.

Dla Karoliny i Konrada koronnym argumentem przemawiającym za działką pod miastem była chęć stworzenia analogowego dzieciństwa dla syna i córki.

Nasze dzieci wychowują się w centrum miasta i co chwilę słyszą od nas: „uważaj, jedzie hulajnoga!” albo „odsuń się – rower!”. Nie mają swobody, bo cały czas muszą być ostrożne – mówi Karolina. Właśnie dlatego jej i Konradowi szczególnie utkwił w pamięci obrazek z rodzinnego oglądania działki. – Kiedy pierwszy raz weszliśmy na ścieżkę prowadzącą do domku – taką typowo działkową, z niskimi płotkami i drzewami – dzieci pobiegły przodem, a my szliśmy za nimi. Patrzyliśmy na nie, jak sobie dreptały takim zawadiackim krokiem i pomyśleliśmy, że o to właśnie chodzi, że tak powinno wyglądać ich dzieciństwo – wspominają.

Agnieszka Rahimi | foto Michał Sita

Jak podkreślają młodzi rodzice, różnica w tym, jak dzieci spędzają czas na działce i w mieście, jest uderzająca. – Tam potrafią przez dwie godziny bawić się patykami, w ogóle się nie nudzą, same organizują sobie czas, a w domu, gdzie jest milion zabawek, co chwilę słyszymy, że nie mają co robić – mówi Konrad.

Czas pokazał, że działka jest ważna nie tylko dla dzieci, ale też dla nich samych.

To jest genialny odpoczynek dla umysłu, a dodatkowo po całym dniu siedzenia przy komputerze człowiek może się poruszać i fizycznie zmęczyć. Tym bardziej, że teraz, gdy remontujemy nasz domek, pracy i wyzwań jest naprawdę sporo – śmieje się Konrad. Dla Karoliny ulubionym sposobem na relaks jest spacerowanie po terenie ROD i oglądanie domków i ogródków. Przyznaje, że mogłaby to robić godzinami. – Działka jest też dla nas powrotem do przeszłości, bo momentami sami czujemy się jak w dzieciństwie. W działkowym sklepiku można kupić Draże Korsarze i oranżadki w proszku, czuć tu swojski wakacyjny klimat, który pamiętamy sprzed lat – opowiadają Karolina i Konrad.

Choć oboje uwielbiają życie działkowców, nie myślą o tym, by na stałe wyprowadzić się z Poznania. – Miejskie życie ma swoje plusy, więc super jest to, że mamy wybór – wyjaśnia Konrad.

Po pracy możemy spakować manatki, przyjechać całą rodziną na działkę, odpocząć, pobyć bliżej natury, a później wrócić do mieszkania. Taka konfiguracja działa w naszym przypadku najlepiej – podsumowuje.

Dziś pieję z zachwytu, gdy patrzę na nasze grządki i rabaty, ale szczerze mówiąc dom z ogródkiem nigdy nie był moim wielkim marzeniem – przyznaje Marta. Prowodyrem wyprowadzki z miasta był jej mąż, Bartek, który miał piękne wspomnienia z wakacji na działce na wsi. – W końcu uległam jego namowom i cóż, nie żałuję. Mam poczucie, że już się namiastowałam – opowiada. Choć jej pierwsze ogrodowe przygody nie należały do udanych, dziś grzebanie w ziemi jest dla niej jedną z ulubionych form relaksu i sposobem na odpoczynek od klikania. – Gdy ręce są zajęte, głowa cudownie się oczyszcza. Myśli zaczynają sobie spokojnie krążyć, pojawiają się nowe pomysły, uruchamia się kreatywność, czasem coś się nagle układa – mówi. – Paradoksalnie mam wrażenie, że lepiej pracuję, kiedy popołudnia czy weekendy jestem zajęta ogrodem, bo wtedy naprawdę odpoczywam od tego, co dzieje się w pracy – dodaje.

Ogród Agnieszki Rahimi, naturalna i trochę dzika przestrzeń | foto arch. prywatne Agnieszki Rahimi

Ogród nauczył ją też cierpliwości, pokory i konsekwencji. Zrozumiała, że nie wszystko udaje się od razu, a kluczem do sukcesów, tych małych i dużych, jest wiedza i doświadczenie, których nie sposób zdobyć inaczej niż metodą prób i błędów. – To normalne, że niektóre nasiona nie wzejdą, że kilka sadzonek się nie przyjmie, a część upraw zjedzą szkodniki albo połamie je nawałnica – przyznaje Marta i dodaje, że dziś ma ogromną radość z całego procesu, także z tych mniej udanych momentów.

Na samym początku miałam perfekcjonistyczne podejście, chciałam, żeby wszystko było na już, jak z obrazka. Teraz z dużym szacunkiem patrzę na to, co już mamy w ogrodzie, bardzo to doceniam i staram się nie szukać dziury w całym – mówi.

Ogród pokazał jej też, jak wiele z mężem potrafią zrobić sami, czasem jeszcze z pomocą taty. Ogród przynosi jej też poczucie sprawczości i dużą satysfakcję, szczególnie wtedy, gdy w dwie godziny uda jej się wyplewić sporą rabatę lub gdy w letni dzień może pójść po własne warzywa na obiad. – Jednego roku mieliśmy swoje ziemniaki i to były absolutnie najlepsze pyrki, jakie jadłam, a pomidorów wyhodowanych przez męża, soczystych i słodkich jak miód, nie da się porównać z niczym innym – opowiada rozmarzona.

Po chwili dodaje również, że ogrodnictwo to dla niej nie tylko relaks i odpoczynek, ale też ważna część relacji z mężem. – To nasze wspólne hobby. Potrafimy pół dnia rozmawiać o ogrodzie, planować, snuć się między grządkami i sprawdzać, co nowego wyrosło – mówi. – Bardzo lubię ten moment, kiedy każde z nas coś robi – ja pielę grządki, Bartek coś przycina. Jesteśmy razem, ale jednocześnie każde z nas ma swoje zajęcie.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!