
Lue Lu Pracownia & Galeria
Prądzyńskiego 49A | Wilda
– Powiedz sama: czy to nie fascynujące, że natura tworzy takie niesamowite kompozycje? – zagaja Małgorzata Szaefer, kiedy tuż po wejściu do jej pracowni zachwycam się odurzającym zapachem żywicy, roztaczającym się po urokliwym wnętrzu. Pachnidło tli się w niewielkim kominku ustawionym na stoliku z naczyniami do ceremonii herbaty, tuż przy kaflowym piecu w kolorze pistacji. Unoszący się w powietrzu zapach jest ciepły i miodowy, ma w sobie także ostre ziołowe aromaty oraz wyraziste leśne nuty.
Niezwykłych wonności na Prądzyńskiego jest zdecydowanie więcej. Jedne stoją poukładane wedle nut zapachowych w niewielkich drewnianych skrzyneczkach i czekają na warsztatowiczów, którzy lada dzień będą tworzyć autorskie kompozycje. Inne, przelane do ozdobnych butelek, kryształowych karafek i aptecznych słojów, dumnie prężą się na drewnianej półce na ścianie.
Kolejna porcja flakoników kryje się także w przepastnych szufladach masywnej komody.
– To, co widzisz, to jedynie część mojego archiwum zapachów, bo reszta jest w domu u mamy na wsi, gdzie czasami pracuję – przyznaje Małgorzata. – Mam naturę niestrudzonej riserczerki, więc co rusz odkrywam coś nowego, coś interesującego. Potrafię wydać ostatnie pieniądze na rzadki oud, kolejną odmianę tytoniu czy patchouli – dodaje. Z wykształcenia jest artystką, którą szczególnie zajmuje art brut i outsider art, a jakieś dziesięć lat temu bez reszty pochłonął ją świat zapachów.
Najpierw przyszła fascynacja roślinami. Pojawiła się głównie za sprawą artystek i pisarek, które z nimi pracowały i traktowały je jako medium. – Rośliny w sztuce często są czymś więcej niż tylko motywem. Stają się przysłoną świata, schronieniem, formą ucieczki. Od tego zaczęła się moja droga do zielarstwa, a później do naturalnych zapachów – wyjaśnia Małgorzata.

Pracownia Lue Lu | foto Michał Sita
Duży wpływ miała na nią także twórczość spirytualistki i uzdrowicielki Emmy Kunz. I choć dziś Szwajcarka uznawana jest za artystkę, sama nigdy nie postrzegała swoich prac jako dzieł sztuki, traktowała je raczej jako narzędzia uzdrawiania. – Ja o zapachach myślę w podobny sposób. Są dla mnie czymś więcej niż czysto estetycznym doświadczeniem – mówi twórczyni Lue Lu Lab.
Po chwili namysłu dodaje, że ma poczucie, że fascynacja zapachami jest też pokłosiem poważnych problemów ze wzrokiem, z którymi zmaga się od lat.
– Miałam kilka operacji oczu, słabo widzę i w związku z tym musiałam bardzo ograniczyć czytanie, które od zawsze było szalenie ważną częścią mojego życia. Czasami myślę, że to taka rekompensata, że inny zmysł przejął moje stery po to, by uprzyjemnić i dopełnić mi życie – mówi, zaprzeczając jednocześnie stereotypowemu myśleniu, że osoby słabowidzące mają doskonały węch. – On się stale rozwija, trzeba go niestrudzenie szkolić. Długo pracowałam nad tym, żeby czuć więcej – przyznaje.
W świecie Małgosi zapachy nie są wyłącznie wonnymi substancjami, szczelnie zamkniętymi we flakonach. Są materią, która zmienia się wraz z czasem i porą dnia, są składnikami, które wchodzą ze sobą w relacje i interakcje. Zupełnie nie interesują jej syntetyczne, wytworzone przez człowieka molekuły, które, jak wyjaśnia, po pierwsze są zbyt ekspansywne i jednowymiarowe, a po drugie, niekorzystnie wpływają na zdrowie.
Zamiast nich Małgorzata wybiera żywice, drewna, olejki i ekstrakty roślinne, bo fascynuje ją ich różnorodność, ulotność i nieprzewidywalność.
Ten sam składnik po kilku miesiącach może pachnieć inaczej niż wcześniej, a w połączeniu z innymi substancjami ujawnić zupełnie nowe, nieznane dotąd oblicze. – Naturalne zapachy są jak żywe istoty – mówi. – Bywają trudne i kapryśne, mają unikalne charaktery, starzeją się, rozwijają, zmieniają profile. Często jedna kropla decyduje o całej kompozycji. To właśnie jest w nich najciekawsze.

