– Wiesz co jest piękne w bieganiu długich dystansów? Ten sport można uprawiać bardzo długo. Jeśli zdrowie dopisze, będę mógł startować jeszcze przez dwadzieścia lat – mówi mi Artur Kujawiński, który w tym roku kończy pięćdziesiątkę. Znamy się długo, nieraz rozmawialiśmy przy okazji kolejnych podejmowanych przez niego wyzwań. Jedno się nie zmienia, Artur zawsze opowiada o nich z niegasnącą pasją w oczach. Niewielu znam ludzi, którzy aż tak kochają bieganie. To przecież sport wymagający codziennego, mozolnego treningu. Nie przypominam sobie, by Artur kiedykolwiek narzekał. Wciąż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że długie wybieganie nad ukochaną Maltą to dla niego przyjemność, a nie obowiązek.
– Obrałem ciekawą drogę, biorąc pod uwagę od czego zaczynałem, bo najpierw byłem sprinterem, a dopiero potem przerzuciłem się na dłuższe dystanse – wspomina. Spotykamy się na ławce przy ulicy Żelaznej. To miejsce w pobliżu stawu Olszak i lasów przylegających od wschodu do Jeziora Maltańskiego.
Artur to Poznaniak z urodzenia i lokalny patriota. Wychował się na Ratajach i to właśnie z nimi wiążą się jego najlepsze wspomnienia z dzieciństwa.
– Mieszkałem najpierw na osiedlu Lecha, potem na Rusa, potem na Czecha. Do szkoły chodziłem na Tysiąclecia. Poza tym życie za dzieciaka toczyło się wokół Malty. Goniliśmy z kolegami po okolicznych górkach, a ja zawsze szybko biegałem. Jak była jakaś akcja na działkach, gdzie podjadaliśmy mirabelki, uciekałem najszybciej. W domu zawsze byłem pierwszy – opowiada Kujawiński.

Artur Kujawiński | foto Dariusz Berg
Artur już od najmłodszych lat marzył, by zostać sportowcem. Nie wiedział tylko, czy wyczynowym, czy amatorskim. Ale jedno było pewne, sport miał się stać ważną częścią jego życia. Przygodę z bieganiem rozpoczął od dystansów sprinterskich. Miał wtedy czternaście lat. – Mój problem polegał na tym, że nie byłem zrzeszony w żadnym dużym klubie. Reprezentowałem mały klub szkolny, a to sprawiało, że nie trafiłem pod skrzydła jakiegoś poważniejszego trenera. Choć kiedy startowaliśmy z chłopakami w sztafecie, to i tak potrafiliśmy wygrać z ekipami z większych organizacji. Prawda jednak była taka, że na szczeblu wojewódzkim, owszem, byłem w czołówce, natomiast w skali ogólnopolskiej już niekoniecznie. A potem postawiłem na edukację. Tak skończyła się przygoda Artura z biegami krótkimi.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że wkrótce otworzy się przed nim zupełnie nowy, fascynujący świat. Jeszcze w liceum Kujawiński wygrał konkurs wiedzy ekonomicznej, a zatem wybór uczelni był oczywisty.
Tak się złożyło, że szefem jego katedry na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu (dzisiaj to Uniwersytet Ekonomiczny) był nieżyjący już Janusz Grzeszczuk – znakomity biegacz i maratończyk, były mistrz Polski w biegu na 800 metrów i twórca hali sportowej przy ulicy Dożynkowej. To była ważna postać w sporcie uniwersyteckim. Dla Artura spotkanie z Januszem Grzeszczukiem okazało się punktem zwrotnym, po którym życie nie było już takie samo.

Artur Kujawiński podczas spotkania z uczniami Łejery Szkoła i Teatr | foto UltraManiac
– To on zachęcił mnie do biegania po zakończeniu przygody ze sprintem, ale było to już zupełnie inne bieganie. Zabrał mnie na biegi przełajowe organizowane nad Maltą, konkretnie na Polanie Harcerza. To były zawody na 3 kilometry. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało. Cieszyłem się, że bieg trwa dłużej niż kilka sekund, a w grę wchodziła taktyka, odpowiednie rozłożenie sił. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Potem Janusz Grzeszczuk pokazał mi też świat wielkich maratonów rozgrywanych w największych miastach świata, jak Londyn czy Nowy Jork.
W Polsce moda na bieganie miała dopiero nadejść. Artur wspomina, że pierwsze treningi zaczynał po zmroku, by nie szokować przechodniów. Widok mężczyzny w obcisłym stroju nie był wtedy codziennością.
– Jak w tym filmie Robin Hood: Faceci z rajtuzach – uśmiecha się Artur i dodaje: – Doskwierał nam brak wiedzy. Nie było jeszcze portali biegowych czy czasopism dotyczących biegania. Nie miałem pojęcia, jak przygotowywać się do startów. Pamiętam, że kiedy wracałem z pierwszego maratonu w Berlinie w 1999 roku, w drodze powrotnej pytałem kogo się dało o metody treningowe.

