Profesor Alfons Gregori i Gomis, z którym swego czasu miałam zajęcia z historii Półwyspu Iberyjskiego, mówi, że przyjechał do Poznania w poprzednim wieku. Dokładnie we wrześniu 1999 roku, zatem jego relacja ze stolicą Wielkopolski trwa dłużej niż moja własna, bo urodziłam się tu pod koniec tego samego roku. Na moje przewrotne, w istocie czysto retoryczne, pytanie o to, czy coś się w mieście od tego czasu zmieniło, reaguje śmiechem. – Bary i kluby, do których chodziliśmy ze znajomymi z uczelni już nie istnieją, jednym z emblematycznych miejsc była Chimera na ulicy Żydowskiej, chodziliśmy też po tanich pizzeriach.
Gregori i Gomis przyjechał z Tarragony i jest chyba jednym z pierwszych przedstawicieli pierwszej fali migracji z Hiszpanii do Poznania. Chcąc rozwijać karierę akademicką, zdecydował się wyjechać za granicę jako lektor języka katalońskiego. Mógł wytypować trzy miasta, ale ostatecznie miejsce wskazywała komisja uniwersytecka. Pierwszy był Paryż, drugi Kraków, o którym zdążył nasłuchać się już od polskich studentów, którzy przyjechali na jego wydział do Tarragony w ramach programu Erasmus.
Wtedy w Hiszpanii o Polsce mówiło się mało albo wcale, ale on interesował się tematyką zimnej wojny, znał też polską kinematografię i miał o Polsce pewne wyobrażenie, które okazało się być prawdziwe.
Poznań był ostatni na jego liście i pojawił się przez przypadek. Ale dziś nie żałuje swojej decyzji. – Ten kto mówi, że nigdy nie myślał o powrocie, kłamie – odpowiada żartobliwie, gdy pytam go o to czy nie tęskni za Tarragoną – ale zawsze trzeba rozważyć plusy i minusy. W hiszpańskim środowisku akademickim atmosfera bywa bardzo gęsta. Choć Hiszpanie mają poza krajem wizerunek sympatycznych i uśmiechniętych, gdy pojawia się rywalizacja, walka o władzę, potrafią być naprawdę okropni. Mi na tym nie zależy, a poza tym tutaj mam więcej możliwości.

ilu Grzegorz Myćka
W Poznaniu brakuje mu jedynie morza. Poza tym żyje mu się tu bardzo dobrze, ma przyjacielskie stosunki z wykładowcami, a jego ojczyzna jest teraz bliżej niż kiedykolwiek i nie chodzi tylko o tanie loty. – Gdy jadę na wydział samochodem, słucham katalońskiego radia. W internecie oglądam katalońską telewizję, ostatnio zamówiłem z Hiszpanii Cecina de León, specjalny rodzaj szynki wołowej. Kiedyś można ją było dostać tylko w sklepach na północy kraju, teraz wystarczy parę kliknięć i mogę zjeść ją w Poznaniu.
Wiele wysokojakościowych produktów hiszpańskich jest dzisiaj dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba ich nawet samodzielnie sprowadzać, wystarczy zajrzeć do jednego z lokalnych barów.
– Ponad dwadzieścia lat temu, kiedy tu przyjechałem, kultura winiarska nie była jeszcze tak rozwinięta – opowiada o swoich początkach w branży gastronomicznej Iñigo Cordon Moreno, założyciel trzech hiszpańskich lokali w Poznaniu. W najnowszym z nich, El Local przy Kościelnej, udało nam się umówić na rozmowę.
– Co ci podać? – pyta mnie serdecznie właściciel, a ja wpatrując się w stojące przede mną wysokie regały z butelkami, myślę, że chyba jednak jest jeszcze za wcześnie na wino. – Może być kawa – rzucam pospiesznie. – Okej, to będziemy musieli poczekać – odpowiada Iñigo, majstrując przy ekspresie. Przyszłam tu przed godziną otwarcia, mimo to do baru wchodzi zaciekawiony przechodzień. Hiszpan podrywa się z miejsca i piękną polszczyzną zaczyna opowiadać o produktach jakie ma na stanie. – Ja tylko tędy przechodziłem – wymiguje się speszony bogactwem hiszpańskich wędlin i serów mężczyzna.
Gdy zostajemy ponownie sami, Iñigo wraca do stolika: – Nie miałem wcześniej doświadczenia w gastronomii, z wykształcenia jestem inżynierem środowiska. Żona jest z Poznania, przyjechałem więc tutaj i zastanawiałem się, co mogę robić. W mojej rodzinie i ogólnie w Hiszpanii tradycja picia wina zawsze była bardzo ważnym elementem kultury. Gdy wyjeżdżałem, zawsze przywoziłem ze sobą w prezencie dla znajomych butelkę. Stąd pojawił się pomysł na wyrobienie licencji na import oraz dystrybucję. Najpierw na miejscu w Poznaniu, później także do innych polskich miast.
