13 października 2026
lajfstajl
sztuka

Zostawianie śladów

"Świnki są częścią poznańskiego krajobrazu, fenomenem, który staram się świadomie i mądrze rozwijać" – mówi Rojber, którego wystawę można oglądać w Baraku Kultury
REMIGIUSZ RÓŻAŃSKI
Rojber | foto Michał Sita

NA OKO
autorski podcast Agaty Rodriguez
o życiu artystycznym Poznania

Dlaczego Proces?
– Nazwę wystawy wybrałem intuicyjnie. Główną jej częścią jest seria kilkudziesięciu rysunków, które stworzyłem na przestrzeni lat. Pierwszy powstał w 2022 roku – w czasie, gdy zacząłem przeplatać malowanie na ścianach z rysowaniem na płótnie i papierze. Proces dotyczy więc upływu czasu i zmiany mojego podejścia do sztuki. To osobiste rozliczenie, przedstawiające drogę, jaką przebyłem jako artysta streetartowy, ale też po prostu jako człowiek.

Proces dotyczy również samego aktu tworzenia. Do realizacji prac zawsze podchodziłem z dużą starannością i dokładnością – to kilometry taśmy, setki szablonów i godziny przemyśleń, co i jak odbić. W wypadku rysunków zamysł był taki, by spontanicznie chwytać za kartkę i markery akrylowe, i po prostu rysować bez żadnych założeń i wielkich planów. Co charakterystyczne, zazwyczaj wybierałem jedną postać, po czym dokonywałem jej deformacji i dekompozycji, patrząc na nią przez pryzmat towarzyszących mi uczuć.

Nawet, kiedy byłem sfrustrowany, zmęczony, miałem dosyć – rysowałem, bo musiałem kontynuować proces, rozładowując jednocześnie negatywne emocje.

Jak na odbiór twojej sztuki wpływa zmiana kontekstu z miejskiego na galeryjny?
– Rozmawiałem o tym z przyjacielem, który pomagał mi montować wystawę. Jeżeli chodzi o street art, zdarza się, że wychodzę za dnia i maluję w miejscach, w których nie muszę się spieszyć i mogę wszystko na nowo przemyśleć. Najczęściej jednak musi to być szybka, zdecydowana akcja, podczas której dokładnie wiem, co chcę nanieść na ścianę. Nie ma czasu na zastanawianie się i poprawki, musi wyjść za pierwszym razem. Tymczasem w galerii to „za pierwszym razem” nie istnieje. Krzywizna nie przejdzie. Musi być lepiej, idealnie. Wystawa w galerii to nie tylko zmiana anturażu, ale również zupełnie inna specyfika odbioru twórczości.

To nie jest spontaniczna, chwilowa akcja, tylko szereg zaplanowanych dni, podczas których zbieram się na odwagę i dzielę przemyślanymi, dopracowanymi dziełami. Podnoszę poprzeczkę. Proces to wyzwanie.

Opisujesz go jako „opowieść o współistnieniu czułości i złości, precyzji i intuicji, porządku i chaosu”. Jak to dryfowanie wśród sprzeczności przekłada się na twoją sztukę?
– Gdy zacząłem malować świnie [znak rozpoznawczy Rojbra] na murach miejskich w 2018 roku, zależało mi, by bazgrać coś pozytywnego, co może budzić dobre skojarzenia. Około dwa lata temu jej wizerunek zaczął się zmieniać. Nie zawsze jest słodkim zwierzątkiem, czasami przybiera postać dziwnego, groźnego stworzenia. Z jednej strony to wyraz twórczej wolności i niechęci do popadania w schemat, a z drugiej, to natura zwierząt: raz bywają przyjacielskie i spokojne, raz dzikie i diabelskie. Przez to, że rysuję je w kreskówkowym, abstrakcyjnym stylu, mogę zawrzeć szerszy wachlarz emocji. Ostatnio szczególne znacznie ma w moich rysunkach mimika. Staram się, by fabuła pozostawała prosta i czytelna, a o odbiorze decydowały niuanse.

