Poranna kawa jest dla nich świętością, najważniejszym rytuałem dnia. Śmieją się, że kiedy podróżują kamperem, zdarza im się wypić pierwszą kawę godzinę lub dwie później niż zwykle, bo szukają idealnego miejsca z pięknym widokiem. – Landschaft, słońce na buzi i kawa w dłoni, nie ma nic lepszego – mówi rozmarzona Mari.
Ona na co dzień pisze i redaguje, wykonuje także masaże kobido. On zajmuje się fotografią i produkcją wideo. Ich wspólna kamperowa przygoda zaczęła się na dobre pięć lat temu, a jej głównym prowodyrem był Bartek, który przez kilka lat dużo podróżował po świecie z plecakiem. – Zjechałem całe Stany Zjednoczone i wróciłem do Polski naokoło, przez Azję. Po powrocie czułem, że nadal chciałbym podróżować, ale już w trochę inny sposób – opowiada i dodaje, że z jednej strony potrzebował czegoś mniej intensywnego i wymagającego, z drugiej zależało mu na poczuciu wolności i luzie. – Najpierw chodził mi po głowie bus, którego chciałem przerobić na vana. To było jeszcze przed pandemią, więc temat nie był szczególnie znany i popularny. Gdy poznaliśmy się z Mari, ona również złapała bakcyla i wspólnie uznaliśmy, że najlepszą opcją będzie kamper.
Dom na kółkach kupili w Jeleniej Górze, to Fiat Ducato z 2002 roku o powierzchni plus minus dwunastu metrów kwadratowych.
– O ile decyzja o kamperze była przemyślana, tak zakup tego konkretnego auta był totalnie spontaniczny. To był pierwszy kamper, którego oglądaliśmy i wiedzieliśmy od razu, że to jest to! – śmieje się Mari i podsuwa mi pierwsze wspólne zdjęcie Bartka z nowo nabytym autem. – Spójrz, jaka radość, zrobiliśmy je na parkingu dosłownie chwilę po wszystkim.
Ich pierwsza wspólna podróż była z wysokiego c. Wyruszyli na południe Francji, pokonując w obie strony około czterech tysięcy kilometrów.
Miesięczny wyjazd był czasem pełnym przygód. – Już na samym początku okazało się, że mamy awarię pieca, więc nie działało ogrzewanie, nie mieliśmy ciepłej wody. Byliśmy w okolicach Alp, w nocy temperatura spadała do ośmiu stopni Celsjusza, a my dzień w dzień kąpaliśmy się w lodowatej wodzie – wspomina Bartek.

Kamperowy postój | foto Bartek Zwiefka
Po drodze wyzwań pojawiło się więcej, choćby szukanie miejsc na postoje, bo uliczki w miasteczkach były szalenie wąskie. Zepsuł im się także zderzak, a okno w sypialni zaczęło przeciekać. – W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nad Jeziorem Como. Piękne widoki, góry, urokliwe miasteczka, a do tego… wichura, ulewa i woda kapiąca na łóżko – śmieje się Mari. Paradoksalnie wszystkie te przygody ich nie zniechęciły. Wręcz przeciwnie, po powrocie mieli jeszcze większą ochotę ruszyć w kolejną podróż. – Pierwsza wyprawa ekspresowo wyleczyła nas z romantyzowania kamperowania, bo przekonaliśmy się, że w trasie może się wiele wydarzyć – przyznają.
Szybko odkryli również, że w takim podróżowaniu najbardziej podoba im się nie samo przemieszczanie się z punktu A do punktu B, ale możliwość podróżowania we własnym rytmie, bo kamper to, wiadomo, przygoda, ale i wygoda.
Z jednej strony mają swój domek na kółkach wyposażony we wszystko, czego potrzebują do codziennego życia, z drugiej każdego ranka mogą spontanicznie zdecydować, że zamiast jechać zgodnie z planem, odbiją gdzieś w bok. – Lubię to, że kiedy ruszamy na dłuższą wyprawę, tak naprawdę nigdy nie wiemy, co wydarzy się następnego dnia, co dla wielu osób może być sporym minusem – uśmiecha się Bartek. – Wstępnie mamy ustalony jakiś plan, ale rano możemy stwierdzić: dobra, powinniśmy jechać na południe, ale po drodze jest coś ciekawego, więc zjedźmy tutaj. I nagle okazuje się, że zamiast być w docelowym miejscu za dwa dni, jesteśmy pięć dni później – dodaje.
Dużym plusem jest także to, że nie muszą rano ruszać w dalszą trasę, jeśli dobrze czują się w miejscu, w którym zaparkowali. Nie muszą też wszystkiego zobaczyć i odhaczyć każdej dostępnej atrakcji. Czasem wystarczy im kawa z widokiem na ocean, spacer z Bobbym i świadomość, że wieczorem mogą zostać dokładnie tam, gdzie są. – Kiedy byliśmy zimą w Hiszpanii zdarzało się, że w miejscu, które wybraliśmy, lało. Wtedy szybko zbieraliśmy manatki, pakowaliśmy do kampera, jechaliśmy pięćdziesiąt kilometrów dalej i mieliśmy pełne słońce. Kiedy wykupi się wczasy w hotelu, nie ma takiej opcji – słusznie zauważa Mari.
Przez pięć lat Mari, Bartek i Bobby zdążyli przemierzyć sporą część Europy. Kilka miesięcy spędzili podróżując zimą po Hiszpanii i Portugalii, ale równie chętnie ruszają w trasy po Polsce.
Mają ulubiony weekendowy spot pod Poznaniem, gdzie odpoczywają w hamaku. Z chęcią wracają w Lubuskie, które oferuje im odpoczynek w lesie. Regularnie jeżdżą także nad morze, a wiosną tego roku byli dwa tygodnie w Bieszczadach. W swoim Fiacie Ducato spędzają średnio około pięciu miesięcy w roku.
Kampera traktują trochę jak hobby, czasem dość kosztowne, bo ponad dwudziestoletnie auto wymaga regularnych napraw i ulepszeń. – Gdy kupujesz staruszka, musisz mieć świadomość, że co jakiś czas coś wysiądzie, zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie – mówi Bartek. Początkowo każda awaria i usterka była dla nich źródłem stresu, dziś podchodzą do tego z dużo większym spokojem. – Traktujemy awarie jako nieodłączną część życia, które wybraliśmy.

