Murawa świata

Choć w trwających w Ameryce Północnej mistrzostwach świata w piłce nożnej próżno szukać zawodników z Poznania, w przeszłości nasi piłkarze zostawili ślad na mundialowej murawie.
MATEUSZ KUŹNIEWSKI
Reprezentacja Polski przed meczem podczas piłkarskich mistrzostw świata we Francji, 1938; w składzie m.in. Fryderyk Scherfke, kapitan Władysław Szczepaniak i Ernest Wilimowski | foto NAC

Ta historia często jest pomijana, a niesłusznie. Idę o zakład, że większość kibiców wielkopolskiej stolicy nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie Poznaniak był strzelcem pierwszego gola dla Polski na mundialu. Cała historia miała miejsce 5 czerwca 1938 roku, na kilkanaście miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. Fryderyk Scherfke z Warty Poznań ustawił piłkę na jedenastym metrze. Kibice zgromadzeni na Stade de la Meinau w Strasburgu, a były ich tysiące, wstrzymali oddech. Poznaniak nie zawiódł, strzelił w prawy róg, podczas gdy bramkarz skoczył w lewy. Polska w ten sposób doprowadziła do wyrównania w meczu z wielką Brazylią. Było 1:1, a tego popołudnia kibice zgromadzeni na trybunach mieli zobaczyć jeszcze dziewięć goli!

W historii występów Polski na dużych imprezach piłkarskich tak niesamowitego meczu nie było nigdy. Z takimi emocjami, liczbą bramek, popisami zawodników i przede wszystkim z taką legendą, która ten mecz otacza. A otacza dlatego, że prawie nikt w kraju go nie widział – opowiada Radosław Nawrot, dziennikarz i publicysta Interii, znawca poznańskiego piłkarstwa, dodając: –Przebieg wydarzeń znamy tylko z radia, a konkretnie z komentarza Michała Franka, który zresztą też się nie zachował. Dużo ludzi siedziało wtedy przy radioodbiornikach, wsłuchując się w sprawozdania z Francji. Ale po kolei.

Fryderyk Scherfke, piłkarz Warty Poznań, podczas meczu treningowego reprezentacji Polski na stadionie Wisły w Krakowie, 14 marca 1937 | foto Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji | arch. NAC

Wiosną 1938 roku Polacy dowiedzieli się, że debiutując na mistrzostwach świata, zmierzą się właśnie z Brazylią i nie była to dobra wiadomość. Mało kto wierzył, że nasi będą w stanie pokonać drużynę z genialnym Leonidasem w składzie. Już wtedy ekipę Canarinhos otaczała legenda, ale Polacy też nie mieli powodów do kompleksów. Wspomniany Fryderyk Scherfke był w tamtym czasie w znakomitej formie, strzelił choćby pięć goli w wygranym przez Wartę meczu z Polonią Warszawa. I choć opinia publiczna faworyzowała innego napastnika, Jerzego Wostala z AKS Chorzów, selekcjoner Jerzy Kałuża nie miał wątpliwości, że do Francji powinien zabrać właśnie piłkarza z Poznania.

Doskonale wspomagany piłkami atak, mógł w takich warunkach skutecznie pracować, mając jako kierownika Szerfkego, który przypomniał swoje najlepsze czasy” – donosił z meczu z Polonią Ilustrowany Kuryer Codzienny.

Nasza kadra tuż przed wyjazdem na mistrzostwa trenowała w Wągrowcu. To były inne czasy. Zgrupowanie trwało kilka dni. Biało-czerwoni rozegrali przed wyjazdem zaledwie jeden sparing, a do Strasburga udali się pociągiem. Podróż trwała dobę, po drodze było kilka przesiadek, a potem dwa dni odpoczynku na miejscu i trzeba było grać. Dziennikarze byli bezlitośni, nikt nie dawał Polakom szans w starciu z Brazylią.

Piłkarze reprezentacji Polski przed wyjazdem z Poznania do Strasburga na mecz z Brazylią podczas mistrzostw świata we Francji, czerwiec 1938 | foto NAC

Ekipa z Ameryki Południowej wygrała z biało-czerwonymi, ale by to zrobić potrzebowała dogrywki. Wynik był niewiarygodny – 6:5 dla Brazylijczyków. Trzy gole strzelił Leonidas. Dla Polski pierwsze trafienie zaliczył Scherfke, a pozostałe cztery zdobył, jak się powszechnie uważa, Ernest Wilimowski. Gra biało-czerwonych rzeczywiście w dużej mierze opierała się na wyjątkowym talencie piłkarza z Katowic, ale pojawiają się tu też pewne wątpliwości.

