
POZGŁOS
autorski podcast Remigiusza Różańskiego
o życiu muzycznym Poznania
„Lubię wracać tam, gdzie byłem już” – śpiewał Zbigniew Wodecki. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że gros osób mogłoby się pod tymi słowami podpisać. Autorzy opracowania Jak przetworzyć miejsce. Podręcznik kreowania udanych przestrzeni publicznych jako główny powód, dla którego odwiedzamy miejsca i do nich wracamy, wskazują podejmowane w nich działania.
Jeżeli ktoś mówi, że „zna dobrą miejscówkę”, to raczej ma na myśli miejsce, które zdążył fest obadać, a nie pierwszy z brzegu lokal, zasugerowany przez algorytmy mediów społecznościowych. Dlatego podróżnicy po wszelkich wymiarach jazzu regularnie zakotwiczają w Blue Note, poszukiwacze hardkorowych brzmień co rusz trafiają do Pod Minogą, a miłośnicy techno czy drum&bass peregrynują do Schronu. Repertuar definiuje tożsamość klubu muzycznego. Występuje tu jednak sprzężenie zwrotne: przestrzeń wydarzenia bez wątpienia wpływa na jego przebieg i odbiór. Przykładowo, industrialne wnętrze akcentuje surowość oraz undergroundową proweniencję techno, natomiast coffee rave w jasnej kawiarence zakrawa na absurd.
Zamknięcie Sceny na Piętrze na czas wielkiej przebudowy okazało się twardym orzechem do zgryzienia dla producentek wydarzeń w Estradzie Poznańskiej. Jak tu animować kulturę muzyczną, gdy dotychczasowe na to miejsce obstawiono rusztowaniami?
Rozwiązaniem stał się zainaugurowany wiosną 2026 roku projekt Estrada Stage Pop Up, cykl koncertów rozpraszający scenę po mieście. Jak piszą organizatorki: „Pop up to forma, która pojawia się nagle i na chwilę. Jest w jakiś sposób tymczasowa, efemeryczna, reagująca na moment i miejsce. To działanie, które nie zakłada stałej sceny ani jednego kontekstu, lecz dzieje się tam, gdzie akurat spotykają się ludzie, przestrzeń i energia.” Cztery wydarzenia w sezonie wiosennym utorowały drogę dla kolejnych czterech jesienią – od października do grudnia będą pojawiać się (pop-up-ować) jak grzyby po deszczu w różnych zakątkach Poznania.

Ola Budzyńska, koncert w kawiarni Łyk, Estrada Stage Pop Up | foto M. Zakrzewski
Najpierw tercet Product May Contain wstąpił do Galerii u Jezuitów przy Dominikańskiej. W bliskości siedemnastowiecznej architektury rozbrzmiał młody polski jazz, wzbogacany wpływami elektroniki i ambientu. Niespieszne, przestrzenne kompozycje zdawały się skrojone pod kontemplację w dawnym zespole klasztornym dominikanów.
W tej przestrzeni z pewnością odnalazłaby się Ola Budzyńska, tworząca nastrojowe dźwiękowe pasaże za pomocą instrumentarium elektronicznego i analogowego. Jej występ odbył się jednak w niemniej subtelnym i zacisznym Łyku przy Garbarach.
Z jednoosobowym projektem zawitał również Jakub Ziołka, a było to w siedzibie Stowarzyszenia Łazęga Poznańska. Siedziba niegdysiejszego atelier fotograficznego braci Czarneckich od lat służy niezależnym twórcom i oddolnym inicjatywom kulturalnym. Ziołek i jego Stara Rzeka, będąca owocem eksplorowania i definiowania na nowo folku, organicznie wtopili się więc w przestrzeń przy Świętym Marcinie. Nietrudno było przystosować się do nowego otoczenia także Ninja Episkopatowi, którego zadziorność i dezynwoltura współgrały z surowym charakterem dawnego zakładu metalowego przy Wronieckiej. Cztery niepodobne lokalizacje, czterej różni wykonawcy to Estrada Stage Pop Up w pigułce.

