
Pani Doubtfire
reż. Łukasz Brzeziński
Teatr Muzyczny w Poznaniu
premiera 12 września 2026 r.
Kup bilet!

OPEN MIKE
autorski podcast Mike’a Urbaniaka
o życiu kulturalnym Poznania
W dniu, w którym umówiliśmy się na rozmowę, urodził ci się syn. Ciekawa koincydencja w kontekście roli, nad którą pracujesz.
– Franek zrobił nam niespodziankę i przyszedł na świat kilka dni wcześniej i rzeczywiście, w kontekście trwających prób do Pani Doubtfire, otwiera mi to nowe ścieżki myślenia, szczególnie pod względem siły uczucia do własnego dziecka.
To nasze pierwsze dziecko, więc jesteśmy z żoną w zupełnie nowej sytuacji, której staramy się jak najlepiej sprostać, co w moim przypadku nie jest teraz najłatwiejsze, bo pokrywa się z intensywną pracą nad zbliżającą się premierą. Mówiąc szczerze, wolałbym być teraz w domu, bo bycie ojcem widzę teraz jako swoją najważniejszą rolę w życiu. Łączy mnie to z postacią Daniela Hillarda.
Ojca, który jest w stanie zrobić wszystko, żeby tylko być z dziećmi.
– To znakomita rola dla aktora, ale wiadomo było, że zbiegnie się z rolą ojca w moim prywatnym życiu, dlatego długo się wahałem, czy w ogóle się jej podejmować. Jednak po kilku rozmowach, kilku mocnych argumentach i otrzymaniu odpowiedniego wsparcia, zdecydowałem się w to wejść.
I jak tę rolę zacząłeś rozgryzać?
– Słynny film z genialną kreacją Robina Williamsa znałem oczywiście już od najmłodszych lat, bo urodziłem się w 1988 roku i w latach 90. oglądałem go wielokrotnie. Bawił mnie, wiadomo, ale też poruszał w szczególny sposób, bo sam byłem dzieckiem rodziców, którzy postanowili się rozstać zaraz po moim urodzeniu.
Miałem potem różne okresy, na przykład taki, że żyjąc z mamą, chciałem być z tatą albo odwrotnie, więc Williams działał na mnie znacznie mocniej, bardzo osobiście.
Był w rzeczy samej talentem niezwykłym. Kiedy Pani Doubtfire weszła w 1993 roku do kin, stając się z miejsca hitem, wielu krytyków uważało, że gdyby nie on, wyszłoby dzieło zupełnie przeciętne. Jego rola inspiruje jakoś twoją?
– Wróciłem do niej po latach, bo odpaliliśmy sobie film z żoną w te wakacje. Okazało się, że o paru wątkach w ogóle zapomniałem, na przykład o tym, że Daniel ma brata, który mu robi przecież cały kostium.
Nie oglądałem oczywiście Pani Doubtfire po to, żeby naśladować Robina Williamsa. Jest to, po pierwsze, niemożliwe, a po drugie, niepotrzebne, bo należy budować rolę na tym, co się ma. Nie mówiąc o tym, że teatr, szczególnie muzyczny, jest zupełnie innym medium niż film. W teatrze nie ma zbliżeń kamery, nie możesz się bawić delikatnie mimiką, bo nikt jej i tak w dziesiątym rzędzie nie zobaczy.
Niuansowanie i lekkie, że tak powiem, jazzowanie musi być zastąpione innymi środkami, dostosowanymi do musicalowej formy. A emocje, jak najbardziej, mogą być te same.

Patryk Kośnicki | foto Michał Sita
Też obejrzałem niedawno film, chcąc go sobie przypomnieć i sprawdzić, jak się starzeje, bo są filmy, które starzeją się znakomicie, umiarkowanie albo zgoła fatalnie. Pani Doubtfire generalnie się broni, choć mamy już dzisiaj inne podejście do dragu, cross-dressingu i queerowości.