Artur Kujawiński na trasie Marathon des Sables Legendary na Saharze | foto arch. pryw.
Artur do dziś startuje w biegach ulicznych. Podczas poznańskich maratonów i półmaratonów jest nawet szefem pacemakerów – ludzi, którzy nadają na trasie odpowiednie tempo na określony czas, pomagając uczestnikom w biciu rekordów życiowych.
Ale to nie na ulicach Poznania, Berlina, Londynu czy Nowego Jorku Artur czuje się najszczęśliwszy: – Pamiętam, jak pierwszy raz biegłem przez Anglię. Pomyślałem sobie, że biec przed siebie przez wioski, pola i miasta na dystansie powyżej 300 kilometrów przez kilka dni, to jest coś co kocham najbardziej. Pierwszą setkę przebiegłem w 2005 roku. Miałem wtedy takie powiedzenie: od 100 metrów do 100 kilometrów, bo taką właśnie pokonałem drogę od sprintu do ekstremalnie długich dystansów. Pamiętam, że ostatnie 10 kilometrów przebiegłem w totalnej euforii, jakbym się znalazł w innym wymiarze. Ta miłość pozostała ze mną do dziś.
Ta miłość zaprowadziła Artura Kujawińskiego do startów w największych ultramaratonach na świecie. Pokonał słynny Spartathlon w Grecji (246 kilometrów z Aten do Sparty), podczas którego zawodnicy mają trzydzieści sześć godzin na pokonanie dystansu, biegnąc śladami starożytnego posłańca Filippidesa.
Poznaniak startował też w biegach przez Anglię i Szkocję, od zachodniego do wschodniego wybrzeża. Jednak jego największym osiągnięciem było pokonanie Badwater 135, najtrudniejszego biegu ultra na świecie.
– Powiedzmy sobie szczerze, już sam fakt, że mogłem wziąć udział w tych zawodach był wielkim sukcesem, bo tylko stu biegaczy z całego świata jest co roku dopuszczonych do startu w Badwater, a priorytetowo traktowani są zawodnicy ze Stanów Zjednoczonych, bo organizatorzy wychodzą z założenia, że są oni najlepiej przygotowani do radzenia sobie z trudnościami Doliny Śmierci. Badwater to ukoronowanie mojej przygody z bieganiem.
Badwater 135 to cierpienie w czystej postaci, bo kalifornijska Dolina Śmierci jest jednym z najgorętszych miejsc na świecie, a zawody odbywają się w lipcu, co oznacza jakieś pięćdziesiąt stopni Celsjusza. – Jest tak gorąco, że ekipa, która podążała za mną samochodem, co kilka minut musiała polewać mnie wodą. Bez tego czekałby mnie udar. Telefon komórkowy w takich warunkach nagrzewa się tak bardzo, że po kilku minutach nie jesteś w stanie utrzymać go w ręce. Asfalt ma chyba sto stopni. To są naprawdę ekstremalne warunki.

Biegacz ultra Artur Kujawiński podczas Run Around Poland 2021 w Tatrach | foto UltraManiac
Biegacze Badwater mają co roku do pokonania 135 mil, czyli około 217 kilometrów i temperatura nie jest jedynym problemem. Uczestnicy muszą przebiec trasę z najniższego punktu USA (Badwater Basin) aż do Whitney Portal, co oznacza 4450 metrów różnicy wysokości. To tak, jak by trzy razy wbiec z Zakopanego na Rysy. Tyle, że w pustynnych warunkach. – Dwukrotnie byłem bliski zejścia z trasy. Już samo ukończenie tej imprezy jest wielkim osiągnięciem. Tam większość biegaczy nie startuje dla wyniku na mecie, ale po to by te metę przekroczyć. W edycji, w której startowałem, imprezy nie ukończył rekordzista trasy i dwukrotny zwycięzca. To pokazuje, że Badwater może pokonać każdego.
Ostatnio Artur postawił sobie inne wyzwanie. Tym razem postanowił wystartować w Marathon des Sables, legendarnej imprezie rozgrywanej w Maroku.
Jej twórcą jest Patrick Bauer, który w 1984 roku samotnie pokonał 350 km przez pustynię, co zainspirowało go do stworzenia Maratonu Piasków. – Nie jestem przekonany, czy to dobra nazwa, bo sugeruje dystans maratoński, kiedy w rzeczywistości mówimy o dystansie ultra. To wieloetapowy bieg, w którym co roku zawodnicy pokonują 270 kilometrów., a tym roku jeszcze go wydłużono. Tylko ostatniego dnia mieliśmy do przebycia 100 kilometrów.