Na początku Iñigo otworzył mały punkt na osiedlu Bolesława Śmiałego, gdzie prowadził sprzedaż detaliczną. Później klienci skontaktowali go z właścicielami restauracji SPOT na Dolnej Wildzie, gdzie udało mu się zainstalować pierwszy kącik z winami.
W końcu z kolegą z Kadyksu postanowili otworzyć własny bar, jakiego na mapie Poznania brakowało. Coraz liczniejsza grupa Hiszpanów zjeżdżających do miasta marzyła o miejscu, w którym mogliby poczuć się jak u siebie w domu. Tak w 2008 roku na Łazarzu powstał pierwszy hiszpański lokal – Barrio.
Był to czas intensywnych zmian na polskim rynku, kiedy do miast wchodziły sieci supermarketów z bogatą ofertą win, z którymi trudno było konkurować. Dystrybucja zeszła więc na drugi plan, pojawił się pomysł na kolejny lokal i tak w samym centrum, na ulicy Zamkowej, powstał tapas bar Pika Pika. – Na początku prowadziliśmy go z José z Czupito, ale on poszedł bardziej w stronę alkoholi, a ja zostałem przy idei slow food, wina i tapas. – tłumaczy Iñigo. A co Poznaniacy najchętniej u nich kupują? – Oliwki, bo są pyszne, tanie, w wielu odmianach i uniwersalne – mówi bez zawahania.
Pokazuje mi kartę z ofertą gastronomiczną, w menu widnieją typowe przysmaki z kraju Cervantesa: krokiety, smażone bakłażany w miodzie, kalmary, krewetki czy papryczki Padrón.
– Z moich rodzinnych stron mamy karczochy w oliwie, papryczki piquillo, chistorrę z czosnkiem i papryką – mówi Cordon Moreno. Pochodzi z Pampeluny i to właśnie na północy kraju, w Nawarrze, ma najwięcej kontaktów z lokalnymi hodowlami i winnicami, których produkty cieszą podniebienia Poznaniaków od przeszło dwudziestu lat. Jednak zwyczaje kulinarne Hiszpanów i Polaków bardzo się od siebie różnią. Hiszpan uświadamia mi, że nie bez powodu w Poznaniu otwierają się głównie hiszpańskie restauracje, a nie bary. – O tej porze w Hiszpanii siedzielibyśmy i jedli tortillę de patatas, napilibyśmy się kawy. Tutaj nie, ludzie wychodzą na miasto dopiero po osiemnastej. Więcej w weekendy, a to sprawia, że pewne formuły, które idealnie sprawdzają się w Hiszpanii, w Poznaniu nie zadziałają.

ilu Grzegorz Myćka
Pod tym względem faktycznie jest inaczej. W Hiszpanii ciężko trafić na bar, w którym nie byłoby przy ladzie tortilli. Tutaj dowiaduję się, że jest to danie niepopularne, przygotowywane na zamówienie, na które trzeba czekać. Cordon Moreno dodaje też, że wzorce konsumpcji w Polsce są determinowane przez klimat. W zimę do barów z reguły przychodzi więcej osób. – Mamy do dyspozycji ulicę, jest też nawet ogródek na wewnętrznym patio, ale w ciepły słoneczny dzień Poznaniacy wolą spędzać czas nad jeziorem, nad rzeką, w naturze.
W centrum miasta roi się od hiszpańskich studentów, których łatwo rozpoznać po donośnych gardłowych głosach. Przemieszczają się w grupach i negocjują swoje miejsce w przestrzeni publicznej, gdzie panuje niepisana zasada ciszy, a głośne rozmowy w transporcie publicznym skutkują karcącymi spojrzeniami współpasażerów.
– Hiszpanie nie czują się komfortowo używając w gronie znajomych języków obcych, nawet jeśli je dobrze znają – mówi mi Antonio. On sam przyjechał pierwszy raz do Poznania na Erasmusa w 2018 roku. – Żyliśmy w bańce wiecznej imprezy – wspomina. Już pod koniec pobytu w Polsce wiedział, że chce tu zostać. Nie miał ochoty wracać do Andaluzji, gdzie sytuacja na rynku pracy nie jest najlepsza. W końcu udało mu się dostać pierwszą pracę w call center. W Poznaniu mieszka już ponad pięć lat. Zawsze wybierał okolice centrum, podobają mu się gwarne ulice wokół Starego Rynku i ich architektura, ale gdy pytam o ulubione miejsca, wymienia jeziora i parki. Dla większości Hiszpanów z południa i centrum kraju intensywna wiosenna zieleń Malty, Cytadeli czy Rusałki jest nieporównywalna z krajobrazem rodzinnych stron, w których przez cały rok dominują raczej ziemiste kolory: ochra, sjena, beże, żółcie i spalona słońcem trawa. Parę osób wspomina mi o tym, że odkąd mieszkają w Poznaniu, widzą u siebie o wiele jaśniejszy odcień skóry. Nawet przez lato słońce nie praży tutaj tak gorliwie jak w Hiszpanii i oszczędza tych, których karnacja sprawia, że muśnięci mocniejszym wakacyjnym promykiem przyjmują koloryt dojrzałej truskawki.
