25 maja 2026
muzyka

Możdżer gra codziennie

Teren nad Jeziorem Strzeszyńskim idealnie pasuje do muzycznych objawień na Enter Enea, a artyści przyzwyczaili się już do wtórujących im ptaków – Leszek Możdżer
REMIGIUSZ RÓŻAŃSKI
Leszek Możdżer | foto Sisi Cecylia

POZGŁOS
autorski podcast Remigiusza Różańskiego
o życiu muzycznym Poznania
Posłuchaj!

To już szesnasta edycja Enter Enea Festival. Od początku pełnisz funkcję dyrektora artystycznego. Jak zmieniało się twoje podejście do festiwalu?
– Przede wszystkim na przestrzeni tych lat zmieniło się moje podejście do muzyki jako medium i pewnego systemu, który rok po roku odkrywał przede mną swoje oprogramowanie. Muzyka sama w sobie jest jedynie zbiorem matematycznych zasad. Dopóki nie nasycimy jej emocjami, nie uczynimy z niej świadectwa własnych przeżyć wewnętrznych i duchowej przemiany, pozostanie ona jedynie prymitywnym, choć niewinnym, systemem. Tak naprawdę nie chodzi więc do końca o muzykę, tylko o to, z kim się spotykamy i na jaki temat rozmawiamy.

Z kim spotykamy się na Enter Enea i na jaki temat rozmawiamy?
– Staramy się zapraszać osoby, które emanują czymś, co warto wpuścić do swojej świadomości. Trudno mi powiedzieć, czym to dokładnie jest. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu artystów czuje się oszukanych. Chcą podbijać świat, tymczasem jedyne przestrzenie do podbicia znajdują się wewnątrz świadomości. To można zrozumieć dopiero po głębszych doświadczeniach życiowych. Na festiwalu pojawią się wykonawcy, którzy naprawdę sporo przeżyli i mogą o tym opowiedzieć.

Wszystkie nazwiska, zarówno te na początku drogi, takie jak Kinga Głyk czy Kasper Smoliński, jak i równoważące je gwiazdy pokroju Stanleya Clarke’a, Sullivana Fortnera i Johna Zorna, to muzycy, którzy z uprawiania tej dyscypliny uczynili drogę samorozwoju.

Artyści, których wymieniłeś, reprezentują różne nurty i osobną wrażliwość. Jaki zamysł przyświeca ci w pracy nad programem?
– To jest burza mózgów. Bombarduję biuro festiwalowe propozycjami, lecz oprócz mnie swoje pomysły mają: rada artystyczna – dyrektor festiwalu Jurek Gumny i producent Jarek Forycki, Kasia Janyska, która pracuje przy produkcji wydarzenia, a czasem nawet moja menadżerka. Wtedy nawiązujemy kontakt z artystami i negocjujemy stawki. Niektórzy w ogóle nie odpisują, inni nie mają wolnych terminów, jeszcze inni są dla nas za drodzy. To wszystko przypomina proces destylacji, który wymaga wysiłku i zabiera czas. Ostatecznie udaje się nam co roku ułożyć line-up, który po prostu pasuje do tego miejsca. Mam wrażenie, że jest to swego rodzaju przeznaczenie, że to los sprawia, że spotykamy się w takiej, a nie innej konfiguracji.

Enter Enea Festival | foto mat. organizatora

A jak oceniają festiwal muzycy, którzy go odwiedzili?
– Bardzo cenią sobie jego naturalność. Nic tutaj nie jest napięte i nikt niczego nie udaje, dlatego muzycy dość szybko się rozluźniają. Pomaga w tym jowialne usposobienie Jurka Gumnego, który poklepuje ich beztrosko po plecach, zachowując się, jakby był ich wujem. Taka bezpośredniość jest dość rzadka na tego typu imprezach. Rozbrajające jest też to, że on nie zna angielskiego, za to gości wszystkich świetnymi obiadami.

Często jest tak, że techniczni jedzą razem z muzykami, dzięki czemu powstaje atmosfera swego rodzaju komuny. Niemal każdy wykonawca, który cokolwiek osiągnął, przeżył okres garażowy, kiedy musiał naprawdę ciężko pracować, żeby zdobyć pozycję i status.