– To prawda, ale myślę, że nie można się dać zwariować. Jeśli ktoś chce się doszukiwać w Pani Doubtfire wyśmiewania kogoś, szuka dziury w całym. Mam poczucie, że nie byłoby to sprawiedliwe w stosunku do twórców filmu. Warto też pamiętać, że to dzieło swoich czasów i gdyby je robiono dzisiaj, wiele rzeczy wyglądałoby inaczej. Jeśli zaś chodzi o musical, był już wystawiany na Broadwayu i East Endzie, więc chyba nadal się ludziom podoba.
Życie Pani Doubtfire jest rzeczywiście długie, bo najpierw, jeszcze w latach 80. była książka, potem film, potem musical. Co powoduje, że kolejny twórcy się za nią zabierają?
– Jest to świetnie opowiedziana historia o miłości ojca do dzieci i dzieci do ojca. W dodatku miłości, którą komplikuje proza życia – rozstanie rodziców, rozwód, układanie się na nowo. Ze statystyk wiemy, że to dotyczy dzisiaj wielu ludzi, wielu rodzin, które się rozpadają i tworzą w innych konfiguracjach.
Ale jest też z pewnością jeszcze drugi ważny powód długiego życia tego dzieła, bardziej przyziemny. Pani Doubtfire jest po prostu bardzo rozpoznawalnym, żeby nie powiedzieć kultowym filmem.
Przeniesienie go na deski teatralne na Broadwayu i zrobienie komedii muzycznej miało również wymiar ekonomiczny. Dotyczy to zresztą wielu innych tytułów, które osiągnęły sukces kinowy i wylądowały z czasem na teatralnych deskach, bo łatwiej jest w dzisiejszych czasach wypromować i sprzedać coś, co ludzie już znają i lubią.
Rola Daniela/Pani Doubtfire jest festiwalem metamorfoz, co z punktu widzenia aktora jest niezwykle atrakcyjne, ale i wymagające. Ja się z nią mierzysz?
– Zacząłem pierwsze przygotowania grubo przed wakacjami, zanim jeszcze dostałem tekst i nuty, które zwykle trafiają do nas na pierwszej próbie. Wiadomo, szperałem w internecie, oglądałem, czytałem i coraz bardziej ogarniał mnie strach, bo to rola, która rzeczywiście wymaga niezliczonych przemian – w zasadzie pełnego warsztatu aktorskiego.
Jest to tak na dobrą sprawę one man show, bo Daniel/Pani Doubtfire nie schodzi ze sceny.
Dlatego musiałem wybrać wszystkie momenty newralgiczne, sceny będące szczególnym wyzwaniem i zacząć wymyślać najlepsze sposoby na poradzenie sobie z nimi. Kiedy żona szła spać, ja zabierałem się za rozkminy. Wiedziałem, że w sierpniu urodzi mi się syn, więc czasu na nocne dłubanie w roli będzie znacznie mniej.
Jeszcze innym wyzwaniem było to, że Daniel zajmuje się dubbingiem, czego ja nigdy nie robiłem, bo jakoś nie odnalazłem w sobie talentu do naśladowania głosów. A tu nie ma wyjścia, trzeba usiąść z nagraniami i ciężko pracować. Przy tym wszystkim, mówiąc żartobliwie, śpiew i choreografia okazały się bułką z masłem.
Ale czy w aktorstwie nie chodzi właśnie o te wszystkie wyzwania?
– Chodzi, zarówno o te większe, ale też mniejsze. Wiesz, ja tak na dobrą sprawę nie grałem nigdy wielkich ról. Nauczyłem się odnajdywać przyjemność w robieniu czegoś ciekawego z postaci drugoplanowych, co traktowałem zawsze jako wyzwanie. Były to role ciekawe, dające mi dużo satysfakcji. Nie narzekam.
No raczej, przecież grasz w Muzycznym jak szalony.
– Rzeczywiście pracujemy bardzo intensywnie. To jest właściwie teatralna fabryka, w której od rana do wieczora musisz być w dobrej formie i pełnej gotowości na wszystko.
Sam sobie wybrałeś ten los.