Eva Rufo, podobnie jak prof. Gregori i Gomis, należy do grona osób, które są związane z Poznaniem najdłużej. – Przyjechałam tu, bo nie chciałam wracać do Hiszpanii. Jestem z pierwszego pokolenia demokracji, a do władzy doszła wtedy prawica. Zresztą świat wydawał mi się o wiele ciekawszy niż mój własny kraj – tłumaczy. Eva dostała stypendium na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM, ale dzisiaj częściej bywa na Wydziale Neofilologii, gdzie pracuje jako lektorka języka hiszpańskiego.
Przyjechała do Poznania w 1997 roku, zainteresował ją teatr alternatywny Kantora i Grotowskiego, tak inny od popularniejszego wciąż w Hiszpanii – jak twierdzi – teatru klasycznego.
– Byłam zafascynowana tym, że tutaj teatr można było robić wszędzie – wspomina. Miejsc na eksperymentowanie nie brakowało, Eva wspomina o Maskach w akademiku Hanka i oczywiście Teatrze Ósmego Dnia. W 1999 roku z jej inicjatywy odbyły się pierwsze poznańskie spektakle Cuentacuentos (dosł. „opowiadanie opowiadań”), które zamieniły się w coroczną tradycję z udziałem poznańskich studentów.

ilu Grzegorz Myćka
Tony również jest związany zawodowo z teatrem, ale w Poznaniu mieszka niecałe dwa lata. Ściągnął go tu kolega Pedro, który sam wylądował tu przez dziewczynę. Poznał ją na Instagramie, niedawno wzięli ślub, mają dziecko. Pedro pełni funkcję koordynatora regionalnego nauczycieli języka hiszpańskiego w przedszkolach Kids&Co, a Tony jest nauczycielem. Uczenie języka jest jednym z najpopularniejszych zajęć rodowitych Hiszpanów w naszym kraju, nawet jeśli nie jest to praca ich marzeń.
Zanim Cordon Moreno na dobre wszedł w gastronomię, przez pierwszych pięć lat dawał lekcje w szkołach językowych Berlitz, Kontakcie oraz w Polskiej Akademii Nauk. Równolegle rozwijał własną działalność biznesową. Tony niedawno dołączył do tworzącej się międzynarodowej grupy teatralnej, na koniec roku planują wystawienie sztuki. Nadal nie mówi za dużo po polsku, ale pod wieloma względami Poznań przypomina mu jego rodzinne miasto. Twierdzi, że największą zmianą były dla niego godziny spożywania posiłków. Przyznaje też, że o wiele rzadziej wychodzi na kawę. – Tutaj idziesz do kawiarni wtedy, kiedy masz wolne. Jeśli nie masz czasu, bierzesz kawę na wynos, robisz ją w domu albo w pracy.
Tony wychowywał się w Murcji, w mieszkaniu nad barem należącym do jego rodziny. Schodził tam codziennie rano i zamawiał Cola Cao, popularny w Hiszpanii napój czekoladowy w proszku, kawę oraz tosty polane oliwą z gniecionym pomidorem.
– To było dla mnie naturalne przez większą część życia. Ciężko było pogodzić się z tym, że w innych miejscach na świecie tego nie serwują – żali się mi. – Oczywiście tutaj też możesz pójść do drogiej hispsterskiej kawiarni, gdzie dostaniesz smaczną kanapkę z awokado, ale mi chodzi o normalne, proste śniadanie za dwa euro.
Tony uwielbia też polskie słodkości. Wyznaje, że przybrał przez nie parę kilogramów. Nie jest zresztą jedyną osobą, która zwraca mi uwagę na popularność słodkiego jedzenia w Polsce. – Śniadania na słodko, do kawy znowu słodkie. Idziesz na spotkanie rodzinne lub na ślub, a tam cały stół zastawiony słodkimi wypiekami. Eva Rufo wspomina, że od zawsze miała bardzo wyczulony zmysł węchu. Gdy pierwszy raz przyjechała do Poznania, uderzył ją zapach styczniowego mrozu. Później pojawił się kolejny, którego długo nie potrafiła nazwać. Okazała się nim być woń kiszonych ogórków i kapusty. Dzisiaj dla wielu Hiszpanów, którzy wybrali Poznań na swój drugi domem, Polska pachnie niedzielnym rosołem.