Małgorzata Szaefer w swojej pracowni | foto Michał Sita
Małgorzata w Lue Lu Lab tworzy gliceryty, maceraty, wyciągi roślinne, maści lecznicze, pomandery, eliksiry i perfumy botaniczne. Praca z zapachem, „wyciąganie” go z danej rośliny, ma dla niej coś z mistycyzmu i alchemii. Fascynuje ją sam moment przemiany, chwila, w której płatki róży, mech dębowy czy żywica po zalaniu eterem i szczelnym zamknięciu w słoiku przestają być po prostu fragmentem rośliny, a stają się esencją. – Moment przejścia jest niezwykły. Zostaje sama istota zapachu – opowiada. Żeby ją wydobyć, potrzeba czasu, cierpliwości i wiedzy. W procesie ekstrakcji powstaje najpierw tzw. konkret – gęsta, niezwykle esencjonalna maź, z której później pozyskuje się absolut, czyli czysty ekstrakt zapachowy, kwintesencję substancji.
Podczas naszej rozmowy Małgorzata co rusz podsuwa mi zapachy, które koniecznie muszę powąchać. Ochoczo zanurzam się więc w aromatach prażonych muszli, nasion marchwi, pędów porzeczki i krwawnika, których nie czułam nigdy wcześniej.
– Zamknij oczy i spróbuj zgadnąć, co to jest. Na pewno to znasz – zachęca i podsuwa mi pod nos małą buteleczkę z ciemnego szkła. I choć woń wydaje mi się dziwnie znajoma, nie jestem w stanie określić, co właściwie wącham. – To są prawdziwki – uśmiecha się z satysfakcją, kiedy po raz kolejny nie trafiam z odpowiedzią. Faktycznie, zapach jest ciepły, ziemisty i wilgotny, ma w sobie lekko orzechowy ton, czuję w nim też charakterystyczne umami. – Uwielbiam łączyć je z kadzidłami, mchem dębowym, wetiwerią, różą, czekoladą – wylicza.
Kiedy pytam o to, co najbardziej inspiruje ją do tworzenia kompozycji, wyjaśnia, że nie kieruje się trendami czy modnymi składnikami. Pracę zawsze rozpoczyna od tradycyjnej japońskiej ceremonii Monkō, określanej jako sztuka słuchania kadzidła. Uczy się jej od Japonki i przyznaje, że – podobnie jak ceremonia herbaty – jest praktyką, którą można zgłębiać przez całe życie.
Wszystko odbywa się według określonego porządku. Najpierw przygotowuje się węgiel, później przykrywa go warstwą popiołu, a na niewielkiej płytce miki umieszcza kawałek drogocennego oudu (aromatycznej żywicy drzewa agarowego), sandałowca lub ambry.
Każdy gest ma swoje znaczenie. Jak przyznaje, najbardziej intryguje ją sama idea stojąca za ceremonią. – W Japonii nie mówi się o wąchaniu zapachów, tylko o ich słuchaniu. Ja też to robię – tłumaczy i dodaje, że niemal we wszystkich zakątkach świata u źródeł perfumiarstwa znajdowało się kadzidło. Dym unoszący się ku bóstwom był formą komunikacji z tym, co niewidzialne i święte, było to doświadczenie bardziej związane z sacrum niż z przyjemnością. Właśnie dlatego tak bardzo interesuje ją kulturowy wymiar zapachu. Małgorzata zaczytuje się w tekstach o dawnych recepturach, namiętnie kolekcjonuje książki poświęcone perfumiarstwu, śledzi historię naturalnych składników i ich wędrówki między kontynentami. Nie ukrywa też, że bliskie jest jej rytualne myślenie o zapachu, choć sama podchodzi do tego określenia z dystansem i ostrożnością.

Pracownia zapachów Lue Lu | foto Michał Sita
– Rytuał to dziś bardzo modne słowo, nie chciałabym go nadużywać. Bardziej interesuje mnie to, jak ludzie przez wieki myśleli o zapachu i jakie znaczenia mu przypisywali – mówi. Fascynację historią i kulturowym wymiarem zapachu widać także w nazwach tworzonych przez nią kompozycji. Często odwołują się do dawnych manuskryptów i tradycji związanych z kadzidłem. Wśród jej projektów znaleźć można między innymi The Voynich Manuscript, Splendor Solis, Kōdō czy Monkō – nazwy nawiązujące do tekstów, rytuałów i praktyk, które od lat ją inspirują.
Jak zauważa, myślenie o zapachach i ich postrzeganie bardzo się zmieniło na przestrzeni wieków. Dzisiaj perfumy, z uwagi na powszechną dostępność, bardzo często bywają nadużywane. – Jest w nas takie poczucie, że człowiek powinien roztaczać dookoła siebie chmurę zapachu, wyczuwalną z dwóch metrów, która ma przyciągać uwagę otoczenia – mówi. Tymczasem w perfumiarstwie mniej znaczy więcej. – Ja muszę pachnieć tylko tutaj – mówi Małgorzata, wskazując przestrzeń tuż przy sobie. – Muszę sama czuć ten zapach. To jest moje spotkanie ze światem i ze sobą samą – dodaje.
