
Szymon Jachimek Drapando
reż. Rafał Szumski
Teatr Animacji w Poznaniu
premiera 10 października 2026 r.
dla dzieci od 7 lat
Teatralne zachwyty, wie to każdy teatroman, to rzecz niezwykle rzadka. Zdarzają się w porywach kilka razy w roku, a czasem, tak też bywa, ani razu. Ale nie można się poddawać. Trzeba do teatru chodzić z nadzieją, że tym razem będzie wspaniale, że wyjdziemy olśnieni, że spektakl, który widzieliśmy zostanie z nami na dłużej albo nawet na zawsze.
W Teatrze Animacji miałem tak lat temu dwanaście ze spektaklem A niech to gęś kopnie! według tekstu i w reżyserii Marty Guśniowskiej z niezrównaną Elżbietą Węgrzyn w roli Gęsi, która wpadała w tak wielką depresję, że postanowiła popełnić samobójstwo przez upieczenie się w brytfannie. Było to jedno z tych przedstawień, które poruszało trudny temat depresji, opowiadając o nim małym widzom z mądrością i humorem, co doceniono, obsypując A niech to gęś kopnie! niezliczonymi nagrodami. I oto znów, po latach, wyszedłem z Teatru Animacji w zachwytach. Tym razem za sprawą najnowszej premiery o intrygującym tytule Drapando.
Napisał je dobrych parę lat temu Szymon Jachimek, który od czasu, kiedy porzucił życie kabareciarza, zajął się – z sukcesami – pisaniem tekstów dramatycznych, także dla najmłodszych.
Drapando, nagrodzone sześć lat temu przez Centrum Sztuki Dziecka w Konkursie na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży, stworzył jednakowoż nie sam, ale w duecie z córką, Janą Jachimek, która choć ma zaledwie – jeśli dobrze liczę – lat dwanaście, zdążyła również zadebiutować zarówno w filmie, jak i na deskach teatralnych, choćby w Teatrze Kameralnym w Bydgoszczy, gdzie, nawiasem mówiąc, Drapando wystawiono trzy lata temu.

„Drapando” w Teatrze Animacji w Poznaniu | foto M. Zakrzewski
Ta współpraca ojciec-córka jest tu niezwykle ważna, bowiem sztuka oparta jest o rodzinne doświadczenie zmagania się z atopowym zapaleniem skóry. Jana zachorowała na AZS w pierwszej klasie podstawówki i zmagała się z nim przez kilka lat, bo AZS jest dolegliwością przewlekłą i nawrotową. Bardzo trudno z nim walczyć, nie ma bowiem na atopowe zapalenie skóry ani jednego lekarstwa, ani jednej terapii – każda osoba może je przechodzić trochę inaczej, co oczywiście nie ułatwia zadania nikomu, sprawiając wiele problemów i pacjentom, i ich najbliższym, szczególnie jeśli dotyczy dzieci, którym trudniej jest wiele wytłumaczyć i zrozumieć.
Wiem, brzmi to wszystko bardzo dydaktycznie, a gdzie tu teatr? Otóż Jachimkowi udało się bardzo sprawnie połączyć dydaktyzm ze sztuką, tworząc tekst żywy, mądry i dowcipny.
A kiedy dodać do tego jeszcze talent realizatorów, aktorów i mającego świetny pomysł reżysera – przepis na sukces gotowy, bo Drapando w Animacjach z pewnością nim jest. To się nazywa udany debiut reżyserski w teatrze dla małego widza. Piszę o debiucie, bo Rafał Szumski nigdy wcześniej dla dzieciarni nie reżyserował. Mało tego, nie reżyserował nigdy teatru formy. Tym bardziej trzeba docenić to, co oglądamy.
I skoro mowa o oglądaniu, dodać muszę natychmiast, że Magdalena Gajewska stworzyła w Drapando świetną scenografię, jedną z lepszych, jakie widziałem na scenie kameralnej Animacji, a Aleksandra Miska-Iwańczyk kapitalne lalki. Gdyby asortyment apteczny wyglądał na co dzień tak, jak Dermikrem (prześmieszny Igor Fijałkowski), Purafin czy Hipolicyna, zostałbym niechybnie hipochondrykiem.

„Drapando” w Teatrze Animacji w Poznaniu | foto M. Zakrzewski
W warstwie fabularnej opowiada Drapando o dziewięcioletniej Katie (w tej roli Alicja Helfojer), którą ni stąd ni zowąd zaczyna swędzieć skóra.
Przewraca to do górny nogami nie tylko jej beztroskie dotychczas życie, ale także, ma się rozumieć, życie jej najbliższych – rodziców i brata. Katie nie rozumie, dlaczego tak bardzo swędzi ją skóra, dlaczego nie można spowodować, żeby natychmiast przestała swędzieć, dlaczego musi nagle przestać jeść tak wiele lubianych przez siebie smakołyków, dlaczego trzeba oddać tak kochane przez nią chomiki, dlaczego ciągle jest czymś smarowana, dlaczego, dlaczego, dlaczego…
Wielu rzeczy nie rozumieją też sami rodzice, których frustruje cierpienie córki, nie rozumie najlepsza przyjaciółka, która myśli, ze AZS można się zarazić i nie rozumie brat, który „obrywa rykoszetem” poprzez rozmaite ograniczenia związane ze stanem siostry. Mówiąc krótko, jest niewesoło, aż w końcu do akcji wkraczają – w wersji lalkowej – wspomniane medykamenta oraz, ma się rozumieć, Dieta. Co się dzieje dalej, zdradzić nie mogę, bo byłoby to zbrodnią przeciwko ludzkości (na widowni).

„Drapando” w Teatrze Animacji w Poznaniu | foto M. Zakrzewski
Mogę za to zdradzić, że całość jest znakomicie zagrana, a szczególną uwagę przyciąga Jakub Szlachetka, który ostatnimi czasy transferuje się z warszawskiego Guliwera do poznańskich Animacji. Jego coraz częstsze występy w rodzinnym przecież Poznaniu powinny nas bardzo cieszyć, bo to aktor naprawdę wielkiego talentu – niezwykle plastyczny, dynamiczny, z nerwem, z dramaturgicznym wyczuciem. Aktor, który potrafi w odpowiedniej chwili jednym gestem, jednym słowem, jedną miną zmienić bieg. A jest to umiejętność w jego fachu bezcenna.
Ciekawe, kiedy znajdzie się reżyser(ka) z propozycją roli, dającej Szlachetce rozwinąć w pełni skrzydła, na które kameralna scena Animacji jest bez wątpienia za mała.
Tymczasem cieszmy się tym, co mamy. A mamy prawdziwą teatralną cieszotkę w postaci Drapanda w reżyserii Rafała Szumskiego – bardzo atrakcyjny i edukacyjny spektakl dla całej rodziny. Zapewniam, że nikt, bez względu na wiek, nie będzie się na nim nudził. Niektórzy mogą się ewentualnie zacząć drapać.