Ten czas pozostawia ślady. Na Enter Enea próby odbywają się na stołówce, co stwarza przestrzeń do ciekawej wymiany energetycznej. Artyści przychodzą coś zjeść, jednocześnie mogą posłuchać, jak grają inni. To inspiruje i napędza do działania, dlatego muzycy doceniają nasz festiwal. Wielkie nazwiska, które nas odwiedzają, świadczą o tym, że mamy opinię wiarygodnego partnera i festiwalu, na który warto przyjechać.

Enter Enea Festival | foto mat. organizatora

Jednak początki musiały być trudne.
– Były trudne, choć z racji tego, że działam na scenie od wielu lat, pierwsze edycje opierały się na moich znajomościach. Kiedy zapraszałem starszych kolegów na festiwal, wiedzieli, że można mi zaufać. Podobnie ze słuchaczami, z czym wiąże się zabawna historia. Podczas pierwszego festiwalu najlepiej sprzedawały się bilety na dzień z moim udziałem. Rok później Jurek Gumny ciągle dostawał telefony z pytaniem: „kiedy gra Leszek Możdżer?”. Wtedy zażądał ode mnie, abym występował codziennie, dzięki czemu będzie miał ułatwione zadanie.

Kiedy ktoś pyta, którego dnia zagra dyrektor artystyczny festiwalu, Jurek niezmiennie od szesnastu lat odpowiada: „Możdżer gra codziennie”. Myślę, że w tej chwili marka Enter Enea jest na tyle silna, że nawet zmiana dyrektora artystycznego nie wpłynęłaby na jego postrzeganie.

Jakie emocje biją od publiczności festiwalu?
– Wiele osób powraca do nas co roku, więc atmosfera jest bardzo rodzinna, przepełniona życzliwością. Wbrew pozorom to może być niebezpieczne, ponieważ tworzy się ciepły grajdołek, kółko wzajemnej adoracji. Festiwale w ten sposób stają się hermetyczne i przestają być wiarygodne. Nam udaje się tego unikać, wciąż obserwujemy napływ świeżej krwi. Rozwiązaniem jest choćby zatrudnianie coraz młodszych artystów, którzy mają swoje kościoły – liczymy na przyciągnięcie ich wyznawców. W ten sposób rozszerzamy wpływy i balansujemy między tym, co warto pokazać, a tym, co się sprzedaje. Ciągle staramy się wychodzić poza nasze podwórko i rozglądać na zewnątrz.

Enter Enea Festival | foto Media Enea

Jak wygląda wasze modelowe audytorium? Są to jedynie zahipnotyzowani jazzem?
– Muzyka jest medium, które potrafi przekazać uniwersalne treści za pomocą abstrakcyjnego języka. Z drgań powietrza możemy odczytać, co artysta przeżył, przez co przeszedł, czego pragnie i jakie ma intencje wobec publiczności. Jednocześnie nie oszukujmy się, słuchanie jazzu wymaga przygotowania. Jest to gatunek, który rządzi się swoimi prawami, wypracowanymi na przestrzeni dekad. Świadomość historyczna przydaje się w jego zrozumieniu.

Z drugiej strony, siła oddziaływania muzyki jest wielka, ponieważ możemy odbierać ją nie tylko intelektualnie, lecz także emocjonalnie. Na głębszym poziomie jazz jest po prostu siłą życiową, o czym przypomina jego nazwa. Występujące w dziewiętnastowiecznym slangu czarnych słowo jasm oznaczało energię i żywotność. Od niego pochodzi współczesny jazz, który jest tą przenikającą ciało, niemożliwą do kontrolowania siłą. Kryje się w nim tajemnica życia, wyrażona poprzez muzyczną improwizację.

Jej istotną częścią jest błąd, który, jak w życiu, potrafi skierować nas na inną drogę, zmienić postrzeganie spraw, dać nauczkę albo być inspiracją do poszukiwania nowych rozwiązań.

Który z błędów wpłynął najmocniej na twoją działalność?
– Trudno powiedzieć, ale na pewno dzięki popełnionym błędom stałem się bardzo świadomym człowiekiem. Chodzi o to, aby walczyć z własną ignorancją. Dlatego nie żałuję żadnych błędów, a te największe sprawiły, że nabrałem sprawczości i wewnętrznej siły.