W przeszłości zapach był czymś mistycznym i intymnym, współcześnie zaś, dla większości osób perfumy częściej stanowią ozdobę niż doświadczenie samo w sobie.
Stają się też wyznacznikiem statusu i narzędziem kreowania wizerunku, mają zaskakiwać, wyróżniać, budować tożsamość. Tymczasem Małgorzata widzi ich rolę zupełnie inaczej. – Pachnieć powinniśmy przede wszystkim dla siebie, nie dla innych. Zapach nie powinien tworzyć człowieka na nowo, jedynie podkreślać to, kim już jest. Powinien dopełniać osobowość – mówi.
Najbardziej interesuje ją bliskość – ciepło skóry, moment, w którym zapach miesza się z naturalnym aromatem ciała i staje się niemal niewyczuwalny dla otoczenia. W tym podejściu odnajduje również inspirację japońską kulturą, w której perfumy traktowane są nie jako sposób na wyróżnienie się z tłumu, lecz jako subtelne przedłużenie własnej obecności. – Żyjemy w szybkich czasach i do perfum również podchodzimy z pośpiechem. Nie dajemy sobie czasu na poznanie danego zapachu, bo karmieni trendami zmieniamy je w ekspresowym tempie – zauważa Małgorzata.
Podejście do zapachów, oparte na uważności, ciekawości i szacunku, przekazuje również na warsztatach, które w pracowni Lue Lu Lab organizuje regularnie.
Zanim uczestnicy stworzą własne kompozycje, poznają poszczególne składniki, uczą się je rozróżniać i opisywać. Dla wielu osób jest to pierwsze spotkanie z naturalnymi aromatami – żywicami, drewnami, korzeniami czy kwiatami, które pachną zdecydowanie bardziej intensywnie niż ich komercyjne, wykorzystywane w mainstreamowych perfumach odpowiedniki.

Małgorzata Szaefer | foto Michał Sita
Małgorzata jest przekonana, że zapach ma niezwykłą zdolność do przywoływania wspomnień i emocji. – Podczas warsztatów widzę to bardzo wyraźnie. Były osoby, które rozpłakały się po powąchaniu jednego ze składników, bo wróciły do nich wspomnienia z dzieciństwa. Bardzo konkretne i bardzo silne, często ukryte naprawdę bardzo głęboko – wspomina.
Na moje pytanie o to, czy sama ma w pamięci ukochane zapachy z przeszłości, lekko się uśmiecha i zaczyna snuć opowieść o tym, jak pachniał jej rodzinny dom. – Zawsze było w nim czuć tytoń, bo tata palił fajkę i pewnie dlatego dziś to jeden z najbardziej emocjonalnych dla mnie zapachów – wyjaśnia. – Moi rodzice pracowali w szpitalu, więc siłą rzeczy przynosili na ubraniach charakterystyczną woń leków. Dom pachniał też naszym psem – spanielem, który miał długą i gęstą sierść. To najlepsze perfumy świata, których pewnie nigdy mi się nie uda odtworzyć.
Małgorzata lubi mieć przy sobie ulubione zapachy, które są dla niej swoistymi talizmanami. Nosi je w torebce w niewielkim metalowym pudełeczku i wącha w ciągu dnia.
Kiedy pytam ją o to, czy ma „swój” perfum, przecząco kręci głową. – Nie znalazłam jeszcze takiego zapachu, który porwałby mnie na tyle, żebym mogła powiedzieć, że to jest to. Jestem ciekawa, czy kiedyś w ogóle go znajdę – śmieje się. Zamiast przywiązywać się do jednej kompozycji, nieustannie eksperymentuje. Miesza oud z tytoniem, różą, szafranem, grzybami czy hinoki, szukając zestawień, które w danym momencie życia są jej najbliższe. – To trochę tak, jakbym szukała swoich przewodniczek.
Kiedy na sam koniec rozmowy pytam ją o to, jak pachniałyby dzisiejsze czasy, gdyby chciała zamknąć je we flakonie, nie odpowiada od razu. Po chwili zastanowienia przyznaje, że z pewnością byłoby w nich sporo żywic. Nie chodzi jednak wyłącznie o sam zapach, bo Małgosię fascynuje przede wszystkim sposób, w jaki żywice powstają. Drzewo, gdy zostaje zranione lub zaatakowane przez chorobę, wytwarza odżywczą substancję, która pomaga mu się bronić. Małgorzata Szaefer: – Żywica je uzdrawia, a ja mam poczucie, że współczesny świat bardzo potrzebuje dziś czegoś, co leczy.