Bartek Zwiefka i Bobby podczas kamperowej podróży | foto Mari Krystman
Kamperowa codzienność nauczyła Mari i Bartka tego, że do szczęścia tak naprawdę nie potrzebują wiele, a przeniesienie życia z dobrze wyposażonego dużego mieszkania do kilkunastu metrów kwadratowych wcale nie sprawiło, że poczuli się ubożsi. Wręcz przeciwnie. – Kocham design, w domu mam masę pięknej ceramiki, ale w kamperze tylko trzy kubeczki na kawę – mówi Mari i podkreśla, że na tak małym metrażu każda rzecz musi mieć swoje miejsce, a każdy centymetr przestrzeni swoje zastosowanie. Bartek dodaje, że po pewnym czasie człowiek przyzwyczaja się do ograniczonej przestrzeni i odkrywa, że większość rzeczy, które całkiem niedawno uważał za absolutnie niezbędne, jest niepotrzebna.
Oboje śmieją się, że w domu na kółkach czują się tak dobrze, że śpią w nim nawet wtedy, gdy są w odwiedzinach u rodziców czy znajomych na działce.
– Któregoś razu podróżowała z nami koleżanka i pierwszego ranka myła zęby z odkręconą na full wodą, a my patrzyliśmy na siebie z przerażeniem – śmieje się Mari. W kamperze zapasy wody, gazu czy prądu są zasobami ograniczonymi, trzeba ich pilnować i oszczędzać. Należy również planować zakupy, znaleźć miejsce, w którym można uzupełnić zbiornik, kupić gaz lub zrzucić szarą wodę. Czasem zwykłe „zatankowanie” wody staje się kilkugodzinną i skomplikowaną misją. – Kiedy wszystkie te sprawunki są już załatwione, pojawia się coś, czego w domu prawie się nie zauważa: poczucie, że przez kilka kolejnych dni można mieć spokój. Oczywiście do kolejnego razu – mówi Mari.

