
Gdy 19 marca 1922 roku członkowie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży rejestrowali w Poznańskim Związku Okręgowym Piłki Nożnej drużynę o nazwie Lutnia Dębiec, nie mogli wiedzieć, że na jego bazie wyrośnie klub tak ważny, jak Lech Poznań. Ważny, bo nie tylko w mieście, ale w całej Wielkopolsce występami lechitów żyją dzisiaj tysiące fanów, których dobrostan uzależniony jest od wyników tej drużyny. Fanów, którzy życie planują tak, by przypadkiem nie opuścić meczu. Stąd na Kolejorza mówi się często Duma Wielkopolski, bo nie tylko samego Poznania.
A bywało, że Lech nawet i w swoim mieście nie był najsilniejszym klubem. Przed II wojną światową, ale i po jej zakończeniu królowała tu Warta. Ba, dwa razy zdarzyło się, że zdominowała rywalizację w całym kraju. W 1929 i 1947 roku Zieloni zdobyli mistrzostwo Polski. Dopiero z czasem na znaczeniu zaczął zyskiwać wspierany przez kolej Lech.
Warta była uznawana za klub elit, a Kolejorz miał bardziej ludowy charakter, co dobrze oddaje opowieść nieżyjącego już Janusza Gogolewskiego, który pod koniec lat 40. XX wieku dołączył do Lecha, by w przyszłości stać się jego kapitanem.
„Kiedy zdecydowałem się dołączyć do Lecha, znalazłem wroga w ojcu, który mówił, żebym nie szedł do tych »smoluchów«. Tata miał swoją prywatną inicjatywę, prowadził cukiernię i kawiarnię. W jego oczach pasowałem tylko do Warty, bo tam byli sami bogaci ludzie. Miałem z nim konflikt, bo zdecydowałem się na Kolejarza. A zrobiłem to ze względu na kolegów” – mówił mi Gogolewski w programie Grałem w Kolejorzu emitowanym na antenie Lech TV.
– Lech od początku miał tę przewagę nad Wartą, że wnosił duży ładunek emocjonalny. Jego kibice zachowywali się żywiołowo, krzyczeli na meczach, przeżywali je w bardziej ekspresyjny sposób niż fani Zielonych. To wynikało właśnie z tego proletariackiego i kolejowego pochodzenia Lecha. Przyciągał tłumy ludzi pracujących w licznych zakładach przemysłowych w mieście. Warta była w pewnym sensie elitarna, co wynikało jeszcze z jej rodowodu przedwojennego i dlatego w przeciwieństwie do Lecha nigdy nie rozpalała tłumów. Tak pozostało zresztą do dziś – tłumaczy pisarz, dziennikarz Interii i wieloletni kibic Lecha Radosław Nawrot.
Żywiołowy doping nie brał się znikąd. Już w czasach powojennych w Lechu występowali piłkarze, którzy potrafili wzniecić w kibicach ogień.
Odwiedzając stadion przy ulicy Bułgarskiej warto zwrócić uwagę na nazwy poszczególnych trybun: Teodora Anioły, Edmunda Białasa i Henryka Czapczyka. To trio stworzyło słynny tercet ABC. Pierwszy był znakomitym strzelcem, drugi mistrzem taktyki, a trzeci fantastycznie dryblował. Dziennikarz sportowy i komentator Grzegorz Hałasik z Radia Poznań tłumaczy, dlaczego z tej trójcy najbardziej wrył się w pamięć kibiców Teodor Anioła.
– Mamy w radiu dwa archiwalne nagrania z panem Teodorem w roli głównej. Z pewnością był on piłkarzem wybitnym, ale, co ciekawe, nie wyróżniał się umiejętnościami technicznymi. To był strzelec wyborowy. Jak trafił czysto w piłkę, zrywał siatkę, jak chybił, „zabijał” kibica w piątym rzędzie. Ale zdecydowanie częściej trafiał – śmieje się mój rozmówca. Piłkarzy Lecha nie przypadkiem nazywano „dębieckimi bombardierami”. Sam tylko Anioła zdobył w kolejowych barwach 139 bramek w 196 meczach. O tercecie ABC do dziś krążą wśród kibiców legendy, co jest o tyle zaskakujące, że wspomniane trio na boisku rozegrało wspólnie zaledwie dwa sezony.
Przez lata Lech Poznań zagrał mnóstwo kultowych meczów. Część z nich zachowała się na taśmach telewizyjnych, ale oczywiście nie wszystkie. Jednym z takich legendarnych spotkań było z pewnością to z Zawiszą Bydgoszcz.
W czerwcu 1972 roku Lech, po latach błąkania się po niższych ligach, znów stanął przed szansą powrotu do najwyższej klasy, którą wtedy była I liga. Redaktor naczelny portalu Kibicpoznanski.pl Józef Djaczenko był na tym meczu i barwnie wspomina wydarzenia ze Stadionu 22 Lipca na Wildzie.