Zachowało się kilka ujęć z tego meczu. W zapisie wideo możemy zobaczyć gola strzelonego przez Scherfke, zapis pozostałych bramek Polaków już się nie zachował. Wielka szkoda, bo mamy bardzo poważne wątpliwości dotyczące jednego z tych trafień. Nie jest do końca jasne, w jakich okolicznościach padł ostatni gol biało-czerwonych w tym meczu i czy jego autorem aby na pewno był Ernest Wilimowski – opowiada Radosław Nawrot. W ówczesnych doniesieniach ze Strasburga pojawiają się sprzeczne informacje dotyczące zdobywcy tej bramki. Temat zbadał Leszek Jarosz i opisał w 2020 roku w piątym numerze Kopalni. Sztuki Futbolu.

Część mediów autorstwo gola przypisywała Wilimowskiemu, część Fryderykowi Scherfke. Nie można więc wykluczyć, że Poznaniak zdobył w legendarnym meczu nie jedną, a dwie bramki.

„Wszystko zdaje się być skończone, zwłaszcza iż nasi przeciwnicy bezustannie wybijają piłkę na aut, grając wyraźnie na czas. Tymczasem w przedostatniej minucie Wodarz ucieka przeciwnikowi, strzela i nadbiegający Szerfke ładuje piłkę do bramki” – to fragment relacji obecnego na trybunach korespondenta Kuryera Sportowego. Zawodnik Warty już po wojnie korespondował z historykiem sportu Teodorem Wawocznym i zaznaczył w ankiecie, że strzelił Brazylii dwa gole, a Wilimowski trzy.

Ernest Wilimowski atakuje bramkę Spirydiona Albańskiego podczas meczu Ruch Wielkie Hajduki – Pogoń Lwów, 16 kwietnia 1939 | foto NAC

W powszechnej opinii utrwaliła się jednak wersja z czterema bramkami Wilimowskiego. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż obiektywnie patrząc, to właśnie Ślązak był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem spotkania z Brazylią.

Nawrot: – Dziś ten mecz jest otoczony kultem, ale wtedy pojawiło narzekanie, że jednak wypadałoby z tą Brazylią wygrać. Dziennikarze mieli sporo uwag do gry naszych reprezentantów. Wygłaszano opinie, że dobrze grał tylko Wilimowski. Wiemy też, że Ślązak już podczas meczu wyrażał niezadowolenie z postawy kolegów, również Fryderyka Scherfke, który był uznawany za wybitnego reprezentanta Polski, a jednak zawiódł. To rzeczywiście nie było jego najlepsze spotkanie, choć przeszedł do historii jako strzelec pierwszego gola na mundialu. Jednak to Wilimowski był gwiazdą drużyny.

A co wydarzyło się potem? Pokręcone były wojenne losy obu bohaterów czerwcowego wieczoru w Strasburgu. Mający niemieckie korzenie Wilimowski zdecydował się na grę dla reprezentacji III Rzeszy, co do dziś budzi kontrowersje. Z kolei Fryderyk Scherfke musiał podpisać Volkslistę, by uniknąć wywózki do obozu koncentracyjnego. Jako obywatel Rzeszy został wcielony do wojska i przez dziesięciolecia funkcjonowała plotka, że został funkcjonariuszem Gestapo. Dziś wiemy, że to nieprawda. Śledztwo Radosława Nawrota przeprowadzone jeszcze w czasach jego pracy w Gazecie Wyborczej dowodzi, że Scherfke był tak naprawdę bohaterem.