– I kocham mój zawód. Jestem w miejscu, w którym chciałem być, spełniam się, a to chyba dużo. Cieszę się z tego Poznania jak głupi, bo odnalazłem w tym mieście jakiś wewnętrzny spokój, stabilizację. Szczególnie potrzebną po długim czasie mieszkania naprzemiennie we Wrocławiu i Warszawie, z przystankiem w Krakowie. Znalazłem w Poznaniu żonę, dom. Brakuje tylko walizki z dolarami od wujka ze Stanów.
Urodziłeś się we Wrocławiu, prawda?
– Tak, urodziłem się i pierwsze kroki stawiałem we Wrocławiu, podstawówkę i gimnazjum kończyłem w Warszawie, liceum w klasie o profilu teatralnym we Wrocławiu, a studia to już Kraków. Do Poznania przeprowadziłem się osiem lat temu i to był znakomity wybór, bo tu się bardzo przyjemnie żyje.
Zatrzymajmy się jeszcze we Wrocławiu, gdzie występowałeś w teatrze od dziecka. Jak to się stało?
– Tato śpiewał w chórze w Teatru Muzycznego–Operetki Wrocławskiej, jak w latach 90. nazywał się Teatr Muzyczny Capitol i ciągle mnie tam zabierał. Byłem klasycznym teatralnym dzieckiem, które poznawało teatr od kulis, a wszyscy wokół byli wujkami i ciociami: inspicjenci, garderobianie i tak dalej.
Mogę powiedzieć bez żadnej przesady, że patrzyłem na świat przez teatr albo że teatr był moim całym światem. Do tego stopnia, że bawiłem się tylko w teatr.
Tworzyłem scenografie z klocków lego, w barku meblościanki zrobiłem scenę z kurtyną na żyłkach, wymyślałem repertuar, wystawiałem musicale, a lampki przerabiałem na reflektory – kolorowe filtry na nie miałem od dziadka, który, będąc już na emeryturze, pracował na portierni Teatru Polskiego w Warszawie. Do tego wszystkiego puszczałem muzykę z magnetofonu i musical gotowy!
Wychodzi na to, że nie miałeś wyjścia, że byłeś skazany na teatr.
– Nie wyobrażałem sobie, żeby go nie spróbować, więc kiedy wymieniali w Teatrze Muzycznym we Wrocławiu chłopców w Skrzypku na dachu, bo dzieci szybko rosną, tato zgłosił Patrysia, który został małym chasydem.
Nie uwierzysz mi pewnie, ale ja naprawdę bardzo późno zacząłem odkrywać to, że mogę śpiewać, choć musical mnie fascynował bez przerwy.
Mieszkając z mamą w Warszawie, chodziłem do Teatru Roma kiedy tylko mogłem. Wszyscy wiedzieli, że jestem kompletnie musicalowy, włącznie z kolegami ze sportowego gimnazjum i klubu piłkarskiego w którym trenowałem. Niektórzy się trochę ze mnie podśmiewali, jak to w szkole, że zamiast siedzieć z ekipą na murku i słuchać rapsów, idę znowu na jakiś spektakl. Ale bez przesady, nigdy z powodu mojej pasji nie miałem jakichś problemów. Grałem nieźle w piłkę, miałem fajną ekipę w szkole i na osiedlu.
Gdzie się uczyłeś śpiewu?
– Tato zapisał mnie w liceum na lekcje do pani Ewy Murawskiej-Kalinin, które bardzo dużo mi dały. Kiedy do niej poszedłem pierwszy raz, wyłem przeraźliwie, tak to przynajmniej zapamiętałem. Czułem, że mam jakieś głosowe warunki, ale trzeba je okiełzać. I tak, podszkolony przez panią Ewę, wylądowałem na wydziale wokalno-aktorskim krakowskiej PWST, dzisiaj Akademii Sztuk Teatralnych, gdzie opiekunką mojego roku była Beata Fudalej.
Wobec której są dzisiaj formułowane oskarżenia o przemocowe metody pracy. Jakie było twoje z nią doświadczenie?