Mari Krystman | foto Bartek Zwiefka
Jak zgodnie oboje przyznają, na przestrzeni lat podróżowanie kamperem stało się dla nich nie tyle sposobem na urlop i wypoczynek, ile planem na życie. – Od ludzi dość często słyszymy, że cały czas jesteśmy na wakacjach, ale my tego tak nie traktujemy. Po prostu na chwilę wyprowadzamy się z miasta, ale normalnie pracujemy, ogarniamy sprawy, nie leżymy całymi dniami na plaży – wyjaśnia Bartek. Mari dodaje, że oboje mają możliwość pracy zdalnej, więc nie chcą żyć od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.
Kamper pozwala im rozłożyć odpoczynek na cały rok. Czasem oznacza to kilka miesięcy spędzonych w drodze, innym razem krótki wypad gdzieś w Polskę.
– Jeśli mamy możliwość, po prostu pakujemy się całą trójką do kampera i jedziemy. Nie musimy czekać na wakacje, żeby zmienić otoczenie, zwolnić tempo czy spędzić kilka dni bliżej natury. To naprawdę ogromny przywilej – zauważa Bartek. Podczas podróży ich rytm dnia staje się spokojniejszy i dużo bardziej uporządkowany – Nie siadamy od razu do pracy, tylko znajdujemy pół godziny na spokojny spacer z psem, na przeczytanie kilku stron książki, na kawę. Jemy regularnie posiłki, robimy sobie przerwy, po prostu zwalniamy tempo – wyjaśnia.
Mari i Bartek nie chcą czekać na moment, w którym wreszcie będzie można odpocząć.
Oboje są z pokolenia millenialsów, więc dobrze znają schemat: pracować ile się da, realizować kolejne plany, odkładać pieniądze, a życie i odpoczynek zostawić na później – docelowo na emeryturę, kiedy będzie więcej czasu, a mniej obowiązków. Haczyk polega jednak na tym, że nie ma żadnej gwarancji, że gdy ten moment nadejdzie, my wciąż będziemy mogli z niego skorzystać. – Co, jeśli wtedy nie będzie już zdrowia? Albo po prostu nie będzie na to sił? – zastanawia się Mari i przyznaje, że takie podejście przywodzi jej na myśl wizję nieba. – Teraz będę po prostu cierpieć i się męczyć, ale później to dopiero będzie super, odbiję to sobie. A przecież żyć po swojemu można tu i teraz – mówi.

Kamperowy postój | foto Bartek Zwiefka
Z czasem zmieniło się także ich podejście do życia. Oboje powoli dobiegają czterdziestki i – jak sami przyznają – im są starsi, tym mniej zależy im na tym, by jak najwięcej zrobić i zarobić, a bardziej na tym, żeby dobrze przeżyć zwyczajny dzień. Sprzyja im także współczesny świat: tanie loty, praca zdalna, działalność na własny rachunek i większa mobilność sprawiły, że dla części osób granica między domem, pracą i urlopem zaczęła się rozmywać. Mari i Bartek nie chcą jednak zamieniać jednego schematu na drugi.
Nie chodzi im o nieustanne podróżowanie ani o życie na permanentnych wakacjach. Chodzi raczej o możliwość wyboru spokojniejszego stylu życia.
Oboje śmieją się, że powrót do Poznania po kilku miesiącach wojaży po Europie bywa bolesny. – Po trzech miesiącach w Hiszpanii, gdzie poruszaliśmy się głównie po małych miejscowościach, duże miasto wydaje się zbyt gwarne – przyznaje Mari. Po chwili jednak dodaje, że lubi Poznań, szczególnie latem, gdy może spacerować po Parku Sołackim, który jest jednym z jej ulubionych miejsc. Zachwyca ją również poznańska architektura, którą na nowo odkryła podczas redagowania przewodnika Wstęp do Poznania. Przewodnik po sercu miasta, którego autorką jest poznańska przewodniczka Joanna Lip. Wspólnie z Bartkiem od kilku lat z uznaniem obserwują także rozkwit Jeżyc, które roją się od knajp, klimatycznych butików i kawiarni.

foto Bartek Zwiefka
Dla Mari powrót do miasta jest ważny także z zawodowego powodu, bo wraca do masowania kobido i spotkań z klientkami. Gdy zimowali w Hiszpanii, dostawała wiadomości z pytaniami, kiedy będzie można znów zapisać się na masaż, a niektóre klientki pisały wprost, że tęsknią za kobido. – To zawsze rozgrzewa moje serce, bo uwielbiam masować – mówi, zaznaczając od razu, że to dla niej więcej niż praca.
Kobido daje Mari dużo satysfakcji i sprawia, że z przyjemnością wraca do niego po kolejnych miesiącach spędzonych w drodze.
Kiedy na sam koniec rozmowy pytam kamperowców, co najbardziej lubią w tym sposobie podróżowania, oboje zgodnie przyznają, że budzenie się w przyrodzie. – W kamperze śpi się wybitnie dobrze, może dlatego, że za oknem nie ma samochodów ani miejskiego hałasu, tylko las, jezioro albo szum morza czy oceanu – opowiadają i dodają: – Tego nie da się opowiedzieć, tego trzeba doświadczyć.