Fryderyk Scherfke w meczu Warta Poznań – Újpest Budapeszt na stadionie Warty w Poznaniu, 1935 | foto NAC

To prawda, założył niemiecki mundur. podobnie jak wielu naszych rodaków mieszkających w Wielkopolsce czy na Śląsku, które zostały wcielone do Rzeszy. W pierwszym roku wojny Scherfke spotkał żonę bramkarza Warty, Mariana Fontowicza. Kiedy dowiedział się, że kolega jest uwięziony, zaproponował wydostanie go. Później podobnie pomógł wielu ludziom. Uratował ich przed aresztowaniem, a może nawet i śmiercią. Te historie opowiedzieli mi piłkarze Warty, którzy z pomocy Scherfkego skorzystali. Jego życie, w mojej opinii, jest zapisane złotymi zgłoskami, mimo, że z pozoru wcale na takie nie wygląda – podsumowuje Radosław Nawrot.

Byli też tacy poznańscy piłkarze, którzy wywalczyli medale mistrzostw świata, nie wychodząc na murawę.

Gdy „Orły Górskiego” zdobyły trzecie miejsce na mundialu w Republice Federalnej Niemiec w 1972 roku, w kadrze był pomocnik Lecha Poznań, Roman Jakóbczak, który ani razu nie podniósł się z ławki rezerwowych. Podobna historia spotkała bramkarza Kolejorza, Piotra Mowlika, który w 1982 roku pojechał z kadrą Antoniego Piechniczka do Hiszpanii i też nie pojawił się na boisku choćby na minutę. Numerem jeden w bramce był wtedy oczywiście Józef Młynarczyk, a biało-czerwoni też z tych mistrzostw wrócili z trzecim miejscem.

Mirosław Okoński i Roman Jakubczak podczas meczu 100-lecia Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok, 19 marca 2022 | foto Marek Zakrzewski | arch. Lecha Poznań

Ale był jeden piłkarz, którego w kadrze Piechniczka zdecydowanie brakowało. Mowa o Mirosławie Okońskim, który żyje do dziś we wspomnieniach starszych kibiców Kolejorza. Był to gracz wyjątkowy, obdarzony niebywałymi umiejętnościami technicznymi, o którym kibice powtarzali, że „lewą nogą mógłby wiązać krawaty”. Skoro tak zachwycał, to dlaczego nie pojechał na mundial? „Byłem blisko wyjazdu do Hiszpanii, ale Antoni Piechniczek postawił na innych zawodników. Najbardziej jednak zabolała mnie absencja w Meksyku w 1986 roku. Podpisałem już umowę z Hamburgerem SV, ale zdecydowałem się jeszcze jedną rundę pozostać w Lechu. Strzelałem gole, byłem w bardzo dobrej dyspozycji, lecz ponownie nie znalazłem się w gronie powołanych” – mówił Okoński dziennikarzom serwisu Łączynaspiłka.pl.

Problemem Okonia było to, że podobnie jak na boisku, brylował też poza nim – głównie w poznańskich hotelach, barach czy kasynach. Zamiłowanie do życia nocnego w naszym mieście uchodziło mu płazem, ale w reprezentacji ten hulaszczy tryb życia stał się już prawdziwym problemem.

„To dla mnie niezrozumiałe, że nie jest powoływany. Najwyraźniej w Polsce mają jeszcze lepszych lewonożnych piłkarzy” – ironizował swego czasu Ernst Happel, legendarny austriacki trener, który prowadził Polaka w HSV Hamburg. „Trener Piechniczek wolał w ataku Smolarka, Iwana, może jeszcze Kustę i Szarmacha. Pewnie dlatego nie brał Okońskiego. Mirek był fajnym piłkarzem, fighterem o bardzo dobrej technice” – tak z kolei mówił niedawno portalowi Weszło.com Zbigniew Boniek, największa gwiazda tamtej kadry.

Mirek nie był tytanem pracy. Kiedy selekcjoner na zgrupowaniu kazał mu nosić plecak wypełniony kamieniami, Okoń tego nie znosił. Trener Piechniczek nie lubił piłkarzy, którzy byli wybitnie utalentowani i z tego tytułu uważali, że nie muszą już ciężko trenować – przekonuje Radosław Nawrot. Sam Piechniczek w filmie dokumentalnym „Okoń – moja droga” tak tłumaczy brak powołań genialnego dryblera z Poznania na kluczowe turnieje: „To nie jest tak, że ja tych innych piłkarzy kochałem bardziej. Oni po prostu byli silniejszymi ogniwami w mojej drużynie. Prawda jest taka, że Okoński nie grał w reprezentacji na miarę swoich możliwości”. Statystyki potwierdzają jego słowa. Okoń strzelił w kadrze zaledwie dwa gole w dwudziestu dziewięciu występach.