Estrada Stage Pop Up
„Projekt pozostaje w dialogu z miastem, jego architekturą, rytmem i codziennością” – podkreślają organizatorki. O tym, że dialog ten bywa trudny i intensywny, przekonują tegoroczne doświadczenia z festiwalem BitterSweet, który poróżnił Poznaniaków w kwestii jego lokalizacji. Estrada Stage Pop Up wzbogaca lokalną ofertę kulturalną w zupełnie inny sposób (inny nie znaczy oczywiście, że jedyny słuszny). Organizatorzy stawiają na intymny odbiór muzyki i bliskość z artystą, stąd koncerty odbywające się w miejscach kameralnych. Te ograniczenia przestrzeni w połączeniu z założeniami cyklu powodują, że liczba biletów jest niewielka.
Dość powiedzieć, że w otwarciu sezonu jesiennego będzie mogło uczestniczyć zaledwie pięćdziesiąt osób, co sprzyja nawiązywaniu i umacnianiu więzi, organizatorki zresztą zachęcają do wybierania się we dwójkę.
Niejednemu po przeczytaniu hasła „pop up concert” zapali się w głowie czerwona lampka, wszak przez lata ideę tę promowało na świecie Sofar Sounds. Koncerty pod tym szyldem organizowano w kilkuset miastach: od Nowego Jorku, przez Honolulu, Berlin i Detroit, po Poznań, w którym zagrali między innymi Hope Leslie, The Junkies oraz Dominika Groberska. Sofar Sounds założone zostało w 2009 roku przez Rafe’ego Offera, dyrektora ds. marketingu Coca-Coli. Pchnął go do tego feralny koncert Friendly Fires w Londynie, podczas którego publiczność nie przejmowała się zbytnio występującymi artystami. Dominowały głośne pogaduszki, świecące ekrany i rozlane piwsko – słowem, koszmar. Oferta Offera polegała na organizowaniu kameralnych koncertów w nietuzinkowych miejscach. Aż do ostatniej chwili tajemnicą pozostawać miało miejsce oraz nazwiska wykonawców. Brzmi znajomo? Na szczęście tylko pozornie.

Ninja Episkopat, koncert przy ul. Wronieckiej 16, Estrada Stage Pop Up | foto M. Zakrzewski
„Wydarzenia Sofar Sounds to oparte na analizie danych »doświadczenia«, zoptymalizowane pod kątem spójności i zaangażowania uczestników. Jeśli brzmi to jak wizja koncertów undergroundowych przefiltrowana przez umysł dyrektora marketingu, który chciałby uczynić je równie przewidywalnymi i ujednoliconymi jak Starbucks czy WeWork [międzynarodowa sieć przestrzeni do coworkingu] – cóż, dokładnie tym właśnie są” – konstatowała Liz Pelly w magazynie internetowym The Baffler.
Sofar sprzedawało przede wszystkim rodzaj doświadczenia, dlatego obowiązywała przyjazna mediom społecznościowym estetyka (ciepłe światło, oszczędne wnętrza i dekoracje à la boho). Co prawda, zdarzały się koncerty w posiadłości Arethy Franklin czy w Pałacu Buckingham, ale kategoria nietuzinkowości częściej ustępowała miejsca kryterium opłacalności. Dla wielu miejsc goszczących artystów była to po prostu niedroga reklama drogich usług.

Product May Contain, koncert w Galerii u Jezuitów, Estrada Stage Pop Up | foto M. Łubieńska
Estrada Stage Pop Up wychodzi z innego założenia. Wśród przestrzeni, w których organizowane są koncerty, znajdują się miejsca zarówno komercyjne, jak i non-profit. Trudno zarzucić organizatorkom standaryzację – każde z nich ma swój charakter służący artystom. W ten sposób pop-upy rzeczywiście stają się przewodnikiem po mieście, a nie katalogiem interesantów. Poznańskie wydarzenia zdają się nie podążać ścieżką optymalizacji. Zamiast czynić doświadczenie równie przewidywalnym, co proponowane utwory na Spotify, dążą do zaskakiwania uczestników i otwierania ich brzmienia wbrew trendom. Estrada Stage Pop Up jest wydarzeniem kuratorowanym, co oznacza, że wykonawców nie zaproponowałby żaden algorytm, mający za zadanie uśrednianie gustów. Dość powiedzieć, że jesienną odsłonę cyklu zwieńczy występ artystki wstawiającej harfę w ramy muzyki elektronicznej.
W wypadku Estrada Stage Pop Up tajemnica ma za zadanie utrzymanie zainteresowania odbiorców, lecz nie jest produktem samym w sobie. Dlatego lokalizacja oraz nazwisko wykonawcy zostają upublicznione jakieś dwa tygodnie przed koncertem.
Sofar sprzedawało atmosferę – tak zwany wajb. Uczestników mieli przyciągać nie tyle anonimowi artyści, ile marka, a wraz z nią obietnica sprecyzowanego rodzaju doświadczenia. Estrada nie żeruje na undergroundzie i alternatywie. Koniec końców to muzycy i ich twórczość znajdują się na eksponowanej pozycji, stanowiąc główny powód, dla którego ktoś pojawi się na pop-upie. „Wyjątkowy klimat koncertu” może być co najwyżej języczkiem u wagi. Co więc było pierwsze: muzyka czy sala koncertowa? Odpowiedź jest oczywista.