12_enter_enea_festival_z_gwiazdami_swiatowego_jazzu_juz_w_czerwcu_8_ 2560
Enter Enea Festival | foto Media Enea
DSC05753 2560
Enter Enea Festival | foto mat. organizatora
DSC07170 2560
Enter Enea Festival | foto mat. organizatora
DSC07729 2560
Enter Enea Festival | foto mat. organizatora

Podczas rozbiegówki przed festiwalem, która odbyła się na Starym Rynku, występowały między innymi zespoły jazzowe szkół muzycznych. Jesteś dla nich mentorem?
– Z tym jest bardzo różnie, gdyż takie figury często spotykają się z antypatią młodych. Pamiętam swoje początki, dlatego staram się pomóc każdemu, jak tylko mogę. Tym bardziej że zdaję sobie sprawę, jak trudne jest dziś bycie muzykiem. Słuchaczy nie przybywa. Z jednej strony łatwiej nabyć instrument i nauczyć się grać, z drugiej – przyszło nam walczyć o uwagę z nowymi technologiami, które kradną czas i drenują z emocji. Muzyka wymagająca nieustannego samodoskonalenia stała się przestrzenią dla głęboko wierzących w to, że warto się nią zajmować – w ten sposób oddziela się ziarno od plew.

Wiele się zmieniło, ale uniwersalna zasada głosząca, by starać się mówić własnym głosem, pozostała aktualna. Gra pozorów skazana jest na porażkę.

Obok Enter Enea w Poznaniu organizowane są Old Jazz Festival i od niedawna Blue Summer Jazz Festival. Co nam to mówi?
– Nie znam dokładnie specyfiki Poznania, ponieważ odwiedzam go tylko przy okazji festiwalu i niektórych koncertów. Mam jednak wrażenie, że ogólny problem polega na tym, że publiczność nie jest w kierunku jazzu kształcona. Skacząc po stacjach radiowych, trudno trafić na jazz. Może ktoś puści go przypadkowo w nocy. W czasie największej słuchalności tylko jazzmani, którzy przed chwilą zmarli, mogą liczyć na jakąkolwiek prezentację. Na szczęście młodzi chłopcy i coraz częściej też dziewczęta grają jazz, więc liczę na to, że nie zginie. Muzyka narasta falami. Może rzeczywistość odbiorców działa podobnie. Na razie zauważam raczej odpływ i czekam na przypływ.

Enter Enea Festival | foto mat. organizatora

Wspomniałeś o niedostatecznym kształceniu słuchaczy w kierunku jazzu. Jak można by ten stan rzeczy zmienić?
– To jest pytanie do zarządzających kulturą. Robię, co mogę: rozdaję pianina, gram bardzo dużo koncertów, zapraszam młodzież do studia, staram się być pomocny na wszelkie sposoby. Trudno mi jednak powiedzieć, jak należałoby to systemowo rozwiązać. Najlepiej byłoby przyzwyczajać młodych do słuchania jazzu, lecz tak naprawdę, jak wspomniałem na początku naszej rozmowy, w muzyce chodzi o to, kto ją wykonuje.

Tutaj dotykamy sedna – prędzej czy później ktoś pójdzie na dobry koncert i zakocha się w jazzie, ale tylko dlatego, że wykonawca był przekonujący.

Jazz kojarzy się raczej z klubem, aulą, salą koncertową. Wy tymczasem wyprowadziliście go na świeże powietrze. Co stało za tą decyzją?
– Jurek Gumny ma ambicje, żeby Enter Enea był jednym z najważniejszych festiwali jazzowych na świecie. To właśnie jego ambicja była kołem zamachowym całego przedsięwzięcia. Jako zarządca terenu nad Jeziorem Strzeszyńskim, na którym odbywa się festiwal, postanowił, że najlepszych wykonawców, jakich jest w stanie sprowadzić, ugości u siebie.

Naturze bliżej do organicznej improwizacji?
– Teren nad jeziorem idealnie pasuje do muzycznych objawień na Enter Enea, a artyści przyzwyczaili się już do wtórujących im ptaków. Najlepiej spuentował tę sytuację Jan Ptaszyn Wróblewski, gdy żartował na scenie, że właśnie otrzymał telefon od Ligi Ochrony Przyrody, która sprzeciwia się dalszemu dręczeniu ptactwa. Miał oczywiście na myśli siebie. Moim zdaniem słyszalny śpiew ptaków świadczy o tym, że nie tyle je płoszymy, ile żyjemy z nimi w harmonii. Jazz to tak naprawdę ptasie radio.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!