Kto z Poznaniaków pojechał na mundial? Mirosław Justek w 1978 roku, Krzysztof Pawlak w 1986 i nade wszystko Bartosz Bosacki w roku 2006. Dlaczego tak akcentuję te postać? Bo stoper Kolejorza podczas mundialu w Niemczech uratował honor biało-czerwonych strzelając dwa gole w ostatnim meczu grupowym z Kostaryką. A w ogóle miał nie jechać!

2560 66328
Bartosz Bosacki podczas meczu Pucharu Ekstraklasy Lech Poznań – Lechia Gdańsk, 13 października 2008 | foto Maciej Opala | arch. Lecha Poznań
2560 260400-Przemyslaw Szyszka-Sesja fotograficzna Michala Skora w kolekcji Pumy
Michał Skóraś | foto Przemysław Szyszka | arch. Lecha Poznań
2560 2020 PKO Ekstraklasy
Adam Kupsik podczas szkolenia z nowych przepisów dla sędziów PKO Ekstraklasy na zgrupowaniu w Opalenicy, 2019 | foto Przemysław Szyszka | arch. Lecha Poznań
2560 264858-Marek Zakrzewski-Spotkanie 26. kolejki PKO Ekstraklasy, mecz rocznicowy na 100-lecie klubu, Lech Poznan - Jagiellonia Bialystok 3_0
Piotr Mowlik podczas meczu 100-lecia Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok | foto Marek Zakrzewski | arch. Lecha Poznań

„Sezon klubowy był już skończony, więc razem z kolegami z Lecha spotkaliśmy się na grillu. W tym czasie selekcjoner Paweł Janas ogłaszał powołania. I wszyscy byli w szoku, bo na liście nie znalazł się Jerzy Dudek, zabrakło również Tomasza Frankowskiego. Mnie też na niej nie było” – wspomina po latach Bosacki. W międzyczasie kontuzji nabawił się Damian Gorawski i w przeddzień wyjazdu na wakacje Bosacki odebrał telefon od asystenta selekcjonera, Macieja Skorży.

To była ekspresowa akcja. Czy jestem w Polsce? Czy mogę przyjechać następnego dnia na zgrupowanie? Ktoś gdzieś napisał wtedy, że Bosacki się zastanawia czy jechać. Nic takiego nie miało miejsca. Nie miałem żadnych wątpliwości – zapewnia piłkarz.

Polacy na tych mistrzostwach spisali się słabo. Przegrali z Ekwadorem, z Niemcami i przed ostatnim spotkaniem z Kostaryką wiedzieli już, że po fazie grupowej spakują walizki i wrócą do domu. Bartosz Bosacki w pierwszych dwóch meczach nie grał, selekcjoner dał mu szansę dopiero w tak zwanym meczu o honor. I jeżeli ktoś o ten honor zadbał to właśnie Bosacki. Zdobył dwa gole dla Polski, oba po dośrodkowaniach z rzutów rożnych.

Cieszyłem się, że udało się nam wynagrodzić kibicom ich doping. Miałem satysfakcję, bo zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem tego spotkania, ale zawsze podkreślam, że liczyło się dla mnie przede wszystkim zwycięstwo, a nie indywidualne osiągnięcie – zapewnia.

Ostatnim reprezentantem Polski z Lecha, który zagrał na mundialu cztery lata temu był Michał Skóraś. Wystąpił w jednym meczu, ale za to z Argentyną. Skóraś przez chwilę dotknął piłkarskiej wielkości, przez czterdzieści pięć minut rywalizując na murawie z przyszłymi mistrzami świata, wśród nich z najlepszym zawodnikiem w historii, Leo Messim.

Poznańska piłka wieloma mundialowymi wątkami pochwalić się nie może, ale powodów do wstydu nie mamy, choć na trwającym właśnie mundialu zawodników z naszego miasta nie ma. Jest za to Adam Kupsik, sędzia liniowy.

Polecamy również

Chcesz wiedzieć o wszystkim, co najważniejsze w poznańskiej kulturze?
O wydarzeniach, miejscach, ludziach, zjawiskach, trendach?
Zapisz się do naszego piątkowego dynkslettera!