Rojber | foto Michał Sita

Zatrzymajmy się przy słowie „fabuła”. Jaką historię próbujesz opowiedzieć?
– Nie mam żadnej dewizy. Mógłbym powiedzieć, że chciałem zostawić po sobie ślad i posłużyła mi do tego farba. W konwencji, którą rozwijam, sedno stanowi sama obecność w przestrzeni publicznej. Stworzone przeze mnie postaci żyją swoim życiem, są zjawiskiem, które można na różne sposoby interpretować. Dla jednych namalowane przeze mnie świnie to rodzaj gry terenowej, dla innych uprzyjemnienie otoczenia. To jeden z powodów nieujawniania mojego wizerunku. Nie chodzi wcale o to, że się ukrywam. Jestem niewidoczny, ponieważ tym, co chciałbym, żeby zobaczono, są moje malunki.

Świnki są fenomenem, częścią poznańskiego krajobrazu, jak Watcher [znak rozpoznawczy streetartowca Noriakiego], który staram się świadomie i mądrze rozwijać, wzbogacać o nowe sensy.

Street art wyrasta na tkance miejskiej, a ta podatna jest na zmiany. Fasady kruszeją i są rewitalizowane. Czy myślisz o tej ulotności, gdy tworzysz?
– Tak, zdaję sobie z tego sprawę i traktuję to trochę jak grę: każda kolejna praca w nowej lokalizacji pozwala mi iść naprzód, zdobywam punkty, doświadczenia, wchodzę na wyższy poziom. Malując, mam nadzieję, że przetrwa to jak najdłużej, ale gdy świeża praca nagle znika, nie rozpaczam długo. Skoro sam zdecydowałem, że w danym miejscu coś namaluję, muszę się liczyć z tym, że nazajutrz ktoś może zechcieć się tego pozbyć.

Rojber | foto Michał Sita

Prace na tak zwanym nielegalu każą zadać pytanie, do kogo należy przestrzeń miejska?
– To często zadawane pytanie w kontekście street artu. Na sprawę można patrzeć z perspektywy architektów i urbanistów, samorządowców i mieszkańców. Ingerencję w tę przestrzeń można też oceniać w kontekście legalności. Choć sądzę, że grafficiarz czy streetartowiec ma prawo do tworzenia, trudno być sędzią w tym sporze. Każdy akt trzeba oceniać indywidualnie. Często sam przechodzę obok swoich prac i myślę, że mogłem coś zrobić inaczej albo wybrać inne miejsce. Klamka jednak zapadła, podjąłem decyzję i tyle.

Mówi się, że street art jest takim śladem aktywności człowieka, jak paleolityczne malowidła. Na konserwację i utrzymanie Lascaux Francuzi wydają rocznie sześćset tysięcy euro. Czy street art także powinien być przedmiotem ochrony?
– Interesuję się egzystencjalizmem, stąd tak silna u mnie potrzeba zaznaczenia obecności. Jest to proste i bezpośrednie, dlatego zawsze do mnie trafiało. Być może w przyszłości, szczególnie w dystopijnych scenariuszach rozwoju technologii, street art jako spontaniczny, oddolny akt tworzenia nabierze jeszcze większego znaczenia. Jednak dziś przestrzeń wymaga kompromisu. Gdy ktoś wali wielkie graffiti na czystej elewacji, jest to przesada. Jak wspomniałem, sam często mam wątpliwości, co do wybranego miejsca.

Dobrze byłoby wyznaczać coraz więcej legalnych miejsc do malowania. W ostatnich latach można zauważyć wielki boom na murale. Panuje moda na wielkopowierzchniowe realizacje, ale chciałbym, aby oddawano też więcej przestrzeni na małe projekty.

Za granicą organizowane są festiwale streetartowe, podczas których wyznacza się na przykład pięćdziesiąt ścian w różnych dzielnicach i zaprasza artystów, którzy je zamalują. Dzięki temu te prace są bardziej rozproszone, ale też zróżnicowane, bo więcej osób może się wykazać. Nagle miasteczko może stać się streetartową enklawą, zamiast mieć cztery pomalowane ściany w centrum.