– Atmosfera wokół tego spotkania była niesamowita. Kibice pojawili się na trybunach dwie godziny wcześniej i już wtedy rozpoczął się żywiołowy doping. Piłkarze nie zdążyli wybiec na boisko, a stadion już tętnił życiem. Dziś szacuje się, że spotkanie z Zawiszą oglądało sześćdziesiąt tysięcy widzów, ale trudno to zweryfikować, bo nie było krzesełek, tylko ławki. Fani wypełnili wszystkie możliwe przestrzenie, łącznie z koroną stadionu. Siadali, gdzie tylko się dało. Gdy zabrakło biletów, ludzie i tak wchodzili na stadion. Zdarzało się nawet, że wyłamali bramę. To było kompletne szaleństwo. I teraz proszę sobie wyobrazić, że w tej atmosferze piłkarze Lecha niemal od razu stracili dwie bramki. Tumult na trybunach zmienił się w kompletną ciszę, zapanowała konsternacja. Lechici na szczęście jeszcze przed przerwą wyrównali, w drugiej połowie dołożyli dwa kolejne gole i cieszyli się ze zwycięstwa 4:2. Nigdy wcześniej w Poznaniu nie było takiej euforii. Ten awans do I ligi można spokojnie porównać do późniejszych mistrzostw Polski w wykonaniu Kolejorza. Ładunek emocjonalny był ogromny – mówi Józef Djaczenko.

Teodor Anioła, 1948 | arch. Lecha Poznań
Fani Lecha jeszcze wtedy nie wiedzieli, że najlepsze dopiero przed nimi. Do dziś Kolejorz wywalczył dziewięć tytułów mistrzowskich oraz pięć krajowych pucharów. Największe nagromadzenie sukcesów nastąpiło w latach 80. Grzegorz Hałasik miał to szczęście, że właśnie wtedy jako sześcioletni chłopak po raz pierwszy trafił na Bułgarską: – Prawdę mówiąc niewiele z tego pamiętam. Nie mam nawet pewności, który to był mecz. Wydaje mi się, że z Pogonią Szczecin. To był chyba 1982 rok i tata za rączkę przyprowadził mnie na stadion, który był wypełniony i świeciło słońce, tego jestem pewien, bo w tamtych czasach obiekt nie miał jeszcze oświetlenia. Ale pierwsze mistrzostwo Polski Lecha pamiętam już dużo lepiej. To był 1983 rok, Kolejorz grał decydujący mecz z Górnikiem Zabrze, a my słuchaliśmy go w radio. Kiedy nasi wygrali, wyszliśmy na balkon. Co ciekawe była wtedy u nas rodzina, która przyjechała do Poznania na papieża, bo wtedy Jan Paweł II odwiedził nasze miasto. Atmosfera na meczach z tamtych lat była niezwykła.
Właśnie w tamtych czasach w Lechu grał piłkarz, który jest uznawany za największą postać w historii Kolejorza. Mirosław Okoński był niezwykłym zawodnikiem, obdarzonym niesamowitymi umiejętnościami technicznymi. Żartowano, że „lewą nogą mógłby wiązać krawaty”. Do dziś opowiada się w wielkopolskich domach o jego występach na boisku i poza nim.
„Okoń” miał bowiem słabość do alkoholu i hazardu. Zdarzało się, że imprezował do rana, by w południe, będąc jeszcze mocno wczorajszym. wybiec na boisko i ośmieszać rywali.
„On jest rodzajem mitu, którym Poznań karmi się do dziś. To człowiek z całusem losu na czole, obdarowany niebywałym talentem. Jest przykładem na to, że również w Polsce może urodzić się piłkarski geniusz. Postać nie z tej ziemi, do dziś otaczana czcią przez kibiców Kolejorza, a jednocześnie utracjusz, hulaka i birbant. Mężczyzna z krwi i kości, o którym – przy najszczerszych chęciach – nie da się napisać hagiografii” – tak we wstępie do książki Okoń piłkarza opisuje Radosław Nawrot.
W latach 80. i na początku 90. dzięki popisom Mirosława Okońskiego, ale też dzięki pracy nie mniej legendarnego trenera, Wojciecha Łazarka, gęsto zrobiło się od sukcesów Kolejorza. W dziesięć lat piłkarze z Bułgarskiej wywalczyli pięć tytułów mistrza Polski i trzy krajowe puchary. Do dziś to większość trofeów w klubowej gablocie.