Biegacz ultra Artur Kujawiński podczas Run Around Poland 2021 w Tatrach | foto UltraManiac
W 1994 roku na trasie Maratonu Piasków prawie doszło do tragedii. Włoski biegacz, Mauro Prosperi, zgubił się podczas burzy piaskowej. Na pustyni przetrwał dziewięć dni, pijąc własny mocz i jedząc nietoperze, zanim odnalazła go ekipa poszukiwawcza.
Artur Kujawiński na szczęście nie miał takich problemów: – Bieg jest tylko częścią doświadczenia. Przez tydzień biwakowaliśmy w namiotach berberyjskich na środku Sahary, mając do dyspozycji od organizatora tylko pięć litrów wody i to, co przywieźliśmy do jedzenia, do spania czy do rozpalania ognia. Cały ten ekwipunek pakowaliśmy potem w plecak wraz z obowiązkowym sprzętem i biegliśmy przez Saharę. Przez tydzień spałem w śpiworze na środku pustyni. Mieliśmy też burzę piaskową, więc ostatnie trzy dni budziliśmy się z piaskiem w zębach. To był obóz przetrwania.
Ale to nie wszechobecny piasek był największym problemem Artura na Saharze. Nie był nim też plecak ważący ponad 7 kilogramów. – Moim priorytetem było sprawić, żeby piasek nie dostał się do butów. Miałem je bardzo szczelne, a do tego zakładałem specjalne rękawy aż do poziomu łydki, które też miały mnie chronić. Niestety w wysokich temperaturach moje stopy się w tym gotowały i w efekcie ocierały. Już po pierwszym dniu miałem wielkie rany, które z każdym dniem się pogłębiały. Ból był tak potężny, że musiałem skorzystać z pomocy medycznej.
Trywialny problem mógł wyeliminować Artura z rywalizacji, ale tak się nie stało. Ukończył bieg na dalekiej pozycji, co było frustrujące o tyle, że po pierwszym etapie był blisko czołowej setki w stawce 1500 osób. Ale Poznaniak przekonuje, że do Maroka nie jechał tylko po wynik: – Widoki były spektakularne. Od wielu lat marzyłem o tych bezkresnych piaskach. Zobaczyłem wydmy wielkości naszych poznańskich wieżowców. To naprawdę robi wrażenie. A jeszcze wspiąć się na te wydmy i zobaczyć widoki za nimi… Nawet teraz mam gęsią skórkę, takie robiły wrażenie. Nie bez powodu kręcono tam Gladiatora. Powrót do Polski był ciężki.

Biegacz ultra Artur Kujawiński podczas Run Around Poland 2021 w Tatrach | foto UltraManiac
Ale w kraju nasz bohater też potrafi się doskonale odnaleźć. W 2021 roku zrealizował wyjątkowy projekt Run Around Poland. Pod koniec lipca Artur wybiegł z molo w Sopocie na trasę liczącą blisko 4000 kilometrów z metą w tym samym miejscu. Przebiegł Polskę dookoła, wzdłuż granic i bez niczyjego wsparcia. W podobnym stylu pokonał też Portugalię – 660 kilometrów z północy na południe.
Uwinął się w 218 godzin i 29 minut, co wpisano do Księgi Rekordów Guinessa. Artur spełnił w ten sposób swoje kolejne marzenie, które było możliwe dzięki ciężkiej pracy tu, w rodzinnym Poznaniu.
– Gdzie trenuję? Najczęściej można mnie spotkać nad Maltą, to moje ukochane miejsce. Ruszam z domu, przebiegam koło Stawu Olszak, a potem trafiam już nad jezioro. Myślę, że odwiedzam Maltę kilkaset razy w roku. Z kolei w weekend udaję się za miasto. Biegnę w stronę Swarzędza, Nowej Wsi, czasami Tulec. Gdy ktoś mnie pyta, czy dzisiaj będę biegać, mówię, że to tak, jak by mnie spytać, czy będę dzisiaj oddychał. Nie wychodzę na trening może dwa razy w miesiącu i czuję się wtedy bardzo dziwnie. Kiedy nie idę pobiegać, po prostu przebieram nogami i doba mi się strasznie wydłuża.
Bieganie to całe życie Artura Kujawińskiego. W wolnych chwilach organizuje imprezy w naszym mieście, wśród nich Recordową Dziesiątkę oraz Poznański Bieg Niepodległości. Ale nawet kiedy to robi, myślami jest gdzieś daleko, szukając kolejnych ekstremalnych wyzwań: – Cały czas chcę przełamywać bariery, doświadczać czegoś nowego, wyrywać się w świat. To sprawia mi największą frajdę. I nie planuję przestać.