Wystawa Rojbra „Proces” w Baraku Kultury w Poznaniu | foto Michał Sita

Ostatnio coraz częściej w przestrzeni publicznej pojawiają się murale reklamowe na zlecenie wielkich korporacji. To też street art?
– To dylematy nazewnictwa. Istnieją różne definicje, jednak dla mnie najprostszym i najsensowniejszym podziałem jest ten na street art i urban art, czyli sztukę w mieście ogółem. Do niej zaliczają się murale, wielkie rzeźby, wszystkie przejawy sztuki w przestrzeni publicznej, tworzone na zlecenie dużych organizacji z dużymi funduszami przez artystów z dużą renomą. Niżej w hierarchii znajduje się street art. Nie jest to hierarchia wartości, tylko skali funduszy i nakładu pracy. Street art może powstawać na zlecenie, jednak częściej dzieje się to spontanicznie i oddolnie.

Różnica dotyczy też idei i tu rodzi się pytanie, czy ważniejsze jest autorskie założenie czy dowolność wyboru miejsca. A może jedno musi iść w parze z drugim?

Ostatnio kolega stworzył projekt dla jednej z poznańskich restauracji. Uzyskano zgodę plastyka miejskiego, by na fasadzie namalować całkiem duży mural. Zleceniodawca wskazał miejsce, temat i elementy, które muszą się na nim znaleźć, ufundował materiały i wynagrodził za pracę. To typowo komercyjny mural, będący reklamą restauracji, ale jednocześnie jest to dzieło konkretnego artysty, które współgra z jego charakterystycznym, pięknym stylem. Wyszło naprawdę świetnie.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że pochodzisz ze wsi. Czy street art może rozkwitać wyłącznie w miastach?
– Tak, choć na innych zasadach. W mojej wiosce uwagę przykuwało przede wszystkim to, co działo się na przystankach autobusowych, bo w pobliżu nie było żadnych opuszczonych czy zaniedbanych budynków, które można by poznaczyć. Dlatego te wiaty z pustaków stały się brudnopisem społeczeństwa. Z mojego pokoju przez okno mogłem obserwować jedną z nich. Ściany przystanku były miejscem bitwy dwóch klubów piłkarskich. Kibice przerzucali się wyzwiskami. Jedni coś napisali, to drudzy skreślili i dopisali coś niżej. Tamci zabazgrali drugą linijkę i dołożyli trzecią. I tak w kółko. Fascynowało mnie to. Od tamtego czasu zwracałem uwagę na wszystkie mury w okolicy.

W końcu sam, w wieku szesnastu lat, wyciąłem pierwszy szablon z jakąś postacią z popularnego serialu i odbiłem ją na ścianie przystanku. Na drugi dzień zobaczyłem, że ludzie zatrzymują się, by przyjrzeć się tej wrzutce, ktoś nawet zrobił zdjęcie. Zostawiłem po sobie ślad.

Na wsi trudno jednak o większe działania. Pojedyncze domy i gospodarstwa są zazwyczaj zadbane i odgrodzone. Nie można ot tak wejść na czyjąś posesję i namalować czegoś na elewacji. W tym kontekście bardzo ciekawą inicjatywą jest projekt Rurales. Odpowiada za niego kilku artystów z różnych części kraju, którzy zbierają się raz do roku i wyruszają do miejscowości zabitych dechami. Szukają ścian, które za zgodą właścicieli mogliby zamalować. Powstaje jednak pytanie, czy na wsi, w otoczeniu natury, takie upiększanie przestrzeni jest w ogóle potrzebne.

O czym marzy Rojber?
– Poświęcam się tworzeniu zawodowo. Marzę o tym, by mieć studio, w którym mógłby rozwijać uniwersum Rojbra. Ostatnie lata pokazały, że w ten sposób dojrzewam. Mam wiele pomysłów na nowe projekty i chciałbym podjąć się zrealizowania czegoś naprawdę dużego. Marzę po prostu, żeby tworzyć.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!