Właśnie wtedy kibice Kolejorza poznali smak czegoś nowego i magicznego – meczów z wielkimi klubami w europejskich pucharach. Przy Bułgarskiej pojawiły się takie potęgi, jak Atlethic Bilbao, Liverpool FC, Olimpique Marsylia czy FC Barcelona. Być może z dzisiejszej perspektywy brzmi to niewiarygodnie, ale w 1988 roku Kolejorz naprawdę otarł się o wyeliminowanie Dumy Katalonii z Pucharu Zdobywców Pucharów. Zespół prowadzony przez Henryka Apostela po sensacyjnym remisie 1:1 na Camp Nou mógł bronić wyniku przy Bułgarskej, a zamiast tego zaatakował Blaugranę z ogromną pasją. Prowadził nawet 1:0 po golu Jerzego Kruszczyńskiego, ale chwilę potem wyrównał Roberto. W rzutach karnych minimalnie lepsza okazała się Barcelona. – Słynny Johan Cruyff spalił podczas tego meczu trzy paczki papierosów. Wiem, co mówię, bo siedziałem tuż za ławką drużyny gości. Odpalał jednego od drugiego z tych nerwów – wspomina Maciej Henszel, wtedy tylko kibic, potem dziennikarz, a dziś menadżer Lecha do spraw komunikacji i relacji z otoczeniem.
Lech był wtedy bardzo blisko epokowego sukcesu, czyli awansu do ćwierćfinału europejskiego pucharu. Okazuje się, że w końcu i to udało się mu osiągnąć, tyle że stało się to trzydzieści pięć lat później. W 2023 roku Kolejorz awansował do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Mikael Ishak i jego koledzy pokonali po drodze Villareal, Bodo-Glimt czy Djurgarden Sztokholm. – Będąc w Szwecji i przygotowując radiowe materiały ukułem teorię, że właściwie jesteśmy przed najważniejszym meczem w historii klubu. Bo przecież najważniejszy jest ten, który daje sukces, a awans do ćwierćfinału był dla Lecha wydarzeniem bez precedensu – zauważa Henszel.

Muzeum Lecha Poznań | foto Adam Jastrzębowski
To swoisty paradoks, bo przecież kibice w Wielkopolsce w pierwszej kolejności wspominają spotkania z potęgami, a nie oszukujmy się, Djurgarden do nich nie należy. Wielkim klubem nie jest też Austria Wiedeń, ale to właśnie z nią Kolejorz rozegrał w 2008 roku najbardziej emocjonujący mecz w swoich dziejach. Maciej Henszel: – Proszę sobie wyobrazić, że w trakcie stu dwudziestu minut awans pięć razy przechodził z rąk do rąk. Każdy gol zmieniał układ. Ostatecznie to Lech triumfował, awansując do fazy grupowej Pucharu UEFA. Dwadzieścia pięć tysięcy widzów szalało z radości, a Krzysztof Ratajczak na antenie Radia Merkury krzyczał: „Tego meczu w Poznaniu nie zapomni nikt!”. Miał rację, nikt nie zapomniał.
Nie da się opowiedzieć ponad stuletniej historii w obszernym nawet tekście. Nie da się wspomnieć wszystkich ważnych postaci, a wiemy, że przez dwa sezony po murawie w Poznaniu biegał też Robert Lewandowski.
Uwadze nie może też umknąć inny fakt. Otóż w przeszłości Lech był klubem wielosekcyjnym. Uprawiano w nim boks, gimnastykę, hokej na trawie, kajakarstwo… – długo by wymieniać. A oprócz piłki nożnej najważniejsza była koszykówka. Grzegorz Hałasik tęskni za czasami, w których Kolejorz miał do zaproponowania coś więcej niż futbol: – Zimą chodziło się na koszykarzy, a w cieplejszych miesiącach na piłkarzy. W latach 80. Lech był na parkiecie potęgą. Wychowałem się na występach Eugeniusza Kijewskiego i jego kolegów z drużyny. Koszykarski Lech zdobył jedenaście tytułów mistrza Polski, więcej niż piłkarze Kolejorza.
Każdy, kto chce lepiej poznać historię Lecha Poznań, od czterech lat ma taką możliwość, bo na swoje stulecie Lech stworzył muzeum. Maciej Henszel: – Muzeum jest pomyślane tak, że kibic bardzo zaangażowany może siedzieć w nim trzy godziny, czytać różne rzeczy, dowiadywać się o Lechu, oglądać filmy związane z Kolejorzem. A są fani, którym wystarczy dwadzieścia minut. Znajdziemy tam wystawy poświęcone trenerowi stulecia – Wojciechowi Łazarkowi, Robertowi Lewandowskiemu czy słynnemu tercetowi ABC. Jest też, ma się rozumieć, gablota z trofeami i ich replikami. Do tego sporo multimediów, skrótów meczów, wywiadów i zdjęć. Jest też specjalna kabina do pomiaru głośności dopingu. I, co najważniejsze, wizytę w muzeum można połączyć ze zwiedzaniem stadionu, więc każdy kibic znajdzie tu coś dla siebie.