– Nie oceniam opinii innych – to ich doświadczenia, wrażliwość i emocje. Jeśli chodzi o mnie, powiem szczerze, że nie ma chyba drugiej osoby, której tyle zawdzięczam. Całe moje dążenie do jakości scenicznej wychodzi z jej szkoły, choć to prawda, jej metody są niekonwencjonalne. Szczególnie na pierwszym semestrze drugiego roku dała mi się we znaki tak, że miałem dość, ale warto było przez to przejść. Fuda, jak się ją nazywa w świecie teatralnym, dużo mi otworzyła, wyczuliła też na wyłapywanie fałszu.
Dzięki niej odważyłem się na wiele rzeczy, o które nawet bym się nie podejrzewał. Dzisiaj mało mnie przeraża na scenie. Po takiej szkole od razu czujesz, kiedy ktoś ściemnia na scenie.
Jak w Krakowie widziano twoją miłość do musicalu?
– Wszyscy w grupie patrzyli na mnie, jak na idiotę, że jaki musical. Przecież to jest niepoważne, infantylne i o niczym. Ale dałem, jak widzisz, radę. Pomógł mi bardzo sam Kraków, jego klimat. Już od czasów licealnych zasłuchiwałem się w Piwnicy Pod Baranami, do której zresztą poszedłem pierwszego dnia po przyjeździe i całowałem jej święte ściany. Kraków okazał się idealnym miejscem dla mojego melancholijnego usposobienia.

Patryk Kośnicki z psem Gandalfem | foto Michał Sita
Studia skończyłeś z nagrodą na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie za rolę w Ślubach w reżyserii Wojciecha Kościelniaka.
– Poszedłem na pierwszą próbę, gdzie rozdawane były role i widzę, że gram lokaja Jana, ostatnią postać na liście obsadowej, która mówi dwa zdania i śpiewa fragmencik piosenki. Zmartwiony, poprosiłem od razu Wojtka Kościelniaka, że może coś tu jednak się da więcej, bo to przecież mój dyplom, od tego zależy moja dalsza droga. Potem się okazało, że to jest postać, która właściwie prowadzi cały spektakl.
Nie znałem jeszcze wtedy pomysłu Wojtka, była to ważna lekcja, która skończyła się wspomnianą przez ciebie nagrodą i angażem w Teatrze Bagatela.
Dlaczego nie w teatrze muzycznym?
– Dostałem propozycję od Dariusza Miłkowskiego, ówczesnego dyrektora Teatru Rozrywki w Chorzowie i jeszcze z Teatru Śląskiego, i Bagateli. Co ci będę wymyślał – miałem dziewczynę w Krakowie, więc wybrałem Kraków. W Bagateli spędziłem siedem sezonów, gdzie szlifowałem warsztat. Pierwszy rok był co prawda kiepski, ale potem już poszło. Grałem w poważniejszych rzeczach i komediach, dość różnorodnie.
Ale, jak rozumiem, przestało ci to wystarczać i będąc w Bagateli, wystąpiłeś gościnnie w Poznaniu w Evicie.
– Postanowiłem, że czas spełnić w końcu marzenie o graniu w musicalu. Pamiętam ten wieczór, graliśmy Mayday 2, miałem jakiś smutny nastrój i przeglądając telefon w garderobie znalazłem informację o castingu – czas na zgłoszenie mijał o północy. Wysłałem mejl w ostatniej chwili, wziąłem udział w castingu i udało się. Zacząłem grać w Poznaniu najpierw w Evicie, a potem stopniowo dochodziły kolejne tytuły, jak Madagaskar czy Jesus Christ Superstar. W końcu, po trzech latach gościnnych występów, dołączyłem do zespołu Teatru Muzycznego, którego dyrektor, Przemysław Kieliszewski, wdrażał już wtedy coraz odważniej swój plan budowy nowej siedziby, która właśnie powstaje.
Będzie to największy teatr muzyczny w Polsce, a ty jego solistą, spełniasz więc swoje marzenie z rozmachem.
– I do tego wszystkiego zostałem ojcem.
Dla Franka, jak mniemam, zrobiłbyś wszystko.
– Zostałbym nawet Panią Doubtfire!